|
24.08.2005 Shigatse,
Przejazd do Lhatse
Dzień
zaczynamy od zwiedzania Tashilhunpo Monastery, tradycyjnej
siedziby Panczen Lamów. To jeden z największych monasterów
Tybetu, jeden z nielicznych, któremu udało się przetrwać bez
większych zniszczeń podczas rewolucji kulturalnej. Świątynia,
a właściwie ciąg świątyń, robi na mnie ogromne wrażenie. Przepiękne
wizerunki Buddy, malowidła na ścianach, naprawdę są godne
uwagi. Szczególnie interesująca jest kaplica Jampy, w której
znajduje się jeden z największych na świecie posągów - wyobrażenie
Jampa, czyli przyszłego Buddy. Został on wykonany w 1914 roku.
Ma 26 metrów wysokości. Pracowało przy nim 900 artystów przez
4 lata. Do jego wykonania użyto ponad 300kg złota. Każdy palec
Buddy ma ponad 1 m długości. Na ścianach dookoła posągu znajduje
się tysiąc malowideł Buddy.
Spośród widzianych
przeze mnie świątyń w Tybecie trzy uważam za najbardziej godne
polecenia: Jokhang - za niesamowitą duchowość i mistycznośći;
Tshurphu - za malownicze odosobnione położenie i ciszę i właśnie
Tashilhunpo - za piękno i majestatyczność tego miejsca.
Świątynia
ma jednak swój minus. Zalana jest po prostu turystami, w tym
głównie Chińczykami, którzy zainteresowani są przede wszystkim
robieniem sobie zdjęć w aurze głośnego śmiechu i zabawy, co
zdecydowanie przeszkadza w spokojnym zwiedzaniu. Szaleństwo
fotograficzne grupki Chińczyków niespodziewanie uderza również
we mnie. Nagle bowiem młoda Chinka podbiega do mnie, obejmuje
mnie i zanim uda mi się zorientować o co chodzi, jej chłopak
robi nam wspólne zdjęcie. Widocznie koniecznie chciała mieć
zdjęcie z "przyjaciółką z Europy", więc bez żadnego
pytania po prostu sobie je organizuje.
Najsmutniejsza
historia związana z Tashilhunpo to historia 11-go Panczen
Lamy, najmłodszego politycznego więźnia świata. Po tym jak
w 1995 roku Dalai Lama zidentyfikował 6-letniego chłopca Gedhun
Choekyi Nyima, jako reinkarnację Panczen Lamy, chłopiec został
uwięziony przez Chińczyków. Do dziś nie wiadomo gdzie aktualnie
przebywa ani co się z nim dzieje. Chińczycy wskazali swojego
Panczen Lamę, syna członka Partii komunistycznej Chin. Choć
Tybetańczycy oczywiście nie uznają chińskiego wybrańca, oficjalnie
nie głoszą tych teorii, gdyż jest to dla nich zbyt niebezpieczne.
Szczególnie należy uważać przy wygłaszaniu poglądów z tym
związanych w Tashuilhunpo, gdyż Chińczycy wprowadzili tam
sporo swoich szpiegów, którzy bacznie przysłuchują się zwiedzającym.
Nasza tybetańska przewodniczka wręcz jest przerażona, gdy
zadajemy jej pytanie o umieszczone w świątyni zdjęcie 11-go
Panczen Lamy, stwierdzając, żebyśmy absolutnie w tym miejscu
nic o niego nie pytali, gdyż jest to zbyt niebezpieczne.
Historia 11-go
Panczen Lamy oraz wiele innych podobnych historii dobitnie
pokazują, że polityka chińska w stosunku do Tybetu absolutnie
nie była i nadal nie jest pokojowa, a wszelkie działania zmierzające
do unowocześnienia tego kraju w istocie mają na celu jedynie
jak najszybsze zunifikowanie Tybetu z pozostałą częścią Chińskiej
Republiki Ludowej.
Ciągle pozostaje
pytanie, na które nam w trakcie tak krótkiej podróży nie udało
się odpowiedzieć: czego chcą sami Tybetańczycy? Czy zostawienia
ich w spokoju tak jak żyli przez lata, czy też (przynajmniej
część) jednak nowoczesności wprowadzonej przez Chińczyków?
Pewnie to jedno z takich pytań, na które nie ma jednoznacznej
odpowiedzi. Tak czy inaczej, płacą oni bardzo dużą cenę za
"możliwość" bycia jednym krajem z Chinami.
Po zwiedzeniu
Tashilhunpo Monastery jedziemy na bazar tybetański. Jest tam
gwarno, sporo miejscowej ludności oraz całkiem ciekawych przedmiotów.
