|
30.08.2005 Varanassi,
Sarnath
Rano
5.15 idziemy nad Ganges, gdzie wynajmujemy łódź. Rejs po Gangesie,
szczególnie wczesnym rankiem, to jedna z najważniejszych atrakcji
tego miasta. Podczas niego można zobaczyć większość ze 100
ghatów (czyli kamiennych schodów prowadzących do rzeki), które
znajdują się w Varanassi.
Płyniemy wolno,
obserwując pielgrzymów dokonujących rytualnych kąpieli. Tradycją
jest, ze kąpiel taka rozpoczyna się przy ghacie Assi i powtarzana
jest w tym samym dniu na kolejnych pięciu ghatach, w ściśle
przestrzeganym porządku: Assi, Dasaswamedh, Adi Kedhawa, Panchganga
i Manikarnika. Widzimy całe rodziny wraz z małymi dziećmi
zanurzające się w całości w wodach Gangesu, myjące zęby oraz
pijące tą wodę bezpośrednio, co z jednej strony jest niewątpliwie
bardzo mistyczne, ale z drugiej strony, jest dla nas bardzo
szokujące. Woda z Gangesu jest bowiem tak brudna i tak śmierdzi,
że my balibyśmy się w niej zanurzyć nawet palca.
Przy ghacie
Manikarnika widzimy palące się stosy, na których dokonuje
się kremacji zwłok. Zajmują się tym domowie, z kasty nietykalnych.
Przed spaleniem zmarłego zanurza się go w wodzie Gangesu.
Przy najwyższym stopniu ghatu gromadzi się i waży na ogromnej
wadze drewno, aby obliczyć koszt ceremonii.
Nagle
zauważamy w Gangesie pływające rozkładające się zwłoki, zresztą
po chwili widzimy ich już kilka. Jak się bowiem okazuje niektóre
osoby po śmierci nie mogą zostać skremowane i te wrzuca się
bezpośrednio do rzeki. Należą do nich dzieci, osoby ukąszone
przez kobrę, zmarli z powodu ospy, mędrcy sadhu, oraz domowie
z najniższej kasty nietykalnych. Przy nas wrzucane jest do
Gangesu ciałko zmarłego kilkuletniego dziecka, co dla mnie
jest najbardziej wstrząsającym i smutnym akcentem tego poranka.
Jesteśmy tym
wszystkim totalnie oszołomieni. Niby wcześniej o tych rytuałach
wiedzieliśmy, ale dopiero faktyczne ich zobaczenie potrafiło
wywołać w nas tak silne emocje. Nie możemy pomieścić w głowie
faktu picia wody z Gangesu, w którym obok pływają rozkładające
się zwłoki czy tez wrzucania zmarłych wprost do rzeki, ale
przecież dla Hindusów jest to coś zupełnie naturalnego, zwykłego,
coś, co było od zawsze i zawsze już pewnie będzie. To ich
kultura i tradycja. Choć tak dla nas szokująca.
Wracamy do
hotelu. Po drodze "nasz pan przewodnik" wciska nam
wizytę w sklepie z jedwabiami, z których Varanassi słynie.
Nie mamy zbytnio na to ochoty, nie jesteśmy jakoś w nastroju,
ale w końcu przystajemy na to. Sprzedawca ze sklepu na szczęście
nie jest bardzo nachalny, więc nie jest tak źle. Coś tam oglądamy,
kupujemy drobne rzeczy i wracamy do hotelu.
Z
powodu upału spędzamy przedpołudnie w pokoju by o 14.30 ruszyć
do Sarnath. Jedziemy tam 1 dużą motorikszą (160 rupii
za kurs i powrót do Varanassi wraz z czekaniem). Sarnath to
osada położona 10 km od Varanassi. To tutaj Budda wygłosił
swe pierwsze kazanie. Znajduje się tutaj sporo świątyń i klasztorów,
m.in. 34-metrowa stupa upamiętniająca kazanie Buddy, świątynia
dżinijska, klasztor chiński, tybetański, japoński, tajski.
Obiekty nie są jakoś szczególnie interesujące, choć położone
w ładnym przestronnym parku, co stanowić może przyjemną odskocznię
od zatłoczonego, brudnego Varanassi. Bardzo intensywnie przygląda
nam się duża grupka uczniów i uczennic, która jak się okazuje
- przyjechała tutaj z małej wioski. Nauczyciel ich prosi nas
o zrobienie wspólnych zdjęć i przesłanie na adres szkoły;
czym dzieci są bardzo przejęte. Z przyjemnością cykamy kilkanaście
zdjęć i obiecujemy wysłać im je po powrocie.
Po połażeniu
po tej osadzie postanawiamy coś zjeść. Wybieramy polecaną
przez Pascala Rangoli Garden Restaurant. Choć knajpa nie wygląda
bardzo zachęcająco, jedzenie okazuje się być pyszne. Szczególne
polecenia godne są: panier tikka (ser typu toffu z grila z
warzywami i danie wegetariańskie stanowiące specjalność knajpy
(ten sam ser zalewany warzywami w sosie i z orzeszkami - na
słodko kwaśno). Pyszne.
Późnym popołudniem
wracamy do Varanassi. Chcemy jeszcze pójść na wieczorną kremację
zwłok, ale po krótkim wypadzie po wodę wracamy jednak do hotelu.
Po tak męczącym dniu jesteśmy zbyt wykończeni.
|