|
02.09.2005 Fatehpur
Sikri
Po
śniadaniu ruszamy do Fatehpur Sikri, położonego na
wzgórzu 40 km od Agry. Jedziemy jedną duża taksówką, którą
wynajmujemy za 800 rupi (tam i z powrotem z czekaniem). Fatehpur
Sikri, zwane inaczej wymarłym miastem, wybudowane zostało
w XVI w. za panowania cesarza Akbara, wtedy też było stolicą
imperium mogolskiego. Z powodu wybudowania go zbyt daleko
od rzeki oraz częstego nawiedzania terenu przez suszę, miasto
nie miało żadnych szans na przetrwanie, wkrótce po śmierci
władcy opustoszało i nigdy już nie zostało zaludnione. Wstęp
do tzw. Starego Miasta kosztuje 250 rupi lub 5 USD
(co przy aktualnym kursie 1USD = 42 rupie; bardziej się opłaca).
Pomimo tego, że z większości pałaców zachowały się jedynie
ściany zewnętrzne, miejsce to robi niezwykłe wrażenie. Praktycznie
całość wybudowania jest z czerwonego piaskowca, budulca bardzo
często stosowanego przez Arabów. Spacer wśród tych pięknych
opuszczonych budowli jest naprawdę urokliwy. Jedyne co jest
trudne do zniesienia to męczący upał, który nie opuszcza nas
ani na chwilę. Przechodzimy się po pozostałych budowlach,
wchodzimy na różne dziedzińce, w tym m.in. na dziedziniec
Pachisi, przypominający gigantyczną szachownicę (podobno Akbar
grywał tu w pachisi, używając
niewolnic jako żywych figur). Po zwiedzeniu Starego Miasta
udajemy się do Jama Masjid (Wielkiego Meczetu), wstęp
bezpłatny. Zbudowany on został jako replika meczetu w Mekce,
wyraźnie widać w nim wpływy perskie i hinduskie. Do świątyni
prowadzi wielka 54-metrowa Brama Zwycięstwa upamiętniająca
kampanię wojenną Akbara w Gujaracie. Sklepione wejście zdobi
inskrypcja ze słowami zaczerpniętymi z Koranu "świat
jest mostem, przejdź na drugą stronę, ale nie buduj na nim.
Ten kto ma nadzieję na godzinę, może mieć nadzieję na wieczność".
Sam meczet wykonany jest z czerwonego piaskowca. Na dziedzińcu
obok meczetu znajduje się wspaniały grobowiec Szejcha Salima
Cisztiego. To przepiękna wykonana z białego marmuru budowla
z misternie wykutymi w nim otworami.
To co jednak
psuje efekt uroku tego miejsca, to nieskończona wręcz ilość
naciągaczy od licencjonowanych przewodników poprzez wszelkiego
rodzaju "usłużnych" i skończywszy na chmarze dzieciaków,
z których wszyscy próbują wcisnąć jakąś usługę lub rzecz do
sprzedania. Pomimo tego, że już przyzwyczailiśmy się do tego
typu zachowań, tutaj jest to okropnie męczące. Jedyne, co
możemy robić to kompletnie ignorować wszelkich pomocników,
co też staramy się czynić.
Po
zwiedzeniu wymarłego miasta, które naprawdę gorąco wszystkim
polecamy, wracamy do hotelu. Robimy sobie krótki odpoczynek,
po czy udajemy się rikszami na dworzec kolejowy, skąd o 16.00
odjeżdżamy do Delhi. Jedziemy pociągiem w najniższej jego
klasie, czyli tzw. sleeper class. Pociąg przypomina raczej
wagon bydlęcy z kratami w oknach, ale jazda nim ma swój niepowtarzalny
klimat. Większość miejscowych ma bagaże przymocowane łańcuchami
do prycz. Przez cały czas mijają nas pielgrzymki żebrzących,
roznoszący napoje i jedzenie, sprzedawcy skarpet itp. Widzimy
też hidźras - ubranego w strój kobiecy transwestytę, których
w Indiach jest sporo. W Indiach otwarte przyznawanie się do
homoseksualizmu nie jest akceptowane społecznie, hidźras stali
się czymś w rodzaju trzeciej płci.
Do Delhi dojeżdżamy
ok. 20.00, łapiemy rikszę i szukamy jakiegoś hotelu w okolicy.
W końcu trafiamy do Hotelu Relax w dzielnicy Paharganj. Płacimy
1.000 rupi za pokój 2- osobowy. Grzegorz nie jest zachwycony
tym wyborem, ale nasza czwórka zdecydowanie woli na te ostatnie
noce pokój z łazienką i klimatyzacją, tym bardziej, że pomimo
wieczornej pory wciąż jest niemiłosiernie gorąco. Robimy sobie
krótką przechadzkę "Delhi by night", po czym wracamy
do hotelu.
|