|
19.08.2005 -
Lhasa
Po
śniadaniu w hotelu, na które dostajemy omlet masala z grzankami,
udajemy się na Barkhor, po którym można spacerować
bez znudzenia. Spacerujemy wolno obserwując krążących Tybetańczyków,
którzy cały czas odprawiają swe modły, kręcąc jednocześnie
młynkami modlitewnymi. Zarówno kobiety jak i mężczyzn mają
ogorzałe twarze, ich rysy są bardzo ostre - to efekt klimatu
w którym mieszkają. Szczególnie kobiety wyglądają niezwykle,
ze swoimi kruczoczarnymi warkoczami, w których powplatane
mają błękitne i czerwono-kolorowe naszyjniki; ze swoimi długimi
intensywnie kolorowymi sukniami; ze swoją górską urodą. Mężczyźni
z kolei mają urodę podobną do Indian; długie czarne włosy,
pociągłe twarze. Sprawiają wrażenie bardzo sympatycznego narodu,
na uśmiech od razu odpowiadają uśmiechem, skinieniem głowy.
Z drugiej jednak strony wydają się nie być tak otwarci, jak
np. Nepalczycy, których odwiedziliśmy przed Tybetem, są zdecydowanie
bardziej zdystansowani.
Przez Barkhor
ciągnie się sznur targowych budek, gdzie można kupić
naprawdę piękne tybetańskie pamiątki. Jest tam gwarno i kolorowo,
bardzo chętnie oglądamy różne rzeczy, targujemy się i dokonujemy
zakupów. Grzesiek znajduje dwa bardzo ładne młynki modlitewne
ze skóry jaka i piękną skórzano-srebrną portmonetkę, a Beata
skórzany bukłak. W międzyczasie oddajemy brudne rzeczy do
pralni, w której chłopaki próbują się na migi dogadać z dwoma
młodymi Tybetankami, które cały czas się przy tym śmieją.
W końcu staje na tym, że za każdą rzecz płacimy po 3 yuany
i że pranie możemy odebrać, jak to pokazały słodko dziewczyny,
jak się wyśpimy.
Po południu
jedziemy do Pałacu Potala, siedziby Dalajlamy, w której
mieszkał on do swojej ucieczki z Tybetu w roku 1959. Potala
została zbudowana w VII w., a w XVII w. została rozbudowana
przez 5-go Dalajlamę do dzisiejszych rozmiarów. Od tego czasu
zaczęła być siedzibą kolejnych Dalajlamów. Potala składa się
z dwóch części tzw. białego i czerwonego pałacu. Jest wysoka
na 115 m. Aktualnie w Pałacu znajdują się świątynie poświęcone
kolejnym Dalajlamom oraz Buddom, grobowce oraz części mieszkalne
dla mnichów.
Potala robi
zdecydowanie większe wrażenie z zewnątrz, niżwewnątrz. Pomimo
kilku naprawdę przepięknych sal czy grobowców, chodzenie po
niej przypomina raczej muzeum, nie czuje się magnetyzmu tego
miejsca. Zupełnie odmienne wrażenia mamy patrząc na nią z
zewnątrz - ta imponująca budowla, położona na wzgórzu, górująca
nad miastem, intryguje i wzbudza podziw jednocześnie.
Po odwiedzinach
Potali udajemy się na obiad do Tashi I restaurant,gdzie na
deser zajadamy się cheescake, podobno najlepszym ciastem w
Tybecie. Faktycznie jest przepyszne, czego nie
można powiedzieć o herbacie z masła jaka, którą zamawiamy
na spróbowanie. To jedna z najgorszych rzeczy, jakie do tej
pory piliśmy, choć oczywiście trzeba tego osobiście doświadczyć!
Wieczór upływa
znów nam na Barkhorze. W pewnym momencie zaczepia mnie mała
tybetańska dziewczynka, pytając ładnąangielszczyzną czy może
ze mną porozmawiać po angielsku. Dziewczynka ma 10 lat, angielskiego
uczy ją jej dziadek. W szkole dzieci tybetańskie uczą się
jedynie języka chińskiego i tybetańskiego. Dziewczynkę otacza
cała jej rodzina, która jest bardzo dumna z tego, jak świetnie
mała sobie w rozmowie radzi. Wszyscy są bardzo sympatyczni;
pomimo tego, że nie znają angielskiego, oni też zagadują do
mnie po tybetańsku, uśmiechając się przy tym, żywo gestykulując.
Po tej miłej pogawędce wracamy do hotelu, gdzie jeszcze trochę
sobie razem siedzimy i rozmawiamy, po czym udajemy się spać.
W nocy znowu mamy kłopoty z zaśnięciem, do czego zdążyliśmy
się już przyzwyczaić.
|