|
15.08.2005 Kathmandu,
Dotlina Kathmandu
Wstajemy dziś
wcześnie, ok. 7.00. Po szybkim śniadaniu, na które zjadamy
przywiezione jeszcze z Polski keksowe ciasto upieczone przez
mamę Grześka, ruszamy w drogę. Dziś mamy ambitny plan; wycieczkę
rowerową do Swayambunath, Patanu, Pashupatinath i Bodnath,
wszystkie położone wokół Kathmandu. Cała Kotlina Kathmandu
stanowi historyczne centrum Nepalu, znajdujące się w niej
zabytki zostały w całości wpisane na Światową Listę UNESCO.
Buddyjska
stupa Swayambunath, nasz pierwszy cel podróży, położona jest
ok. 2km na zachód od Kathmandu. Początkowa trasa
nasza biegnie do rzeki Wishnumati, przy której to zauważamy
urzekające widowisko. Małą niepozorną świątynię, przy której
zebrane jest kilkadziesiąt młodych dziewcząt i kobiet, które
składają na ołtarzu dary, sypią kwiaty. Wszystkie mają na
sobie intensywnie czerwone sari, które w przypadku mężatek
są strojami, w których brały ślub. Jak się okazuje, mamy szczęście
trafić na nepalskie święto kobiet, w którym modlą się one
za swoich mężów i synów, a niezamężne dziewczyny za dobre
zamążpójście. Święto to trwa kilka dni, ale dziś jest jego
ostatni kulminacyjny punkt, dlatego też dzień ten jest naprawdę
uroczysty. Kobiety wyglądają rzeczywiście wspaniale, a czerwień
ich strojów nadaje widzianym przez nas miejscom magiczny wyraz.
Następnie jedziemy obok Idriani Temple, gdzie dary dziewcząt
zostają poświęcone. Po przejechaniu mostu i podjechaniu kawałka
pod górę dojeżdżamy do stupy Swayambunath. Jej potoczna
nazwa to Monkey Temple (Świątynia małp), z powodu sporego
stada tych zwierząt żyjących w jej okolicach. Po wejściu na
górę stromymi schodami ukazuje się nam przepiękny widok -
biało złota budowla z umieszczonymi na niej oczami Buddy spoglądającymi
na cztery strony świata. Biała podstawa stupy symbolizuje
cztery żywioły: ziemię, wodę, powietrze i ogień. Świątynię
otacza szereg młynków modlitewnych, każdy zawierający świętą
mantrę "om mani padme hum" (klejnot jest w kwiecie
lotosu). W powietrzu unoszą się zapachy kadzideł, powiewają
kolorowe tybetańskie chorągwie modlitewne, dodatkowo potęgując
niezwykłą urokliwość tego miejsca. Stupa robi na nas duże
wrażenie, obchodzimy ją kilkakrotnie, oczywiście za każdym
razem w kierunku zgodnym z ruchem wskazówek zegara.
Następny cel
naszej dzisiejszej wycieczki to Patan, drugie co do
wielkości miasto w Dotlinie Kathmandu. W przeszłości nosiło
ono nazwę
Lalitpur (miasto piękna). Choć Patan formalnie jest odrębnym
miastem od Kathmandu, w zasadzie praktycznie stanowi jedną
z jego dzielnic. Udajemy się na Durbar Square, gdzie wstęp
teoretycznie jest płatny (200Rs), nas jednak nikt o nic nie
pyta, więc wchodzimy za darmo. Plac jest bardzo urokliwy.
Oglądamy z zewnątrz położone na nim hinduskie świątynie: Bhimsen
Temple, Vishwanath Temple oraz Krishna Mandir. Do środka nie
możemy wejść, gdyż wstęp mają tylko Hindusi. Oglądamy również
pałac królewski, na którego dziedzińcu ucinamy sobie miłą
pogawędkę z miejscowym przewodnikiem. Trochę łazimy po placu
i uliczkach przylegających do niego, obserwując miejscową
ludność. Nepalczycy wydają się być bardzo miłym i pogodnym
narodem. Dużo się uśmiechają, łatwo nawiązują kontakty, chętnie
dają się fotografować.
