|
1.09.2005 Agra
Do Agry
pociąg dociera ok. 7.30 z 1-godzinnym opóźnieniem. Wysiadamy
na Agra Fort Station, gdyż pociąg ten nie zatrzymuje się na
dworcu głównym. Od razu po wyjściu z dworca otoczeni jesteśmy
przez tłum naciągaczy, którzy próbują wcisnąć nam swój środek
lokomocji. Mafia rikszowa jest tutaj zdecydowanie większa
i bardziej nachalna niż w Varanassi. Ignorujemy ich i idziemy
zorganizować bilety do Delhi na jutrzejszy popołudniowy pociąg.
Biletów nie ma, więc decydujemy się na umieszczenie nas na
tzw. liście oczekującej (co kosztuje nas dokładnie tyle samo
co bilet, ale de facto jego nie mamy). Tym razem decydujemy
się na najniższą klasę sleeper class za 121 rupi za osobę.
Po wyjściu z dworca znowu zostajemy otoczeni przez armię naciągaczy
rikszowych, którym przewodzi obleśny typek, który zachowuje
się wręcz agresywnie. Postanawiamy absolutnie nie korzystać
z jego usług i znaleźć jakieś riksze za dworcem. Tam też jednak
jest mafia rikszowa z kolejnym szefem na czele, ale w końcu
wolimy już jechać z nim niż z jego poprzednikiem. Proponowana
przez niego cena za kurs (100 rupi za 1 rikszę) jest totalnie
zawyżona, ale zgadzamy się, bo nie za bardzo możemy znaleźć
tutaj kogoś spoza tego układu.
Na
te ostatnie dni naszej podróży postanawiamy wybrać trochę
lepszy hotel, nie tylko z wodą, ale i z klimatyzacją, choć
Grzesiek ma w tym zakresie odmienne zdanie. Zgadza się jednak
na demokratyczne przegłosowanie i wybór przez nas Ganga Ratan
Hotel położony niedaleko Taj Mahal (2-ka ze śniadaniem kosztuje
1.100 rupi). Relaksujemy się trochę w hotelu, odpoczywamy,
aby przeczekać największy upał. Ok. 13.30 opuszczamy hotel
(wciąż jest okropnie gorąco) i motorikszami jedziemy na zwiedzanie
miasta. Agra to zupełne przeciwieństwo Varanassi, są tutaj
szerokie ulice, po których są w stanie jeździć nawet samochody,
jest w miarę czysto i dużo zieleni.
Najpierw udajemy
się do Agra Fort (wstęp 250 rupi). Fort robi naprawdę
spore wrażenie. Masywne podwójne mury z czerwonego piaskowca
wysokie na ponad 20m i długie na ponad 2.5km. W środku są
budynki również z czerwonego piaskowca. Fort został wybudowany
w XVI w. przez władców mogolskich - Cesarza Akbara, a potem
rozbudowany przez Szacha Dżachana. Niestety legendarny marmurowy
Moti Masjid (perłowy meczet), często uważany za najpiękniejszy
w Indiach, jest zamknięty dla zwiedzających. Nie można oglądać
go nawet z zewnątrz. Mimo to sam Fort jest zdecydowanie wart
obejrzenia.
Po
forcie jedziemy zobaczyć Baby Taj. To bardzo piękne
mauzoleum mirzy Ghijas-bega, zbudowane po jego śmieci na polecenie
jego córki. Budowla w całości jest z marmuru z rewelacyjnymi
inkrustacjami, z malowniczymi mozaikami, z ażurowymi ścianami,
przez które pada dyskretnie światło do wnętrza grobowca, tworząc
w ten sposób naprawdę piękny widok. Pomimo popołudniowej pory
(jest 15.30), upał jest niemiłosierny.
Po zwiedzeniu
mauzoleum jedziemy na targ owocowy, gdzie kupujemy soczyste
ananasy. Prowadzący rikszarz koniecznie próbuje nam wcisnąć
wizytę w "najlepszych sklepach miasta". Robi to
jednak w tak napastliwy sposób, że postanawiamy go zupełnie
zignorować. Zamiast wejścia do sklepu jubilerskiego, przed
którym kierowca nasz zatrzymuje się bez uzgodnienia z nami,
wchodzimy do malutkiego sklepiku muzycznego, gdzie bardzo
miły i stonowany sprzedawca pokazuje nam swoje sprzęty muzyczne.
