|
16.08.2005 Bhaktapur,
Panauti, Changu Narayan
Wstajemy
przed 8.00. Do Bhaktapur, położone niespełna 30 km od Kathmandu,
udajemy się jedną dużą taksówką.Wynegocjowana przez nas w
dniu wczorajszym cena (1.000 Rs) wydaje nam się wciąż wygórowana,
pewnie z połowę stanowi prowizja hotelu, ale w końcu zgadzamy
się ją zapłacić, nie chcąc tracić czasu na szukanie nowego
środka lokomocji. Bhaktapur, to obokKathmandu i Patanu,
jedno z najważniejszych miast w Kotlinie Kathmandu. Jego nazwa
w języku newarii Khwopa oznacza Miasto Wielbiących. Choć wstęp
do niego jest bardzo drogi, w porównaniu do innych cen w Nepalu
(10 USD), jest ono naprawdę warte obejrzenia. Spacer wąskimi
uliczkami z urokliwymi kamienicami zdobionymi misternymi drewnianymi
ornamentami na okiennicach i balkonach to naprawdę spora przyjemność.
W Bhaktapur jest dużo spokojniej niż w Kathmandu, co dodatkowo
jest zaletą tego miejsca. Włóczymy się po nim trochę, w międzyczasie
chłopaki trzaskają całą masę zdjęć. Następnie dochodzimy do
najstarszej części miasta - placu Tachupal Tole, gdzie oglądamy
z zewnątrz świątynię Dattatraya oraz Bhimsen Temple. Śliczna
Nepalka namawia nas na małe zakupy pamiątkowe, co się jej
udaje. Chociaż saszetki, które dziewczyna proponuje, nie są
nam potrzebne, ich cena (50 Rs) jest tak niska, że postanawiamy
je kupić, by sprawić jej przyjemność. Tym bardziej, że dziewczyna
jest bardzo miła. Idziemy dalej do Durbar Square, któy jest
znacznie większy niż to w Kathmandu. Siadamy sobie na placyku
i oglądamy otaczające nas świątynie: Rameshwar Temple (ofiarowanej
Śiwie), Bhadri Temple (poświęconej Wisznu) oraz Krishna i
Śiwa Temple. Następnie przechodzimy na inny wielki plac -
Taumadi Tole, gdzie stoi najwyższa świątynia w Dolinie Kathmandu;
Nyatopola Temple. Ta pięciopoziomowa wysoka na 30m świątynia,
jest jednym z najpiękniejszych przykładów tradycyjnej newarskiej
architektury sakralnej. Na każdym stopniu schodów budowli
umieszczono parę strażników. Na dole stoją legendarni zapaśnicy.
Dzajamel i Phattu, mający siłę dziesięciu ludzi. O stopień
wyżej widać dwa słonie, dalej lwy, gryfy, wreszcie dwie bogini:
Baghini pod postacią tygrysicy i Shinghini - lwicy. Każdy
z wizerunków jest dziesięciokrotnie mocniejszy od znajdującego
się niżej, a wszystkimi włada tajemnicza tautryczna bogini
Siddhi Lakśmi, pani Świątyni.
Oglądamy
jeszcze Plac Garncarzy, który jednak zasypany jest cały masą
tandetnych mis, słoni oraz smoków dla turystów, co zdecydowanie
osłabia jego atrakcyjność.
Postanawiamy
znaleźć taksówkę dla naszej dalszej podróży. Tym razem negocjacje
wychodzą nam niezwykle korzystnie; duża taksówka za 1.100
Rs za kurs do Panauti, Changu Narayan, oraz powrót do Kathmandu.
To pokazuje że zdecydowanie przepłaciliśmy za ranną taksówkę.
Co prawda jeden z chłopaków musi jechać z tyłu taksówki w
części z bagażami, nie jest to jednak wielki problem.
W drodze do
Panauti natrafiamy na sporo blokad wojskowych, które sprawdzają
przejeżdżające samochody. W samym miasteczku jest też dużo
żołnierzy. Zdecydowanie stan wyjątkowy Nepalu jest w tych
okolicach bardziej zauważalny, niż w miejscach, które dotychczas
widzieliśmy. Panauti to miasteczko praktycznie pozbawione
turystów i z tego powodu warto go odwiedzić. Chodzimy sobie
po nim, mijając zamieszkujących tu ludzi, roześmiane dzieciaki,
które bardzo chętnie pozwalają się fotografować. Odwiedzamy
też Krishna Narayan Temple. Po zobaczeniu świątyni postanawiamy
zrobić sobie mały odpoczynek i coś w miasteczku zjeść. Miejsce,
które Tomek i ja wybieramy, jest naprawdę odjazdowe. Knajpę
stanowi kilka drewnianych ław, nad którymi jest zrobiony jakiś
prowizoryczny dach. W blaszanych dużych misach jest całe menu
knajpy: zupa z soczewicy, placki chapati oraz warzywa, z których
rozpoznajemy jednie zielony groszek, fasolę i paprykę. W okopconym
garnku bulgocze herbata masala. Siedzący na ławach miejscowi
uśmiechają się do nas przyjaźnie. Wybieramy chapati z warzywkami,
które okazuje się najpikantniejszą potrawą, jaką w życiu jedliśmy,
oraz herbatę masala. Nie ryzykujemy jednak i postanawiamy
nie pić wody kranówki, którymi nas dodatkowo raczą. Za to
wszystko za 2 osoby płacimy 45 Rs, co wychodzi mniej niż 1
USD.
Ok.
15.30 opuszczamy Panauti i udajemy się do Changu Narayan Temple,
które leży na wzgórzu na wschodnim krańcu Kotliny Kathmandu.
Nasz kierowca musi się nieco namęczyć, by jego wehikuł dał
radę wjechać na górę, ale w końcu mu się to udaje. Po drodze
mamy przepiękne widoki: kotlina w dole z intensywnie zieloną
trawą oraz poletkami ryżu, które wyglądają naprawdę niesamowicie.
Są tak nasycone zielonym kolorem, że aż jest to niewiarygodne.
Changu
Narayan Temple robi naprawdę duże wrażenie, co w dużym
stopniu uwarunkowane jest jej położeniem. Pomimo swego uroku,
sanktuarium nie przyciąga wielu turystów, co nam akurat bardzo
odpowiada. Możemy spokojnie się tu powłóczyć, co jest naprawdę
fajne. Świątynia poświęcona jest Wisznu pod postacią Narajany.
Naprzeciwko niej stoi posąg klęczącego Garudy (pół człowieka,
pół ptaka) który przenosił Wisznu. Ciekawostką tego obiektu
są kozy, które przechadzają się po dziedzińcu. Duży kozioł
sprawia wrażenie, jakby Świątynia należała do niego, dumnie
obchodząc ją z wszystkich stron.
Do Kathmandu
wracamy ok. 18.00. Na kolację postanawiamy zjeść cos dobrego,
co nam się udaje. Jemy pyszne butańskie danie khewa datsi
(ziemniaki polane rozpuszczonym serem) w restauracji Dechenling.
Knajpa nie jest tania (za danie główne płacimy 220 Rs), ale
bardzo smaczna. Po kolacji kupujemy piwo w markecie, które
wypijamy spacerując sobie uliczkami na Thamelu. Chłopaki idą
jeszcze do kafejki internetowej, a my wracamy do hotelu.
|