Negocjacje z Tybetankami są przyjemne i stanowią dla nas swoistą
atrakcję. Kobiety te nie są w żaden sposób nachalne, choć
próbują jak mogą sprzedać swoje produkty. Jeszcze do teraz
zostają nam w uszach ich dźwięczne "last price, give
me your last price". Jest przy tym mnóstwo śmiechu. Po
naprawdę miłych negocjacjach ubijamy targu: my kupujemy noże
tybetańskie z koralem i turkusem (najbardziej typowymi kamieniami
w ozdobach tybetańskich), pierścionek oraz maskę tybetańską,
a Grzesiek nóż i stary różaniec.
Następnie
ruszamy do Shegar, do którego mamy zamiar dostać się na wieczór.
W związku z remontem Friendship H-wy, musimy jechać objazdem.
Krajobrazy jakie mijamy są już zupełnie inne niż podczas poprzednich
dni, choć są równie interesujące. Zewsząd otacza nas klimat
bardzo surowy; góry szare bez absolutnie żadnej roślinności,
wzdłuż drogi płynie rozlana szeroko rzeka. Droga po której
jedziemy jest tak fatalnej jakości, że dystans 170km z Shigatse
do Lhatse pokonujemy w 4,5 godziny !!!
W Lhatse,
zupełnie nieciekawej miejscowości, zjadamy obiad i ruszamy
dalej. Teraz jedziemy już Friendship H-wy. Chińczycy zarządzili
jej remont w zupełnie dziwny sposób - rozkopana jest prawie
cała droga z Lhasy do Shegar, choć remontowane są w istocie
pojedyncze jej kawałki, co powoduje że przejechanie choćby
niewielkiego odcinka stanowi niezwykłą trudność i trwa wieki.
Ambicją Chińczyków jest by cała Friendship H-wy została kompletnie
wyremontowana do Olimpiady, czyli do 2008 roku.
Po przejechaniu
kilku kilometrów od Lhatse w naszym samochodzie rozjeżdżają
się koła i samochód po gwałtownym niekontrolowanym odbiciu
w prawo zostaje unieruchomiony. Okazuje się, ze spadło nam
prawe koło z półośki. Nie chcemy myśleć co by było, gdyby
to stało się np. wczoraj gdy jechaliśmy w miarę szybko na
tylu pokręconych serpentynach. Wiemy, że mamy wielkie szczęście,
bo mogło skończyć się to naprawdę tragicznie.
Po wyjściu
z samochodu kierowca chwilę myśli co tu zrobić, a potem nakłada
z powrotem koło na półośki i prowizorycznie przytwierdza go
znalezionym na drodze drutem. W taki sposób wracamy do Lhatse,
gdzie samochód ma zostać naprawiony. Po pół godzinie "niby
naprawy w warsztacie samochodowym" kierowca powraca oświadczając,
że samochód jest już gotowy. Wersja ta nie wydaje nam się
absolutnie przekonywująca. Prosimy więc kierowcę, aby dokładnie
pokazał nam, jak naprawa została dokonana. W tym momencie
kierowca wsiada do samochodu i bez słowa gwałtownie odjeżdża.
Okazuje się, że dopiero po naszym żądaniu jedzie do mechanika,
którego wcześniej nie zdążył odwiedzić, bo postanowił z powodu
oszczędności sam naprawić samochód. Tym razem, pomimo ze mało
się na tym znamy, patrzymy na ręce mechanikowi. Okazuje się,
ze kierowca przymocował koło do półośki gumą, nie przykręcając
jej żadną nawet starą śrubą! Tym razem jednak śruba zostaje
przykręcona, co pozwala mieć nadzieję, że może będzie się
to trzymało.
W związku
z tym, ze w między czasie zrobiło się już ciemno, pomimo bezsensownych
wniosków naszej przewodniczki i kierowcy by jednak jechać
jeszcze dziś do Shegar, postanawiamy zostać tu na noc. Nie
wyobrażamy sobie bowiem absolutnie jazdy po ciemku w tych
warunkach i przy takim stanie technicznym samochodu. Rozlokowujemy
się w polecanym przez Lonely Planet Tibetan Farmers Guest
House. Muszę kategorycznie napisać, że jest to jeden z najgorszych
guest housów, w jakich do tej pory udało nam się mieszkać!
Wilgotne zapleśniałe ściany, makabrycznie brudna pościel,
żadnych pryszniców (pomimo informacji o ich istnieniu), zimna
woda dostępna jedynie na zewnątrz, okropny śmierdzący odór
toalety powodujący, że nie mamy zamiaru do niej w ogóle wchodzić.
Jakby więc ktoś przez przypadek znalazł się w Lhatse, niech
ten obiekt omija z daleka. Podobno pokoje na górze są nieco
lepsze, ale my tego nie mieliśmy okazji sprawdzić.
|