|
20.08.2005 -
Lhasa, Sera Monastery
Rano
po śniadaniu udajemy się do Jokhang Temple - najświętszej
z najświętszych świątyń Nepalu. Jokhang powstał w VII w.,
ale do dnia dzisiejszego pozostało bardzo mało oryginalnych
rzeczy w świątyni z tamtego czasu. Bardzo duża część została
zniszczona podczas rewolucji kulturalnej. Odbudowa świątyni
wspierana przez UNESCO nastąpiła dopiero w ostatnich latach.
Od samego
wejścia ulegamy magicznemu urokowi tej świątyni oraz modlących
się w niej ludzi, którzy wykonują rytualną pielgrzymkę wewnątrz
Jokhangu (The Nangkhor kora). Tłum pielgrzymów z modlitewnymi
młynkami okrąża wszystkie kaplice w świątyni, modląc się przy
tym i wylewając masło jaka do zniczy w świątyni. Podążamy
wraz z tym tłumem oglądając wewnątrz świątynię oraz przyglądając
się tym ludziom. Sprawia to wszystko bardzo mistyczne wrażenie;
którego pozostanie nam z pewnością w pamięci na bardzo długo.
Wydaje mi się, że tak właśnie należy postrzegać Lhasę, przez
pryzmat samych Tybetańczyków, przez Jokhang Temple, przez
Barkhor, starając się nie zauważać chińszczyzny, która to
miasto zalewa, po prostu ją ignorować.
Po
zwiedzeniu wnętrza świątyni udajemy się na jej dach, skąd
mamy wspaniałą panoramę Lhasy. Na dachu widać dwie złote kozy,
które widzieliśmy już w innych miejscach. To symbol tego miejsca
- Lhasa bowiem znaczy koza.
Po Jokhangu
wracamy do hotelu, żeby choć trochę odpocząć po mało przespanej
nocy.
O 14.00 wyjeżdżamy
do Sera Monastery oddalonego od Lhasy o 5km. Po drodze
mijamy więzienie Drepczi, w którym zamkniętych jest bardzo
dużo więźniów politycznych. Podobno samo wymówienie jego nazwy
powoduje u Tybetańczyków przestrach.
Sera Monastery
została zbudowana w XV w. Przed rewolucją kulturalną mieszkało
w niej około 5.000 mnichów, ale po niej zostało w klasztorze
jedynie kilkuset. Nadal pozostaje jednak jednym z najważniejszych
buddyjskich klasztorów w Tybecie. To interesujący klasztor
położony na wzgórzu. Oglądamy go również wewnątrz, zwiedzając
też inne budynki przyklasztorne, w których m.in. mieszkają
mnisi. Bardzo urzekający jest widok z dachu klasztoru - z
którego można oglądać otaczające góry oraz pozostałe zabudowania
klasztorne. Najciekawszą jednak rzeczą, którą tutaj widzimy
jest debata mnichów odbywająca się w ogrodzie przyklasztornym.Mnisi
dzielą się na m niejsze
kilkuosobowe grupki, z których każda ma swojego lidera prowadzącego
dyskusję. Mnich prowadzący na podkreślenie tego co mówi, po
zakończeniu kwestii, bardzo głośno klaszcze w dłonie, pobudzając
w ten sposób do dalszej dyskusji. Dyskusja jest bardzo impulsywna.
Pomimo tego, ze nie rozumiemy tego, o czym mnisi rozmawiają,
sposób w jaki ją prowadzą, jest na tyle zajmujący, że z przyjemnością
siedzimy obok nich i przypatrujemy się.
Po odwiedzinach
w klasztorze jedziemy z powrotem do Lhasy. Grzesiek udaje
się na samotny spacer, a my idziemy cos zjeść do znanej nam
już Gaghi Restaurant. Potem postanawiamy ostatni raz przejść
się po Barkhorze oraz kupić na targu pamiątki.
Tomkowi i
mnie udaje się wypatrzyć stary drewniany dzwonek modlitewny
oraz starą portmonetkę, które to po niedługim targowaniu kupujemy
za nieduże pieniądze.
Wracając do
hotelu zauważamy Grześka siedzącego obok starej Tybetanki
sprzedającej tutejszy chleb. Ma on bardzo błogi wyraz twarzy.
Okazuje się, że przeżył przyjemne popołudnie. Najpierw w małej
tybetańskiej knajpce, gdzie zamierzał zjeść momo, zaprosił
go do wspólnego stolika tybetański mnich z dwoma Tybetankami,
którzy nie dość że mu ten obiad postawili, to jeszcze fajnie
sobie porozmawiali po angielsku, co w Tybecie nie jest częste.
Potem spacerował po pobliskich uliczkach, zaczepiając lub
będąc zaczepianym przez tutejszych mieszkańców, aż w końcu
przysiadł się do owej starej Tybetanki, próbując pomóc sprzedać
jej chleb.
W dobrym nastroju
wszyscy wracamy do hotelu. Dziś na szczęście w nocy szybko
udaje nam się zasnąć, co oznacza, ż wreszcie się aklimatyzujemy.
|