|
26.08.2005 Everest
Base Camp. Tingri
Wstajemy
przed 7.00. Po śniadaniu, na które znowu wybieramy naleśniki
( na śniadania w stylu tybetańsko - chińskim nie możemy już
patrzeć), wybieramy się do Everest Base Camp (5.200m
n.p.m.). Zamiast 9 km marszu pod górę wybieramy jazdę bryczką
zaprzężoną końmi, ale na nasze usprawiedliwienie robi tak
ponad 90% będących w tym samym czasie w Rongbuk. Pomimo bowiem
tego, że czujemy się w miarę dobrze, to nawet kilka kroków
podejścia na tej wysokości sprawia kłopot.
Jazda naprawdę
jest przyjemna, szczególnie że w trakcie niej w całości odsłania
nam się Mount Everest. Mamy wielkie szczęście, bo o tej porze
roku jest to rzadkością. Widok najwyższej góry świata robi
naprawdę spore wrażenie - ośnieżony, majestatyczny masyw dumnie
wznoszący się pośród innych gór.
Jeden z woźniców
podśpiewuje tybetańskie melodie, jest przyjemna atmosfera.
Praktycznie przez całą drogę mamy Everest widoczny, dopiero
przed Base Camp podnosi się mgła. W samym campie jesteśmy
jedynie chwilę - trochę spacerujemy, robimy zdjęcia i następnie
wracamy piechotą do Rongbuku. Jedynie Gosia z powodu mocnego
przeziębienia jedzie z powrotem też bryczką. Idziemy wolno,
podziwiając w otaczające nas krajobrazy, co chwilę zatrzymując
się na jakąś fotkę. Spacer ten jest bardzo urokliwy. Chłoniemy
w zupełnej
ciszy te górsko-księżycowe klimaty. Grześkowi przez dłuższą
cześć drogi towarzyszy miejscowy pies, który ni stąd ni zowąd
postanawia się do niego przyłączyć. Po jakieś 1,5 godzinie
jesteśmy z powrotem pod klasztorem. Po chwili spędzonej w
znajomej restauracyjce, ok. 13.00 ruszamy w dalszą drogę.
Najpierw busem, a potem znowu naszym staruszkiem jeepem.
Do Tingri,
nastepnego etapu naszej podróży, mamy jedynie ok. 50km, ale
wiadomo że nikt nie zwraca już uwagi w tych warunkach na ilość
kilometrów. Kierowca nasz chce skrócić drogę, postanawia więc
wybrać inną niż ta co wczoraj. Jest ona faktycznie krótsza,
ale nazwanie jej drogą to duża przesada.
Jedziemy sobie
w części korytem rzeki, w części kamienną nawierzchnią, w
części polną szutrową dróżką, która czasami ni stąd ni zowąd
się kończy, co powoduje, że trzeba się trochę wracać i szukać
innego przejazdu. Pomimo tego jazda jest przyjemna, na całej
trasie jesteśmy sami, co jakiś czas spotykając jedynie miejscowe
dzieciaki lub zaprzęg konny.
Do Tingri
dojeżdżamy ok. 17.00, co oznacza ze dystans 50 kmzrobiliśmy
w 4 godziny, co jednak nikogo już nie dziwi. Tingri to miejscowość,
w której w ogóle jeszcze nie widać wpływów chińskich. Wioska
położona na 4.400m n.p.m żyje swoim własnym życiem, jakby
spowolnionym, zastygłym. Przewijają się przez nią zaprzęgi
konne, ludzie przechodzą niespiesznie. To zupełnie inny klimat
od miejscowości położonych przy Lhasie. Tomek tak bardzo ulega
urokowi tego miejsca, że pstryka cały film w przeciągu dosłownie
godziny.
W przydrożnej
restauracji jemy obiad i ruszamy w dalszą drogę. Chcemy jeszcze
dziś dotrzeć do Nyalam, położonego od Tingri o 150km. Jedziemy
Friendship H-wy, która na szczęście na tym odcinku nie jest
jeszcze remontowana, co pozwala nam na osiągniecie nieco większych
prędkości. Wjeżdżamy po raz kolejny na przełęcze położone
na wysokości powyżej 5.000m n.p.m. (Lalung La i Yarle Shung
La).
Obliczyliśmy, ze w ciągu naszych 10 dni w Tybecie aż dziesięć
razy byliśmy na wysokości powyżej 5.000m n.p.m.. Po drodze
widzimy też Mount Shishapangma, jedyny ośmiotysięcznik
położony w całości w Tybecie (8.013m n.p.m.). Widoki są naprawdę
niesamowite!
Do Nyalan
dojeżdżamy przed 22.00. To zupełnie nieciekawa miejscowość
położona ok. 30 km od granicy nepalskiej. Wynsee rozlokowuje
nas w obskurnym guest housie, który spokojnie może konkurować
jako najgorszy z możliwych w Tybecie z tym z Lhatse. Wszędzie
okropnie brudno, pleśń i śmierdzi, ale jesteśmy zbyt zmęczeni,
aby szukać czegoś dalej.
|