|
27.08.2005 Droga
z Nyalam do Kathmandu
Wstajemy wcześnie
rano i jedziemy do Zhangmu, miejscowości położonej na granicy
tybetańsko - nepalskiej. Droga prowadzi zboczem stromej doliny.
Praktycznie przez jej cały czas mamy przed sobą bajeczne zjawisko:
mnóstwo przepięknych dużych wodospadów i górskich strumieni,
które spływają z gór w dół doliny. Zjawisko to spotęgowane
zostało przez nocny deszcz, przez co wodospady są naprawdę
imponujące. Dla niektórych uczestników naszej grupy to jeden
z najpiękniejszych widoków jaki widzieli w Tybecie.
Mnie się on również bardzo podoba, ale jednak nie na tyle,
aby zaliczyć go do tych najciekawszych. Do granicy docieramy
po ok. 1 godzinie. Odprawa chińska przechodzi w miarę sprawnie.
Do nepalskiego punktu kontrolnego mamy jedynie kilka kilometrów,
które jednak udaje nam się przejechać dopiero po ok. 45 minutach.
Droga jest bowiem wąska i kręta, a praktycznie jeden jej pas
jest zajęty przez tabuny ciężarówek. Co chwile mamy problem
z przejechaniem dalej, gdyż na drodze nie ma wystarczającego
miejsca i na ciężarówki i na drugi pas i na tych jadących
z drugiej strony. W końcu jednak manewry drogowe się udają
i docieramy do nepalskiego punktu kontrolnego, przed którym
żegnamy się Wynsee i tybetańskim kierowcą. Następnie spotykamy
się z kierowcą mikrobusa przysłanego nam przez Shree i o 10.15
czasu nepalskiego (tj. o 12.30 czasu tybetańskiego) ruszamy
do Kathmandu, do którego mamy 115 km. Pomimo tego, że jedziemy
drogą asfaltową, nie możemy rozwijać dużych prędkości. Droga
wije się bowiem zboczem stromej doliny i musimy pokonywać
ją bardzo ostrożnie. Mijane widoki są podobne do tych z rana,
tylko tutaj jest zdecydowanie więcej zieleni. To jeden z wyraźnych
szczegółów odróżniających Nepal od Tybetu. Co chwilę musimy
się zatrzymywać na check pointach, co również opóźnia podróż.
W miejscach przygranicznych jest ich sporo, co nie pozwala
nam zapomnieć o istniejącym stanie wojennym w tym kraju.
Jest sobota,
w wioskach nepalskich kobiety kąpią dzieci i piorą, co chwile
machając nam przyjaźnie. Kierowca zatrzymuje się przy przydrożnym
barze, gdzie zjadamy warzywne thali. Jedzenie jest proste,
ale bardzo dobre. Popijamy wszystko piwkiem i w dobrym nastroju
ruszamy dalej.
Do Kathmandu
docieramy o godzinie 16.00. Od razu udajemy się do naszego
Kathmandu Peace Guest House, którego w Tybecie wspominaliśmy
z rozrzewnieniem. Warunki nadal te same (5USD od osoby), bierzemy
więc znowu trzy pokoje - 2 dwójki i 1 jedynkę. Oddajemy się
bardzo prozaicznym czynnościom, jak gruntowne mycie i pranie,
które wszystkim nam wydają się cudownie przyjemne. Jak
wspaniała potrafi być gorąca woda! Potem odpoczywamy sobie
na hotelowym tarasie. W międzyczasie dzwoni do nas współpracownik
Shree z informacją, że jego szef zaprasza nas na kolację.
Co prawda przed naszym wyjazdem do Tybetu Shree przebąkiwał
coś o tym, nie braliśmy jednak tej informacji na poważnie,
uznając to za swoisty marketing. Tym milej jest dla nas, że
zaproszenie to się faktycznie pojawiło.
Postanawiamy
oczywiście skorzystać z tej propozycji. O 19.30 podjeżdża
pod nasz hotel minibus. Jakież jest nasze miłe zadziwienie,
gdy okazuje się, że Shree nie zaprosił nas do żadnej restauracji,
ale do swojego własnego domu, co poczytujemy za spory zaszczyt.
Witamy się ze Shree i jego żoną, którzy okazują się być bardzo
serdecznymi i gościnnymi ludźmi. Oboje mają po 45 lat. Są
jednymi z lepiej sytuowanych osób w Kathmandu - oprócz agencji
turystycznej prowadzą przedsiębiorstwo cateringowe specjalizujące
się w przygotowywaniu posiłków na wesela i inne duże uroczystości.
Uwzględniając zaś fakt, że wesela nepalskie są bardzo huczne
(np. ich własne liczyło 1.500 osób), biznes ten całkiem im
się powodzi. Na stałe mają zatrudnioną gospodynię, która wraz
z żoną Shree przygotowała dla nas dzisiejszą kolację. Ciekawostką
jest to, że żona Shree była w przeszłości jedną z najlepszych
tenisistek ziemnych w Nepalu.
Rodzina Shree
to Newarowie; są oni buddystami. Shree jako posiadający duży
dar gawędziarstwa, cały czas opowiada nam sporo ciekawych
historii o Nepalu, o Tybecie, o swojej rodzinie, o znajomości
z Markiem Kalmusem. Jedzenie zaś, które dla nas przygotowano,
to prawdziwa uczta. Najpierw dostajemy przystawkę, która już
sama w sobie uchodzić może za całą kolację: jemy polędwicę
z jaka, kurczaka, pikle i placek z soczewicy. Do tego pijemy
robioną przez samą panią domu brandy, która jest bardzo dobra,
ale też bardzo mocna (ponad 50%). Potem przenosimy się z salonu
do jadalni, gdzie zostaje zaserwowane nam danie główne, a
właściwie kilka dań: kurczak, ryba, mięciutka baranina, sałatka
z pieczonych pieczarek, sałatka z papai, zielone liście z
czosnkiem przypominające szpinak oraz ryż. Wszystko przepyszne,
przyprawione dwoma podstawowymi przyprawami: imbirem i czosnkiem.
Cały czas popijamy dolewane nam co chwilę brendy. Jest naprawdę
przemiła atmosfera.
Po daniach
głównych na stół wskakują desery: gulab dżamun (smażone w
głębokim tłuszczu kuleczki z ciasta z khoja, powstałego z
mleka zagęszczonego przez odparowanie), które je się z kwaśnym
jogurtem (pycha!), oraz barfi (przypominające trochę nasze
"krówki" mleczne cukierki posypane jadalnym srebrem).
Uczta ta naprawdę była wspaniała- będziemy wspominać ją z
rozrzewnieniem. Rozstajemy się z rodziną Shree w świetnych
humorach po 22.00 i wracamy do naszego hotelu.
|