Na obiad wybieramy
Cafe de Patan, położone przy Durbar Square, gdzie na tarasie
na dachu jemy aloo tareko (smażone ziemniaki z kminkiem, kurkumą
i chili) oraz choyla (pieczone pikantne mięso z bawoła). Dania
pomimo zachęcających nazw w wydaniu tej restauracji nie okazują
się jednak być smaczne, więc knajpy nie polecamy. Po opuszczeniu
Durbar Square idziemy zobaczyć jeszcze buddyjską Świątynię
Golden Temple.
Następnym
celem naszej wycieczki jest najważniejsza hinduska świątynia
w Nepalu Pashupatinath, oddalona od Patanu o ok.
3km. Podróżowanie rowerem nie jest łatwe z uwagi na ogromny
na ulicach tłok samochodów, autobusów oraz motocykli, które
przejeżdżają "którędy się da", czyli zajmując całą
szerokość ulicy i nie za bardzo przejmując się nikim poza
nimi. Mimo tych utrudnień jazda sprawia nam wiele frajdy.
W Pashupatinath również obowiązuje opłata za wstęp (250 Rs),
ale i tu nikt się o nic nie upomina. Przed świątynią ukazuje
nam się widok niezwykły: kolejka kilkuset kobiet, wszystkie
ubrane na czerwono, które przyjechały tutaj na główną uroczystość
związaną ze świętem kobiet. To właśnie tutaj, w Pashupatinath,
następuje kulminacyjny moment święta- modlitwa kobiet w świątyni
oraz rytualne ablucje w świętej rzece Bagmati. Widok ten nadaje
temu miejscu naprawdę magiczny wymiar. Przy świątyni spotykamy
też mnóstwo innych wiernych oraz sadhu - świętobliwych starców
utrzymujących się wyłącznie z jałmużny. Do wnętrza świątyni
nie możemy wejść, ale obchodzimy ja z różnych stron. Mijamy
przylegające do niej ghaty, oglądając oprócz rytualnych kąpieli,
przygotowania do kremacji zwłok. Świątynia jest dobrze widoczna
ze wschodniego nabrzeża rzeki, gdzie siadamy na chwilę i obserwujemy
odbywające się tu religijne praktyki. Wszyscy zgodnie stwierdzamy,
iż Pashupatinath jest tym miejscem, które robi na nas ogromne
wrażenie i na pewno zostanie na długo w naszej pamięci.
Następnie
udajemy się rowerami do największej w Nepalu stupy buddyjskiej
Bodhnath, oddalonej od Kathmandu o 6 km. Miejsce to
stanowi religijne centrum dużej społeczności Tybetańczyków;
część z nich to uchodźcy, którzy opuścili Tybet po agresji
Chińczyków w 1959 r. Stupa ta jest bardzo podobna do Swayambunath,
choć mnie osobiście zdecydowanie bardziej podobała się ta
pierwsza; aczkolwiek może jest to efektem nadmiaru wrażeń,
których dziś doświadczyliśmy. Wokół świątyni jest sporo sklepików
z tybetańskimi akcesoriami, gdzie kupujemy ładne młynki modlitewne.
Do Kathmandu
wracamy nieco zmęczeni, ale w świetnych humorach. W restauracji
na Thamelu zjadamy na kolację smaczną daal bhaat tarakari
(zupę z soczewicy) oraz warzywa z carry. Potem udajemy się
na wieczorny spacer do Durbar Square. Wchodzimy po
schodach na górę świątyni Maju Dewal (poświęconej Śiwie),
skąd z góry obserwujemy Kathmandu by night. W drodze powrotnej
do hotelu łapie nas spory deszcz, co jednak zupełnie nie psuje
naszego dobrego nastroju.
|