|
25.08.2005 Przejazd
z Lhatse do Rongbuk Monastery
Z
Lhatse wyjeżdżamy skoro świt, po 6.00. Musimy dojechać najpierw
do Shegar, do którego nie udało nam się dotrzeć wczoraj, a
potem do Rongbuk Monastery. Do Shegar mamy ok. 90 km. Jedziemy
rozkopaną Frendship H-wy tempem mrówczym, gdyż inaczej się
nie da. Kierowca nasz z powodu oszczędności na benzynie tylko
co chwilę włącza napęd na cztery koła, co wreszcie kończy
się tym, że zakopujemy się w błocie. Roboty drogowe tym razem
okazują się dla nas pomocne bo od razu znajduje się koparka,
która nas stamtąd wyciąga.
Do Shegar
docieramy po 4,5 godzinach. Jemy bardzo dobre śniadanko w
nastrojowej tybetańskiej knajpce: omlet, chapati, dżem. Doceniamy
to, gdyż rzadko w Tybecie zdarza się zjeść coś smacznego.
Po tym miłym
akcencie jedziemy dalej w stronę Qomolangma Nature Preserve.
Qomolangma to tybetańska nazwa najwyższej góry świata. Mijamy
przełęcz Lakpa (5.220m n.p.m.), najwyższy punkt na Friendship
H-wy. Przed wjazdem do parku krajobrazowego czekają nas kilkukrotne
checkpointy, gdzie sprawdzane są nasze paszporty, permity.
Oprócz ogólnego permitu na Tybet, wymagany jest również permit
na Everest Base Camp.
Mijamy
kolejną przełęcz - Pang La (5.150m n.p.m.). Widoki pod drodze
są po prostu rewelacyjne!. Przejeżdżamy przez nastrojowe małe
wioski, zewsząd otaczają nas góry i sporo zieleni, której
w Tybecie nie jest za wiele. W miejscowości Paksum musimy
zmienić naszego jeepa na mały autobus (10 USD za wjazd do
Rongbuk w jedną stronę, my mamy to w ogólnej cenie). Od niedawna
bowiem do Rongbuk nie można dojechać żadnym prywatnym samochodem
czy autobusem i trzeba się przesiadać do rządowych busików.
Do Rongbuk
Monastery docieramy przed 17.00. To najwyżej położony
klasztor na świecie (4.980m n.p.m.). Rozlokowujemy się w guest
house przy klasztorze, dziewczyny w jednym, a chłopaki w drugim
pokoju. Pokoje są bardzo skromne, znajdują się w nich jedynie
łóżka, ale są w miarę czyste.
O dziwo, pomimo
dużej wysokości, nie czujemy się źle, co by znaczyło, że w
końcu się zaaklimatyzowaliśmy. W knajpce prowadzonej przez
dwie przemiłe Tybetanki dostajemy naleśniki i ciepłą herbatę.
Z okien oglądamy wierzchołek Mount Everestu, gdyż tylko tyle
tego dnia nam się ukazuje. W rogu knajpki Tybetańczycy grają
w kości. Jest bardzo cicho i przyjemnie. Do czasu jednak.
W pewnym momencie wpada tu bowiem grupa Chińczyków, którzy
się tak przeraźliwie drą, że jest to po prostu nieznośne.
Wynosimy się więc do pokoju, gdzie gramy do wieczora w karty.
|