Nie wciskanie nikomu nic na siłę przynosi pożądany efekt,
bo postanawiamy się spokojnie rozejrzeć po sklepie, a następnie
dokonać stosownych zakupów. U mnie metoda ta przynosi zdecydowanie
lepsze skutki, ale Hindusi patrzą na to zupełnie inaczej.
Grzesiek kupuje bardzo ładny instrument - sitar - do swojej
domowej kolekcji, my małą trąbkę dla naszego 4-letniego syna.
Niezadowolony rikszarz próbuje przynajmniej namówić na sklepy
z wyrobami marmurowymi lub fabryką dywanów, ale absolutnie
nie mamy na to ochoty, co wprawia go w totalną irytację. Nie
przejmujemy się tym wcale i prosimy o dojazd bezpośrednio
pod Taj Mahal. Mamy spore szczęście, bo z powodu jakiegoś
święta
wstęp do mauzoleum jest dziś bezpłatny, a więc zaoszczędzamy
25 USD od osoby. Próbujemy przecisnąć się przez tłum naciągaczy,
których jest tutaj cała chmara i dochodzimy wreszcie do jednego
z 7-miu cudów świata. Ten zabytek z epoki mogolskiej zbudowany
został w latach 1631-1653, po śmierci ukochanej żony Szacha
Dżahana. To jeden z najbardziej znanych symboli Indii. Budowla
z białego marmuru z rzeźbionymi i inkrustowanymi powierzchniami,
w połączeniu z czerwonym piaskowcem robi naprawdę wielkie
wrażenie. Fontanna przed grobowcem jest bez wody, tak więc
nie możemy uwiecznić odbijającego się w wodzie Taj Mahalu,
ale i tak jest pięknie. Dosyć makabryczną ciekawostką związaną
z powstaniem budowli jest późniejszy los 29 tyś. budowniczych
z Indii i Azji środkowej, którym po zakończeniu prac obcięto
dłonie lub kciuki, aby nie mogli już stworzyć równie pięknego
dzieła.
Ciągle pijemy
"odrdzewiacz" czyli coca-colę która naszym zdaniem
czyni tu cuda, bo odpukać, nic nam się z żołądkami nie dzieje,
co przypisujemy właśnie coli. Zarówno w Varanassi, jak i w
Agrze, mamy spore kłopoty z kupieniem oryginalnej wody mineralnej
lub coca-coli. Używanie starych butelek, zardzewiałych kapsli,
przelewanie do butelek miejscowych podróbek czy sprzedawanie
tych napoi z przeterminowaną datą, to tutaj norma. Picie coli
wydaje nam się bezpieczniejsze, a po drugie zdecydowanie dobrze
działa na nasze żołądki. Dlatego też wypijamy jej kilka butelek
dziennie i ja na razie, wszystko jest OK.
Do hotelu
wracamy spacerkiem. Tomek i ja postanawiamy wydać zaoszczędzone
na wejściu do Taj Mahalu pieniądze i poszaleć na kolacji.
Jedziemy więc do hotelu Amar Villas, gdzie mieści się hinduska
restauracja Esphahan. Już samo wejście do restauracji jest
jak z bajki tysiąca i jednej nocy. Hotel w stylu arabskim,
trochę na wzór Taj Mahalu z przepięknymi fontannami i ogrodami,
podświetlony nastrojowymi lampami, sprawia naprawdę urokliwe
wrażenie. Młodzi przystojni kelnerzy ubrani w tradycyjne hinduskie
stroje z wielkimi turbanami na głowach, pięknie urządzona
restauracja z rozbrzmiewającą muzyką graną na sitrze - to
zupełnie inna, choć pewnie trochę odrealniona, strona Indii.
Zamawiamy całą masę pyszności począwszy od wina, przeróżnych
przystawek, poprzez całą masę mięs, ryb, a skończywszy na
pysznych hinduskich deserach. Jesteśmy w fantastycznych nastrojach.
To zupełna odskocznia od dotychczasowych etapów podróży, skądinąd,
bardzo przyjemna. Do hotelu wracamy przed północą.
|