|
03.09.2005 Delhi
Dziś wstajemy
późno, ok. 9.00. Ostatni dzień naszego pobytu postanawiamy
spędzić zupełnie relaksacyjnie, bez żadnego pośpiechu. Grzesiek
rusza sam na przechadzkę, a my w czwórkę jedziemy do Jami
Masjd - największego meczetu w Indiach. Od samego rana
panuje w mieście nieznośny wręcz upał. Jedziemy rikszą zatłoczonymi
ulicami, mijając miejscowych, w tym całą masę naciągaczy.
Jest też tu dużo turystów, których praktycznie nie zauważaliśmy
wcześniej, nawet w takich turystycznych miejscach jak Agra.
Delhi od samego początku niczym szczególnym nas nie
zachwyca. Może jest to spowodowane tym, że jest to nasz ostatni
dzień podróży i myślimy już o powrocie, a może tym, że poświęcamy
mu zdecydowanie za mało czasu, by choć trochę wczuć się w
jego atmosferę, a może faktycznie jest to miasto bez wyrazu.
Tak czy inaczej nie zmienia tego nawet Jami Masjd - naprawdę
przepiękny meczet wybudowany przez Szaha Dżahana, najbardziej
znanego z budowy Taj Mahalu. Meczet jest naprawdę imponujący,
ale po podobnych obiektach które już widzieliśmy w Agrze,
nie jest w stanie zrobić na nas większego wrażenia. Podobnie
jest z Fortem z czerwonego piaskowca, którego oglądamy jedynie
z zewnątrz, zbyt przypomina ten w Agrze, aby miał nas zachęcić
do wejścia.
W związku
z niemiłosiernym upałem dajemy sobie spokój z dalszym zwiedzaniem.
Postanawiamy pojechać do Cannaught Place - centrum New Delhi.
Zamierzamy zrobić tam jeszcze jakieś ostatnie zakupy, ale
po przejściu po kilku sklepach, rezygnujemy. Jest zbyt gorąco
na chodzenie i jakoś nic nas nie powala. Wypijamy kawę w Pizza
Hut (jedno z nielicznych klimatyzowanych pomieszczeń w pobliżu)
i wracamy do hotelu, gdzie spotykamy się z Grześkiem. Postanawiamy
nasze ostatnie popołudnie spędzić w kinie. Wybieramy
największy aktualnie hinduski hit pt. "Love takes over".
Film trawa 3,5 godziny, oglądanie jego to naprawdę fajne przeżycie.
Oprócz bowiem fabuły ( ich dwóch i ona jedna) i stu tysięcy
intryg z tym związanych, przeplatanych scenami tanecznymi,
największe wrażenie robi publiczność, która wraz z aktorami
wczuwa się w rolę bohaterów. A więc jest cała masa okrzyków
na znak aprobaty czy niezadowolenia, są zbiorowe oklaski czy
gwizdy, głośne komentowanie scen i rozmawianie w trakcie filmu
na jego temat, odbieranie telefonów, oglądanie w towarzystwie
niespełna rocznych dzieci, dosłownie wszystko. Naprawdę fajna
zabawa. Tomek i Grzesiek nawiązują kontakt z publicznością;
po ich komentarzach zgłaszają głośno swoje uwagi do filmu
po polsku, na co publiczność im odpowiada i tak naradza się
międzynarodowy dialog na temat kinematografii hinduskiej.
Pomocne dla zrozumienia dla nas niezbyt skomplikowanej fabuły
jest wypowiadanie przez bohaterów najważniejszych kwestii
po angielsku, zamiast po hindusku, co wskazywać ma chyba na
nowoczesność tego filmu.
Po kinie wracamy
do hotelu, skąd następnie udajemy się na lotnisko. O 3.00
w nocy opuszczamy Delhi, kończąc w ten sposób naszą pierwszą
niezapomnianą wyprawę po kontynencie azjatyckim.
|