13-14.08.2005 r.
wylot
15.08.2005 r.
Kathmandu, Dotlina Kathmandu
16.08.2005 r.
Bhaktapur, Panauti, Changu Narayan
17.08.2005 r.
Kathmandu
18.08.2005 r.
Tybet; Lhasa
19.08.2005 r.
Lhasa
20.08.2005 r.
Lhasa, Sera Monastery
21.08.2005 r.
Nam - Tso Lake
22.08.2005 r.
Tsurphu Monastery
23.08.2005 r.
Yamdrok-Tso, Gyantse
24.08.2005 r.
Shigatse, Przejazd do Lhatse
25.08.2005 r.
Lhatse, Rongbuk Monastery
26.08.2005 r.
Everest Base Camp. Tingri
27.08.2005 r.
Droga z Nyalam do Kathmandu
28.08. 2005 r.
Z Katmandu do Sunauli
29.08.2005 r .
Z Sunauli do Varanassi
30.08.2005 r.
Varanassi, Sarnath.
31.08.2005 r.
Varanassi
1.09.2005 r.
Agra
02.09.2005 r.
Fatehpur Sikri
03.09.2005 r.
Delhi

22.08.2005 Tsurphu Monastery

        Wstajemy rano skoro świt i szybko opuszczamy Nam - Tso, który nie wita nas już tak piękną pogodą, jak dnia poprzedniego. Leje jak z cebra, wszyscy czujemy się nienajlepiej. To efekt dużej wysokości na której spędziliśmy noc.

        Dziś udajemy się do Tsurphu Monastery, położonego od Nam - Tso o ok. 200km na wschód (70 km od Lhasy). Podczas tej kilkugodzinnej przejażdżki możemy rozkoszować się tybetańskimi krajobrazami, które automatycznie zapadają głęboko w pamięci. Góry, przełęcze i nad tym bezkresne błękitne niebo. To jest zdecydowanie ciekawsze oblicze Tybetu, niż zchińszczona, choć ciągle piękna, Lhasa. Praktycznie nie widzimy dużych skupisk ludzi, gdzie niegdzie tylko kilka namiotów lub domków, czy też pasterzy pasących po drodze jaki. Czy Tybetańczykom uda się uratować odrębność swego kraju jeszcze długo? Patrząc na intensywne działania Chińczyków nakierowane na szybką zmianę takiej sytuacji, wydaje się, iż będzie to bardzo trudne, szczególnie przy braku jakiejkolwiek pomocy z zewnątrz. Jedną z zapowiedzi industrializacji Tybetu są widziane przez nas praktycznie zbudowane tory kolejowe, które choć jeszcze nie uruchomione, burzą nam piękne widoki.
        Po pewnym czasie odbijamy z drogi asfaltowej na szutrowo-kamienistą, która ma nas doprowadzić bezpośrednio do Tsurphu. Przejazd teraz nie jest łatwy. Jedziemy praktycznie cały czas pod górę, próbując ominąć na wąskiej ścieżce co większe kamienie lub dziury. Jakieś 30 min przed klasztorem w wiosce Kado natrafiamy na festiwal koni. To bardzo fajne widowisko, poprzebierani mężczyźni w ludowe odświętne stroje dokonują rytualnych przejazdów na swych koniach, wyczyniając przy tym przeróżne figury i pozy. Oglądamy przejazdy, pijemy ofiarowaną nam przez mieszkańców herbatę z masłem jaka (okropna, ale cóż zrobić) i tak spędzamy bardzo miło w wiosce około godzinę.

        Do Tsurphu Monastery docieramy ok. 15.00. Klasztor położony jest na wysokości 4.480m n.p.m. Stanowił on od wieków siedzibę Karmapy, najważniejszego lamy, po Dalai Lamie i Panczen Lamie. Karmapa przebywał w Tybecie aż do 1999 roku, kiedy to musiał uciec przed Chińczykami do Indii. W klasztorze mieszka kilkuset mnichów, ale z powodu wakacji aktualnie jest ich tylko 18. To co mnie najbardziej urzekło w tym miejscu, oprócz malowniczego położenia klasztoru, to właśnie cisza pasująca tutaj. Samotny klasztor położonywśród gór i innych domostw z garstką mnichów bez żadnych (oprócz naszej piątki) turystów, bez zgiełku, hałasu. To oczywiście ma też swoje słabe strony, jak fakt, że ciężko zorganizować coś do jedzenia, ale to nie ma aż takiego znaczenia. W końcu udaje nam się i coś zjeść, gdyż mili mnisi dzielą się z nami suchym ryżem, który zjadamy ze smakiem. Rozlokowujemy się z plecakami w pokojach przy klasztorze (standard bardzo słaby) i ruszamy na spacer w górę doliny położonej przy klasztorze. Podczas naszej drogi widzimy powiewające praktycznie ze wszystkich stron flagi modlitewne.Obserwujemy otaczające klasztor góry, wpatrujemy się na niebo i na pasące się na łąkach jaki i naprawdę czujemy się bardzo szczęśliwi.

        W drodze powrotnej chłopaki spotkają mnicha, który postanawia pokazać im miejsce, gdzie dokonuje się rytualnych pogrzebów. W Tybecie zmarłych nie chowa się do ziemi, w niektórych tylko rejonach, gdzie jest drewno, zwłoki się kremuje. Najczęściej jednak tnie się je na mniejsze kawałki, które następnie zostają zjedzone przez sępy. Rytuału tego mogą dokonać tylko specjalne osoby tym się zajmujące.

        Po spacerze idziemy zobaczyć świątynię wewnątrz, która w środku jednak nie robi aż takiego wrażenia. Dość szybko idziemy spać, w między czasie Gosi i Beata idąc do toalety przy całkowitej ciemności, mają bliskie spotkanie z okolicznym psem, co na szczęście kończy się jedynie przeraźliwym piskiem dziewczyn.

poprzednia strona do góry   następna strona