|
22.08.2005 Tsurphu
Monastery
Wstajemy
rano skoro świt i szybko opuszczamy Nam - Tso, który nie wita
nas już tak piękną pogodą, jak dnia poprzedniego. Leje jak
z cebra, wszyscy czujemy się nienajlepiej. To efekt dużej
wysokości na której spędziliśmy noc.
Dziś udajemy
się do Tsurphu Monastery, położonego od Nam - Tso o
ok. 200km na wschód (70 km od Lhasy). Podczas tej kilkugodzinnej
przejażdżki możemy rozkoszować się tybetańskimi krajobrazami,
które automatycznie zapadają głęboko w pamięci. Góry, przełęcze
i nad tym bezkresne błękitne niebo. To jest zdecydowanie ciekawsze
oblicze Tybetu, niż zchińszczona, choć ciągle piękna, Lhasa.
Praktycznie nie widzimy dużych skupisk ludzi, gdzie niegdzie
tylko kilka namiotów lub domków, czy też pasterzy pasących
po drodze jaki. Czy Tybetańczykom uda się uratować odrębność
swego kraju jeszcze długo? Patrząc na intensywne działania
Chińczyków nakierowane na szybką zmianę takiej sytuacji, wydaje
się, iż będzie to bardzo trudne, szczególnie przy braku jakiejkolwiek
pomocy z zewnątrz. Jedną z zapowiedzi industrializacji Tybetu
są widziane przez nas praktycznie zbudowane tory kolejowe,
które choć jeszcze nie uruchomione, burzą nam piękne widoki.
Po
pewnym czasie odbijamy z drogi asfaltowej na szutrowo-kamienistą,
która ma nas doprowadzić bezpośrednio do Tsurphu. Przejazd
teraz nie jest łatwy. Jedziemy praktycznie cały czas pod górę,
próbując ominąć na wąskiej ścieżce co większe kamienie lub
dziury. Jakieś 30 min przed klasztorem w wiosce Kado natrafiamy
na festiwal koni. To bardzo fajne widowisko, poprzebierani
mężczyźni w ludowe odświętne stroje dokonują rytualnych przejazdów
na swych koniach, wyczyniając przy tym przeróżne figury i
pozy. Oglądamy przejazdy, pijemy ofiarowaną nam przez mieszkańców
herbatę z masłem jaka (okropna, ale cóż zrobić) i tak spędzamy
bardzo miło w wiosce około godzinę.
Do Tsurphu
Monastery docieramy ok. 15.00. Klasztor położony jest na wysokości
4.480m n.p.m. Stanowił on od wieków siedzibę Karmapy, najważniejszego
lamy, po Dalai Lamie i Panczen Lamie. Karmapa przebywał w
Tybecie aż do 1999 roku, kiedy to musiał uciec przed Chińczykami
do Indii. W klasztorze mieszka kilkuset mnichów, ale z powodu
wakacji aktualnie jest ich tylko 18. To co mnie najbardziej
urzekło w tym miejscu, oprócz malowniczego położenia klasztoru,
to właśnie cisza pasująca tutaj. Samotny klasztor położonywśród
gór i innych domostw z garstką mnichów bez żadnych (oprócz
naszej piątki) turystów, bez zgiełku, hałasu. To oczywiście
ma też swoje słabe strony, jak fakt, że ciężko zorganizować
coś do
jedzenia, ale to nie ma aż takiego znaczenia. W końcu udaje
nam się i coś zjeść, gdyż mili mnisi dzielą się z nami suchym
ryżem, który zjadamy ze smakiem. Rozlokowujemy się z plecakami
w pokojach przy klasztorze (standard bardzo słaby) i ruszamy
na spacer w górę doliny położonej przy klasztorze. Podczas
naszej drogi widzimy powiewające praktycznie ze wszystkich
stron flagi modlitewne.Obserwujemy otaczające klasztor góry,
wpatrujemy się na niebo i na pasące się na łąkach jaki i naprawdę
czujemy się bardzo szczęśliwi.
W drodze powrotnej
chłopaki spotkają mnicha, który postanawia pokazać im miejsce,
gdzie dokonuje się rytualnych pogrzebów. W Tybecie zmarłych
nie chowa się do ziemi, w niektórych tylko rejonach, gdzie
jest drewno, zwłoki się kremuje. Najczęściej jednak tnie się
je na mniejsze kawałki, które następnie zostają zjedzone przez
sępy. Rytuału tego mogą dokonać tylko specjalne osoby tym
się zajmujące.
Po spacerze
idziemy zobaczyć świątynię wewnątrz, która w środku jednak
nie robi aż takiego wrażenia. Dość szybko idziemy spać, w
między czasie Gosi i Beata idąc do toalety przy całkowitej
ciemności, mają bliskie spotkanie z okolicznym psem, co na
szczęście kończy się jedynie przeraźliwym piskiem dziewczyn.
|