13-14.08.2005 r.
wylot
15.08.2005 r.
Kathmandu, Dotlina Kathmandu
16.08.2005 r.
Bhaktapur, Panauti, Changu Narayan
17.08.2005 r.
Kathmandu
18.08.2005 r.
Tybet; Lhasa
19.08.2005 r.
Lhasa
20.08.2005 r.
Lhasa, Sera Monastery
21.08.2005 r.
Nam - Tso Lake
22.08.2005 r.
Tsurphu Monastery
23.08.2005 r.
Yamdrok-Tso, Gyantse
24.08.2005 r.
Shigatse, Przejazd do Lhatse
25.08.2005 r.
Lhatse, Rongbuk Monastery
26.08.2005 r.
Everest Base Camp. Tingri
27.08.2005 r.
Droga z Nyalam do Kathmandu
28.08. 2005 r.
Z Katmandu do Sunauli
29.08.2005 r .
Z Sunauli do Varanassi
30.08.2005 r.
Varanassi, Sarnath.
31.08.2005 r.
Varanassi
1.09.2005 r.
Agra
02.09.2005 r.
Fatehpur Sikri
03.09.2005 r.
Delhi

1.09.2005 Agra

        Do Agry pociąg dociera ok. 7.30 z 1-godzinnym opóźnieniem. Wysiadamy na Agra Fort Station, gdyż pociąg ten nie zatrzymuje się na dworcu głównym. Od razu po wyjściu z dworca otoczeni jesteśmy przez tłum naciągaczy, którzy próbują wcisnąć nam swój środek lokomocji. Mafia rikszowa jest tutaj zdecydowanie większa i bardziej nachalna niż w Varanassi. Ignorujemy ich i idziemy zorganizować bilety do Delhi na jutrzejszy popołudniowy pociąg. Biletów nie ma, więc decydujemy się na umieszczenie nas na tzw. liście oczekującej (co kosztuje nas dokładnie tyle samo co bilet, ale de facto jego nie mamy). Tym razem decydujemy się na najniższą klasę sleeper class za 121 rupi za osobę. Po wyjściu z dworca znowu zostajemy otoczeni przez armię naciągaczy rikszowych, którym przewodzi obleśny typek, który zachowuje się wręcz agresywnie. Postanawiamy absolutnie nie korzystać z jego usług i znaleźć jakieś riksze za dworcem. Tam też jednak jest mafia rikszowa z kolejnym szefem na czele, ale w końcu wolimy już jechać z nim niż z jego poprzednikiem. Proponowana przez niego cena za kurs (100 rupi za 1 rikszę) jest totalnie zawyżona, ale zgadzamy się, bo nie za bardzo możemy znaleźć tutaj kogoś spoza tego układu.

        Na te ostatnie dni naszej podróży postanawiamy wybrać trochę lepszy hotel, nie tylko z wodą, ale i z klimatyzacją, choć Grzesiek ma w tym zakresie odmienne zdanie. Zgadza się jednak na demokratyczne przegłosowanie i wybór przez nas Ganga Ratan Hotel położony niedaleko Taj Mahal (2-ka ze śniadaniem kosztuje 1.100 rupi). Relaksujemy się trochę w hotelu, odpoczywamy, aby przeczekać największy upał. Ok. 13.30 opuszczamy hotel (wciąż jest okropnie gorąco) i motorikszami jedziemy na zwiedzanie miasta. Agra to zupełne przeciwieństwo Varanassi, są tutaj szerokie ulice, po których są w stanie jeździć nawet samochody, jest w miarę czysto i dużo zieleni.

        Najpierw udajemy się do Agra Fort (wstęp 250 rupi). Fort robi naprawdę spore wrażenie. Masywne podwójne mury z czerwonego piaskowca wysokie na ponad 20m i długie na ponad 2.5km. W środku są budynki również z czerwonego piaskowca. Fort został wybudowany w XVI w. przez władców mogolskich - Cesarza Akbara, a potem rozbudowany przez Szacha Dżachana. Niestety legendarny marmurowy Moti Masjid (perłowy meczet), często uważany za najpiękniejszy w Indiach, jest zamknięty dla zwiedzających. Nie można oglądać go nawet z zewnątrz. Mimo to sam Fort jest zdecydowanie wart obejrzenia.

        Po forcie jedziemy zobaczyć Baby Taj. To bardzo piękne mauzoleum mirzy Ghijas-bega, zbudowane po jego śmieci na polecenie jego córki. Budowla w całości jest z marmuru z rewelacyjnymi inkrustacjami, z malowniczymi mozaikami, z ażurowymi ścianami, przez które pada dyskretnie światło do wnętrza grobowca, tworząc w ten sposób naprawdę piękny widok. Pomimo popołudniowej pory (jest 15.30), upał jest niemiłosierny.

