|
18.08.2005 Tybet
- Lhasa
Naszą
podróż do Tybetu organizujemy korzystając z pomocy biura w
Kathmandu Insight Nepal Tours & Travel Pvt. Ltd. (wonderland@ecomail.com.np.),
którego właściciel Shree Man Singh został nam polecony przez
Marka Kalmusa. W związku z tym, że nie chcieliśmy zostawać
w Nepalu zbyt długo organizując permity i inne formalności
związane z wyjazdem, negocjacje prowadziliśmy jeszcze przed
wyjazdem przez Internet. Zależało nam przede wszystkim na
własnej trasie podróży po Tybecie oraz na jeepie z kierowcą
tylko dla naszej piątki, bez łączenia z innymi grupami. Negocjacje
trwały długo, ale w końcu stanęło na następujących kwotach:
za 10-dniową wyprawę do Tybetu wraz ze wstępami, noclegami,
kosztami jeepa, kierowcy, przewodnika, Everest Base Camp po
700 USD od osoby + 43 USD za wizę/permit. Dodatkowo płacimy
za bilet lotniczy do Lhasy 295 USD.
Na lotnisko
dostajemy się mini-busem. Gosia trzyma pieczołowicie nasz
najważniejszy dokument, którego podobno absolutnie nie możemy
zgubić tj. grupową wizę dla naszej piątki zezwalającą nam
na wjazd do Tybetu. Wiza i permit to jeden dokument. Być może
bez niego można dostać się do Tybetu drogą lądową, ale absolutnie
jest to wykluczone lecąc samolotem, przynajmniej z Kathmandu.
Pemit jest nam na lotnisku sprawdzany kilkakrotnie i nie ma
żadnych szans tego ominąć. Do Lhasy lecimy chińskimi liniami
Air China, są to zresztą jedyne linie które latają z Kathmandu.
Loty są tylko 2 razu w tygodniu, tak że trzeba przy planowaniu
podróży samolotem wziąć to pod uwagę. Ciekawostką jest sposób
w jaki nasze bagaże dostają się do samolotu. Na płycie lotniska
zauważamy bowiem wszystkie bagaże ułożone na ziemi; każdy
musi podejść do swojego i następnie własnoręcznie zapakować
bagaż na pakę, skąd zostają one dopiero przenoszone do samolotu.
W ten sposób sprawdza się, czy nie ma próby wpakowania do
samolotu obcych bagaży. Oczywiście przy wszystkich tych czynnościach
jesteśmy obserwowani przez sporą gromadkę chińskiego personelu
oraz wojska.
Z
powodu mgły nie możemy w trakcie lotu obserwować górskich
krajobrazów. Pomiędzy chmurami tylko fragmentami widać szczyty
Himalajów. Można sobie wyobrazić, jak piękne są widoki z samolotu,
gdy niebo jest bezchmurne.
Do Lhasy dolatujemy
o godzinie 14.00 czasu lokalnego (różnica między Nepalem a
Tybetem wynosi 2 godz. 15 minut, a między Polską a Tybetem
- 6 godzin). Od razu po wyjściu z samolotu ukazuje nam się
zupełnie inny klimat niż ten w Nepalu, co oczywiście wynika
z wysokości, na której Tybet jest położony (Lhasa - 3.600
m.n.p.m.). Już nie zieleń, a prawie wszędzie szarość gór otaczających
Lhasę, to pierwsze wrażenie, którego doznajemy. Na lotnisku
panuje iście policyjna atmosfera, co nam nie pozwala zapomnieć,
że właśnie formalnie dolecieliśmy do Chińskiej Republiki Ludowej.
Nim szczęśliwie opuścimy lotnisko, czeka na nas jeszcze kilkakrotne
wypełnianie różnych papierków z całą masą niepotrzebnych informacji,
co chwilę sprawdzanie dokumentów i bagaży. Na szczęście nie
musimy dokładnie pokazywać przewożonych z sobą książek, co
niestety nie udaje się parze Chińczyków, których książki są
przeglądane kartka po kartce.
Rozglądamy
się za naszym przewodnikiem, który ma na nas czekać, ale chwilowo
nie możemy go wypatrzyć. Wiemy tylko, że ma być Tybetańczykiem,
bo o to prosiliśmy szczególnie, nie wyobrażając sobie absolutnie
podróżowania po Tybecie z Chińczykiem. Nagle podchodzi do
nas niziutka dziewczyna, która właśnie okazuje się być naszym
przewodnikiem. Nie spodziewamy się kobiety, ale oczywiście
nie mamy nic przeciwko temu, a chłopaki są nawet szczególnie
zadowoleni. Dziewczyna na imię ma Wynsee, pochodzi z małej
wioski na południu Tybetu. Obdarowuje nas białymi szalami
na powitanie, co jest tutaj rytuałem.
Pakujemy nasze
bagaże do samochodu, którym okazuje się bardzo stara Toyota
Landcruiser i ruszamy do Lhasy, oddalonej od lotniska o ok.
60km. Możemy jechać nową krótszą drogą, gdyż tydzień temu
ukończono właśnie budowę nowego mostu i tunelu.
Do Lhasy wjeżdżamy
od jej części chińskiej. Zamiast magicznego tybetańskiego
miasta widzimy porozwiewane wszędzie chińskie flagi, chińskie
sklepy z całą masą tandetnych rzeczy; zamiast chorągwi modlitewnych
- transparenty z 40-tą rocznicą "wyzwolenia Tybetu"
(tj. utworzenia Tybetańskiego Regionu Autonomicznego). Widoki
te nie nastrajają optymistycznie. Na szczęście wkrótce dojeżdżamy
do tybetańskiej starej części miasta, która pomimo obecności
Chińczyków, zdołała przetrwać.
Po rozpakowaniu
się w Hotelu Flora, położonego ok. 500 m od Barkhoru, idziemy
rozejrzeć się po mieście. Prawie wszyscy odczuwamy ból głowy
związany z wysokością, na której położona jest Lhasa. Mamy
krótszy oddech i trudności z szybkim poruszaniem się, ale
poza tym nic więcej się nam nie dzieje.
Spacerujemy
w tłumie Tybetańczyków wykonujących najbardziej znaną w Lhasie
pielgrzymkę wokół Jokhang Temple oraz starych budynków obok
świątyni - tzw. Barkhor kora. Wraz z nimi dochodzimy
pod Jokhang - najświętszą świątynię w Tybecie. Przed
świątynią Tybetańczycy odprawiają swoje rytualne modlitwy.
Widok ten jest naprawdę przejmujący - wiara i żarliwość, z
jaką oddają się tym praktykom, nie zważając na nikogo i na
nic, jest naprawdę imponująca. Stoimy przed świątynią dłuższą
chwilę, poddając się urokowi tego miejsca i ludzi.
Na kolację
wybieramy się do Ganghi Restaurant, tybetańskiej knajpki położonej
przy Barkhorze, z której mamy doskonały widok na Jokhang oraz
na plac. Z ciekawszych rzeczy, które jemy, możemy polecić
fried potato momo. Po kolacji robimy jeszcze rundkę po Barkhorze
i wracamy do hotelu.
Z powodu różnicy
czasu oraz wysokości bardzo długo nie możemy zasnąć, a w nocy
co chwilę się budzimy.
|