|
13.08.2005 -
14.08.2005 Przylot
Uczestnikami
naszej wyprawy tym razem są: Beata (która była już z nami
2 lata wcześniej w Afryce), Gosia (przyjaciółka Tomka i moja
z czasów licealnych), Grzegorz (poznany przez nas kilka miesięcy
wcześniej na travelbicie), Tomek i ja.
Podróż rozpoczynamy
w zasadzie już 12.08, którego to dnia docieramy wieczorem
do Warszawy, gdzie nocujemy w mieszkaniu Gosi. Ze względów
finansowych wybieramy lot Aeroflotem (bilet za lot Warszawa
- Moskwa - Delhi-Kathmandu i powrót Delhi-Moskwa-Warszawa
kosztuje nas 2.700 złotych od osoby), choć perspektywa wejścia
do starego TU jest trochę niepokojąca.
13.08.2005 r. o 11.00 odlatujemy do Moskwy, a stamtąd do Delhi,
do którego docieramy cali i zdrowi 14.08. o 1.40 w nocy czasu
lokalnego. W związku z tym, że lot do Kathmandu mamy mieć
dopiero o 11.30, rozkładamy się na krzesłach na lotnisku,
gdzie mamy zamiar spędzić tę noc.
Pomimo zmęczenia
nie potrafimy na razie zasnąć. Dla nas wszystkich, poza Grzegorzem,
to pierwsza tego typu podróż na kontynent azjatycki, co dodatkowo
pobudza naszą ciekawość. Obserwujemy piękne stewardesy ubrane
w kolorowe sari oraz innych podróżnych. Na lotnisku jest czysto
i przestronnie. To z czym kojarzą nam się Indie, tj. wielki
brud, tłok oraz cała masa naciągaczy, nie są tutaj widoczne.
Z pewnością nie raz jeszcze te rzeczy zobaczymy, odwiedzając
ten kraj w drodze powrotnej. W końcu udaje nam się na trochę
zasnąć, choć na krzesłach nie jest bardzo wygodnie.
O 11.30 wylatujemy
do Kathmandu liniami indyjskimi Jet Airways. To jeden z najprzyjemniejszych
lotów, które do tej pory odbyliśmy. Już na progu witają nas
śliczne, uśmiechnięte stewardesy w czerwonych sari, które
przez cały lot są bardzo miłe i sympatyczne. Zamiast "samolotowego"
jedzenia podanego na plastikowych talerzach i z plastikowymi
sztućcami dostajemy hinduskie pyszności, podane na normalnych
talerzach z prawdziwymi sztućcami i lnianymi serwetkami. Wszyscy
jesteśmy pod wrażeniem, a chłopaki wręcz pod bardzo sporym
wrażeniem, głownie z powodu urody stewardes.
Do Kathmandu
docieramy o 13.15 czasu lokalnego. Rozlokowujemy się w Kathmandu
Peace Guest House położonego przy Thamelu. Płacimy po 5 USD
od osoby, a za to mamy 2 dwuosobowe pokoje i 1 jedynkę, wszystkie
czyste i z łazienkami, w dodatku z bardzo fajnym tarasem na
dachu. Gorąco ten hotel polecamy.
Pomimo wielkiego
zmęczenia, po wzięciu gorącego prysznica i rozpakowaniu się,
postanawiamy pójść na chwilę na Thamel. Spacerujemy trochę,
organizujemy wypożyczenie rowerów na dzień następny, a potem
idziemy na pierożki momo. Wybrana przez nas knajpa wygląda
niezbyt zachęcająco, ale momo jest przepyszne i bardzo tanie.
Po kolacji wracamy do hotelu i idziemy spać.
|