|
21.08.2005 Nam
- Tso Lake
Wstajemy
wcześnie, o 6.30. Po śniadaniu pakujemy się do naszego jeepa
i ruszamy w drogę. Dziś udajemy się do świętego jeziora
Nam - Tso ("niebiańskiego jeziora"), oddalonego
od Lhasy o ok. 200km na północ. Jest to największe jezioro
w Tybecie, ma 70km długości i 30km szerokości. Od miesiąca
do Nam-Tso można dojechać drogą asfaltową, która właśnie została
wybudowana. Chińczycy bardzo intensywnie unowocześniają Tybet,
budując całą masę dróg, mostów; prawie gotowa jest już droga
kolejowa z Chengdu do Lhasy, jej uruchomienie planowane jest
na koniec tego roku. Te wszystkie działania mające na celu
unifikację Tybetu z Chinami na pewno ułatwią podróżowanie
po nim, ale z drugiej strony automatycznie spowodują, że nie
będzie to już tak odludny, tajemniczy kraj, jak teraz.
Do Nam - Tso
jedziemy wzdłuż pasma górskiego Nyenchen. Mijane przez nas
widoki są wręcz niesamowite. Ośnieżone góry, księżycowy surowy
klimat. Przejeżdżamy przez przełęcz Lhachen La (5.132m), na
którą nasz staruszek jeep ledwo wjeżdża na jedynce, ale w
końcu się udaje. Do Nam - Tso dojeżdżamy o ok. 14.30.
Przed nami
ukazuje się widok jak z bajki - intensywnie turkusowe jezioro
otoczone wysokimi wiecznie ośnieżonymi górami Nyenchen, z
których widoczny jest najwyższy szczyt o wys. 7.162. n.p.m.
Do tego mamy błękitne, przejrzyste niebo, słońce, całą masę
powiewających flag modlitewnych i białych szali. To wszystko
razem powoduje, ze nie możemy oderwać wzroku od jeziora. To
jeden z najpiękniejszych widoków, które widzimy do tej pory
podczas naszej podróży.
Na
zachodnim brzegu jeziora są dwa ogromne, ponad 30 metrów wysokie,
skalne filary. Miejscowi wierzą, że jest to brama boga jeziora.
Wierzą też, że w głębinach mieszka tysiącletnia ryba większa
od największego jaka.
U podnóży
jeziora rozbite są namioty Nomadów. Ludzie ci żyją tutaj w
naprawdę ciężkich warunkach. Nie mają bieżącej wody ani elektryczności.
Palą wysuszonymi odchodami zwierzęcymi. W okolicach jeziora
jest bardzo chłodno. To wszystko sprawia, że egzystencja tutaj
nie jest łatwa. Ciekawostką jest natomiast fakt, że przy tylu
brakach Nomadowie posiadają kilka stołów bilardowych ustawionych
po prostu na ziemi między namiotami. Zresztą bilard jest bardzo
popularny w Tybecie, praktycznie można go zobaczyć co chwilę
w większości miejsc, które do tej pory zwiedziliśmy.
Nomadowie
znad jeziora oczywiście próbują wykorzystać atrakcyjność tego
miejsca i fakt pojawiania się wielu turystów, próbując co
chwilę namówić przyjezdnych na jakąś atrakcję: zdjęcie z jakiem
czy też kupno rękawic z wełny jaka, co trochę przeszkadza
w rozkoszowaniu się otaczającymi widokami. Na szczęście najliczniejsze
grupy turystów po ok. godzinie zwiedzania opuszczają Nam-Tso
i wtedy atmosfera robi się zdecydowanie spokojniejsza.
Z
różnym skutkiem odczuwamy wysokość na której się Nam - Tso
się znajduje (4.718m n.p.m.). Boli nas głowa, Tomek zaczyna
mieć nudności. Rozlokowujemy się w dużym namiocie nad jeziorem,
w którym będziemy dziś nocować. Dziewczyny i Grzesiek idą
na trekking do najwyższego punktu półwyspu zakończonego klifowym
wybrzeżem. Po krótkim odpoczynku w namiocie, Tomek chwilowo
zaczyna się czuć trochę lepiej, więc i my robimy sobie krótki
spacer w tym samym kierunku. Z góry krajobrazy są równie urzekające.
Robimy sobie jeszcze przechadzkę wzdłuż samego jeziora, jednak
na dłuższą eskapadę nie pozwala nam już pogoda. Jest duży
wiatr i pada deszcz, więc wracamy do namiotu. Leżąc w ciemnościach
nie możemy spać, więc gramy w kalambury. Potem próbujemy zasnąć,
co niestety nam się nie udaje. Wciąż wieje bardzo mocny wiatr
i pada deszcz, a Tomka zaczyna dopadać choroba wysokościowa
- mocny ból żołądka, nudności i wymioty. Męczy się prawie
przez całą noc, reszta ekipy tez nie potrafi usnąć. Udaje
nam się to dopiero ok. 4 w nocy. Pomimo jednak takich problemów
uważamy Nam - Tso za miejsce konieczne do zobaczenia. Pozostanie
ono w naszej pamięci jako jedno z najładniejszych miejsc w
Tybecie.
|