|
29.08.2005. Z
Sunauli do Varanassi
Wstajemy o
6.30 i udajemy się na przejście graniczne Nepal - Indie. Ignorujemy
"usłużnego" pośrednika próbującego nam wcisnąć przejazd
do Varanassi taksówką. Jest bardzo gorąco i parno pomimo wczesnej
pory. To już zupełnie klimat indyjski, ze świętymi krowami,
okropnym brudem i całą masą naciągaczy. Przy tym wszystkim
Nepal wydaje się być oazą ciszy i spokoju.
"
Na
granicy czeka nas niezła szopka w punkcie kontrolnym indyjskim
- najbardziej biurokratyczne państwo świata zaczyna dawać
znać o sobie. Wypełnianie całej masy druczków dla naszej piątki
i czytanie tego przez trzech indyjskich urzędników trwa ponad
20 min, gdzie normalnie takie sprawy gdzie indziej załatwiamy
w 2-3 minuty. W końcu się jednak udaje i oto jesteśmy w Indiach.
Nie ma dużo
turystów, co powoduje, że tzw. autobusy prywatne turystyczne
nie szykują się do odjazdu do Varanassi. O 8.00 ma być jakiś
autobus rządowy, ale coś go nie widać. W końcu decydujemy
się wraz z parą Szwajcarów pojechać jeepem, co według zapewnień
"organizatora" ma trwać 5-6 godzin, a nie standardowe
10. Nie wierzymy w to zbytnio, choć mamy nadzieję, że faktycznie
jazda potrwa nieco krócej niż autobusem. Za jeepa płacimy
po 500 rupi indyjskich od osoby, autobus kosztowałby ok. 250.
Kierowca nasz
to totalny niemota, choć sympatyczny. Nie tylko, że nie mówi
po angielsku (co nas akurat nie dziwi), ale jest chyba w ogóle
analfabetą. Nie umie przeczytać w swoim języku nawet drogowskazów
na Varanassi, co uwzględniając fakt, że nie zna drogi, komplikuje
nieco naszą podróż. Kierowca aby móc jechać dalej, po prawie
każdym drogowskazie zatrzymuje się, by ktoś mu rozszyfrował
jego treść i wskazał drogę. Nie umie też liczyć pieniędzy,
co przy check pointach gdzie się je pobiera, stanowi naprawdę
spory problem. To wszystko powoduje, że poruszamy się w tempie
niezbyt szybkim. Postanawiamy się tym jednak nie przejmować,
chłonąc mijane przez nas widoki. Co chwilę mijamy autobusy
i ciężarówki napchane masą tubylców, którzy jadą też na ich
dachach, przyjaźnie nam machając. Musi być dziś jakieś święto,
bo widzimy mnóstwo jadących gdzieś mężczyzn, którzy mają pomalowane
włosy na fioletowo. W Gorkhapur zatrzymujemy się w przydrożnym
barze, gdzie jemy samossy i pijemy piwo. Jest przyjemnie.
Kilka kilometrów
przed Varanassi widzimy jadący wóz, na którym leży coś przykryte
złotą szatą. Nie jesteśmy pewni, ale wydaje się nam, że są
to zwłoki. Jak się później okazuje, tak właśnie było. Zwłoki
te i cała masa innych, które później również widzimy, dowożone
są do najświętszego miasta Indii, by tutaj właśnie zostać
skremowane i wrzucone do Gangesu.
Do
Varanassi docieramy o 17.00, po 7.5 godzinach jazdy
od Sunauli. Zatrzymujemy się przed stacją kolejową, gdzie
zamierzamy kupić bilety do Agry, do której chcemy wyruszyć
za 2 dni. Na stacji panuje niesamowity tłok, ludzie siedzą
jeden na drugim, jest tak ciasno, że praktycznie nie da się
przejść między nimi. Udajemy się najpierw do informacji turystycznej,
a następnie do specjalnego punktu, gdzie turyści zagraniczni
mogą kupować bilety. I tutaj zaczyna się odlot z zakupieniem
biletów, biurokracja tak wielka, że aż zabawna. W związku
z długą podróżą wybieramy pociąg nocny w klasie tzw. 3-tier,
czyli z przedziałami mającymi po trzy poziomy, łącznie 6 osób,
klimatyzowane. Gość od którego wszystko zależy informuje nas,
że bilety owszem są, ale może nam sprzedać tylko 4 w tej klasie
a nie 5, bo tylko tyle zagranicznym osobom przysługuje. Oczywiście
można próbować zapisać 5-tą osobę na listę oczekującą, ale
pomimo wolnych miejsc, dziś biletu kupić się nie da. Nie pomagają
nasze tłumaczenia, że przecież skoro bilety są to dlaczego
nie można ich nabyć - nie i nie. Kupujemy więc te 4 (712 rupi
od osoby), a dla Grześka bilet w innej klasie, licząc, że
pokombinujemy coś w samym pociągu. Oczywiście przed kupnem
musimy szczegółowo wypełnić wniosek podając dane pasażerów,
ich płeć i wiek itp. Po zakupie biletów wybieramy polecany
nam przez tourist office Hotel Barahdari (położony w Starym
Mieście), do którego udajemy się rikszami. Na ulicach jest
bardzo brudno i tłoczno, nasi rikszarze muszą nieźle się pogimnastykować,
by wśród innych riksz oraz świętych krów dojechać do hotelu.
W końcu sztuka ta się udaje. Hotel jest przyzwoity, wybieramy
2 dwójki i 1 jedynkę, wszystkie pokoje są z łazienkami, choć
bez klimatyzacji (5 USD od osoby). Po odświeżeniu się, idziemy
na wieczorny rekonesans po mieście.
Od pierwszego
z nim kontaktu miasto to nas oszałamia. Z jednej strony niewiarygodny
wprost brud, smród, który panuje tutaj niemiłosierny, wąskie,
kręte zatłoczone ulice, w których bardzo łatwo się zgubić
(nie ma żadnych oznakowań). Z drugiej jednak strony od samego
początku czuje się jakiś niesamowity mistyczny klimat tego
miejsca. Odziane złotymi szatami zwłoki przenoszone w stronę
Gangesu aby je skremować, cały czas palące się stosy i ta
cała masa ludzi, która przyjeżdża właśnie tutaj, aby dokonać
rytualnych kąpieli w jednej z najświętszych i zarazem najbrudniejszych
rzek na świecie (próbki z Gangesu zawierają 1.5 miliona bakterii
coli na 100 ml wody; wg norm woda zdatna do mycia może ich
zawierać mniej niż 500!). Widzimy też straszą biedę tu panującą,
mnóstwo dzieciaków puszczonych samopas, proszących o jałmużnę;
widoki bardzo przygnębiające.
Próbujemy
dostać się nad Ganges, co chwilę gubiąc się na ulicach i mając
spore problemy z odnalezieniem właściwej drogi. Dodatkową
trudność stanowi wyłączenie prądu, co zdarza się tu stosunkowo
często. Błądzimy w ciemnościach po wąskich ulicach. Jesteśmy
w szoku z powodu tego, co widzimy. To jedno z takich miejsc,
które pamiętać się będzie przez całe życie.
Po godzinie
wracamy do hotelu. Nawiązujemy rozmowę z miejscowym "przewodnikiem",
który okazuje się być miłym, dobrze mówiącym po angielsku
facetem, w dodatku nie bardzo nachalnym. Opowiada nam historię
ghatów oraz tego, co jego zdaniem, warte jest w Varanassi
do obejrzenia.
|