|
23.08.2005 Yamdrok-Tso,
Gyantse
Wstajemy
po 6.00. Dziś mamy do pokonania bardzo trudny i długi odcinek
- chcemy dojechać i zwiedzić Gyantse, oraz potem pojechać
do Shigatse. To w sumie około 280km, ale tutaj zupełnie inaczej
liczy się kilometry, w szczególności ze względu na stan dróg.
Za Lhasą droga staje się bardzo kręta. Mijamy przełęcz Kamba
- La (4.750m), na którą nasz jeep ma trudności wyjechać, co
mu się często zdarza. Widoki zapierają dech w piersiach. W
dole dolina otoczona górami i niższe serpentyny dróg, w górze
góry i niebo. Naprawdę robi to wrażenie, choć nie wszyscy
z nas są tą przejażdżką zachwyceni. Gosia tak boi się jechać
tymi górskimi serpentynami, że z przerażeniem zamyka oczy
i chowa się w moje kolana. Wiemy że to okropne z naszej strony,
ale bardzo ubawia nas jej zachowanie, ją pewnie zdecydowanie
mniej.
Niedługo po
przełęczy ukazuje się nam kolejne święte jezioro Yamdrok
- Tso, najpierw we mgle, a potem już w całej okazałości.
Jezioro jest intensywnie turkusowe, ładne, choć po Nam - Tso
nie robi na nas aż tak dużego wrażenia. Mnóstwo Chińczyków
robi sobie zdjęcia przy nim w różnych pozach, co zdecydowanie
osłabia jego atrakcyjność.
Za Yamdrok
przejeżdżamy przez kolejną przełęcz powyżej 5.000 m n.p.m.
Karo - La (5.045m), obok której mamy widok na szczyt Nojin
- Kangtsang (7.191m). Wysiadamy na kilka fotek, uważając na
kręcące się w pobliżu mastify tybetańskie, które jednak na
szczęście, nie są nami kompletnie zainteresowane.
Przed Gyantse
jedziemy krętą drogą wzdłuż sztucznego zalewu, w pobliżu
którego najprawdopodobniej zbudowana jest elektrownia. Widoki
są wręcz niesamowite! Intensywnie turkusowa woda, a wokół
niej góry z poskręcanymi serpentynami. Z drugiej strony to
kolejny dowód nieustającej industrializacji Tybetu.

Do Gyantse
docieramy popołudniu. Najpierw w Tashi Restaurant (nie jest
to żadna filia tej z Lhasy) jemy obiad, gdzie godne polecenia
są smażony szpinak z czosnkiem i smażone pomidory. Dobre jedzenie
w Tybecie to rzadkość, szczególnie poza dużymi miastami, więc
korzystamy z okazji i zajadamy się tymi daniami. Potem udajemy
się do kompleksu Pelkor Chode Monastery, w którym znajduje
się m.in. Kumbum, największa stupa w Tybecie. Budowle
te powstały w XV, po czym uległy zniszczeniu w znacznej części
podczas rewolucji kulturalnej; dopiero w ostatnich latach
zostały częściowo odrestaurowane. Nazwa Kumbum oznacza "100.000
wyobrażeń". Stupa jest naprawdę spora, składa się z siedmiu
pięter, na każdym jest kilka kaplic ozdobionych muralami,
obrazami i rzeźbami. Nie robi jednak na nas wielkiego wrażenia,
choć pewnie jest to spowodowane również tym, że oglądamy ją
jedynie pobieżnie, nie wgłębiając się w szczegóły każdej z
kaplic.
Po obejrzeniu
kompleksu udajemy się do Shigatse, do którego docieramy
o 18.30. Po rozlokowaniu się w hotelu i wzięciu w końcu po
kilku dniach prysznica, ruszamy na wieczorne zwiedzanie miasta.
Hotel jest obskurny, ale fakt ze posiada wodę, jest dla nas
prawdziwym luksusem. Shigatse jest drugim co do wielkości
miastem w Tybecie, choć absolutnie nie sprawia takiego wrażenia.
Podobnie jak Lhasa, podzielone jest ono na dwie części: tybetańską
i chińską, z których ta druga jest po prostu okropna. Wybudowana
wokół Tashilhunpo Monastery, jest ona kompletnie bez wyrazu,
upstrzona chińskimi szyldami, obskurnymi restauracjami, sklepami
z kompletnym badziewiem. Część tybetańska jest też zdecydowanie
mniej atrakcyjna niż ta w Lhasie. Praktycznie interesujący
jest tu tylko targ, który aktualnie jest zamknięty. Samo miasto
ogólnie sprawia przytłaczające wrażenie. Szwędamy się po nim
chwilę, obserwując między innymi chińską musztrę żołnierzy
na ulicy. Potem idziemy coś zjeść i napić się piwa. Do hotelu
wracamy po 23.00.
|