        Po zwiedzeniu mauzoleum jedziemy na targ owocowy, gdzie kupujemy soczyste ananasy. Prowadzący rikszarz koniecznie próbuje nam wcisnąć wizytę w "najlepszych sklepach miasta". Robi to jednak w tak napastliwy sposób, że postanawiamy go zupełnie zignorować. Zamiast wejścia do sklepu jubilerskiego, przed którym kierowca nasz zatrzymuje się bez uzgodnienia z nami, wchodzimy do malutkiego sklepiku muzycznego, gdzie bardzo miły i stonowany sprzedawca pokazuje nam swoje sprzęty muzyczne. Nie wciskanie nikomu nic na siłę przynosi pożądany efekt, bo postanawiamy się spokojnie rozejrzeć po sklepie, a następnie dokonać stosownych zakupów. U mnie metoda ta przynosi zdecydowanie lepsze skutki, ale Hindusi patrzą na to zupełnie inaczej. Grzesiek kupuje bardzo ładny instrument - sitar - do swojej domowej kolekcji, my małą trąbkę dla naszego 4-letniego syna. Niezadowolony rikszarz próbuje przynajmniej namówić na sklepy z wyrobami marmurowymi lub fabryką dywanów, ale absolutnie nie mamy na to ochoty, co wprawia go w totalną irytację. Nie przejmujemy się tym wcale i prosimy o dojazd bezpośrednio pod Taj Mahal. Mamy spore szczęście, bo z powodu jakiegoś święta wstęp do mauzoleum jest dziś bezpłatny, a więc zaoszczędzamy 25 USD od osoby. Próbujemy przecisnąć się przez tłum naciągaczy, których jest tutaj cała chmara i dochodzimy wreszcie do jednego z 7-miu cudów świata. Ten zabytek z epoki mogolskiej zbudowany został w latach 1631-1653, po śmierci ukochanej żony Szacha Dżahana. To jeden z najbardziej znanych symboli Indii. Budowla z białego marmuru z rzeźbionymi i inkrustowanymi powierzchniami, w połączeniu z czerwonym piaskowcem robi naprawdę wielkie wrażenie. Fontanna przed grobowcem jest bez wody, tak więc nie możemy uwiecznić odbijającego się w wodzie Taj Mahalu, ale i tak jest pięknie. Dosyć makabryczną ciekawostką związaną z powstaniem budowli jest późniejszy los 29 tyś. budowniczych z Indii i Azji środkowej, którym po zakończeniu prac obcięto dłonie lub kciuki, aby nie mogli już stworzyć równie pięknego dzieła.

        Ciągle pijemy "odrdzewiacz" czyli coca-colę która naszym zdaniem czyni tu cuda, bo odpukać, nic nam się z żołądkami nie dzieje, co przypisujemy właśnie coli. Zarówno w Varanassi, jak i w Agrze, mamy spore kłopoty z kupieniem oryginalnej wody mineralnej lub coca-coli. Używanie starych butelek, zardzewiałych kapsli, przelewanie do butelek miejscowych podróbek czy sprzedawanie tych napoi z przeterminowaną datą, to tutaj norma. Picie coli wydaje nam się bezpieczniejsze, a po drugie zdecydowanie dobrze działa na nasze żołądki. Dlatego też wypijamy jej kilka butelek dziennie i ja na razie, wszystko jest OK.

        Do hotelu wracamy spacerkiem. Tomek i ja postanawiamy wydać zaoszczędzone na wejściu do Taj Mahalu pieniądze i poszaleć na kolacji. Jedziemy więc do hotelu Amar Villas, gdzie mieści się hinduska restauracja Esphahan. Już samo wejście do restauracji jest jak z bajki tysiąca i jednej nocy. Hotel w stylu arabskim, trochę na wzór Taj Mahalu z przepięknymi fontannami i ogrodami, podświetlony nastrojowymi lampami, sprawia naprawdę urokliwe wrażenie. Młodzi przystojni kelnerzy ubrani w tradycyjne hinduskie stroje z wielkimi turbanami na głowach, pięknie urządzona restauracja z rozbrzmiewającą muzyką graną na sitrze - to zupełnie inna, choć pewnie trochę odrealniona, strona Indii. Zamawiamy całą masę pyszności począwszy od wina, przeróżnych przystawek, poprzez całą masę mięs, ryb, a skończywszy na pysznych hinduskich deserach. Jesteśmy w fantastycznych nastrojach. To zupełna odskocznia od dotychczasowych etapów podróży, skądinąd, bardzo przyjemna. Do hotelu wracamy przed północą.

poprzednia strona do góry   następna strona