|
28.08.2005 r.
Droga z Katmandu do Sunauli
Rano
ruszamy na dworzec autobusowy, aby dostać się do Sunauli,
leżącego na granicy nepalsko-indyjskiej. Na dworcu jest cała
masa busów, jadących w tym samym czasie do Sunauli, wszyscy
próbują nakłonić nas do wybrania właśnie ich środka transportu.
W końcu decydujemy się na jeden z nich (340 rupi nepalskich
za osobę) i o 8.10 ruszamy. Jesteśmy jedynymi "westami",
choć autobus jest praktycznie cały wypełniony.
Po 1.5 godzinie
kierowca zatrzymuje się na coś do zjedzenia. Rytuał jedzenia
jest tutaj bardzo ważny. I my jemu ulegamy, z przyjemnością
zasiadając z resztą pasażerów w przydrożnym barze, jedząc
prażone orzeszki i pikantne ziemniaki i popijając do tego
piwo. Jedynie Beata i Gosia nie chcą dać się namówić. Tomek
i Grzesiek nawiązują bliską znajomość z kierowcą, który nawet
pożycza od Tomka okulary słoneczne. Zakłada je i bardzo szczęśliwy
z tego powodu rusza z kopyta, co chwilę obserwując w lusterku
jak wygląda w okularach i czy reszta pasażerów go w nich zauważyła.
Zjeżdżamy z gór, w dole mamy rzekę - jest bardzo zielono,
zupełnie inaczej niż w surowym górskim Tybecie. Na następnym
przystanku zaprzyjaźniamy się z miejscową kozą, która cały
czas za nami chodzi i się do nas przytula, co wprawia nas
w niezłe osłupienie. Do tego uwielbia banany, więc ją nimi
raczymy. Koza zjada banany błyskawicznie razem ze skórką,
co jest bardzo zabawne.
Ok.
17.00 w miejscowości Bhairawa, leżącej kilka kilometrów od
Sunauli, autobus nasz nagle staje. Okazuje się, że pomimo
pierwotnych zapewnień, nie będzie on dalej jechał do Sunauli.
Chcąc nie chcąc musimy się przesiąść do podstawionego minibusa,
do którego miejscowy "wciskacz" próbuje upchać niewyobrażalną
ilość osób. Co chwilę wszystkich dopycha coraz ciaśniej i
wsiadają dalsze osoby, a jak już się wydaje, że nie da się
już wcisnąć igły, ponawia akcję z dalszym dopychaniem. Stoimy
na jednej nodze, mamy wrażenie że za chwilę się wszyscy podusimy
W tym momencie "wciskacz" postanawia jeszcze pozbierać
od wszystkich pieniądze za przejazd (7 rupi od osoby). Przepycha
się nie wiadomo jak na koniec busa, ale już nie potrafi z
niego wyjść, więc po prostu po zebraniu kasy wyskakuje z niego
przez okno.
Wreszcie ok.
18.00 udaje się nam dostać do Sunauli. To mała przygraniczna
miejscowość, nic ciekawego. Ma już zdecydowanie klimat bardziej
indyjski niż nepalski. Zatrzymujemy się w hotelu Mansarover
położony jeszcze po stronie nepalskiej (pokój 2 osobowy po
4 USD od osoby). Pokoje są w miarę w porządku z łazienkami
i wodą, co najważniejsze. Po rozlokowaniu się w hotelu idziemy
coś zjeść. Wybieramy restaurację w jakimś miejscowym obiekcie
hotelowym (nie ma go w przewodnikach), gdzie, o zgrozo, zapuszczają
nam amerykańskie standardy z lat 80-tych, uznając pewnie że
właśnie taka muzyka nam się spodoba. Jedzenie jednak jest
dobre i za małe pieniądze.
Po kolacji
idziemy się przejść po Sunauli, ale ze względu na rozmiary
miejscowości nie trwa to zbyt długo. Tomek i ja wstępujemy
jeszcze do kawiarenki internetowej i wracamy do hotelu.
|