13-14.08.2005 r.
wylot
15.08.2005 r.
Kathmandu, Dotlina Kathmandu
16.08.2005 r.
Bhaktapur, Panauti, Changu Narayan
17.08.2005 r.
Kathmandu
18.08.2005 r.
Tybet; Lhasa
19.08.2005 r.
Lhasa
20.08.2005 r.
Lhasa, Sera Monastery
21.08.2005 r.
Nam - Tso Lake
22.08.2005 r.
Tsurphu Monastery
23.08.2005 r.
Yamdrok-Tso, Gyantse
24.08.2005 r.
Shigatse, Przejazd do Lhatse
25.08.2005 r.
Lhatse, Rongbuk Monastery
26.08.2005 r.
Everest Base Camp. Tingri
27.08.2005 r.
Droga z Nyalam do Kathmandu
28.08. 2005 r.
Z Katmandu do Sunauli
29.08.2005 r .
Z Sunauli do Varanassi
30.08.2005 r.
Varanassi, Sarnath.
31.08.2005 r.
Varanassi
1.09.2005 r.
Agra
02.09.2005 r.
Fatehpur Sikri
03.09.2005 r.
Delhi

13.08.2005 - 14.08.2005 Przylot

        Uczestnikami naszej wyprawy tym razem są: Beata (która była już z nami 2 lata wcześniej w Afryce), Gosia (przyjaciółka Tomka i moja z czasów licealnych), Grzegorz (poznany przez nas kilka miesięcy wcześniej na travelbicie), Tomek i ja.

        Podróż rozpoczynamy w zasadzie już 12.08, którego to dnia docieramy wieczorem do Warszawy, gdzie nocujemy w mieszkaniu Gosi. Ze względów finansowych wybieramy lot Aeroflotem (bilet za lot Warszawa - Moskwa - Delhi-Kathmandu i powrót Delhi-Moskwa-Warszawa kosztuje nas 2.700 złotych od osoby), choć perspektywa wejścia do starego TU jest trochę niepokojąca.
13.08.2005 r. o 11.00 odlatujemy do Moskwy, a stamtąd do Delhi, do którego docieramy cali i zdrowi 14.08. o 1.40 w nocy czasu lokalnego. W związku z tym, że lot do Kathmandu mamy mieć dopiero o 11.30, rozkładamy się na krzesłach na lotnisku, gdzie mamy zamiar spędzić tę noc.

        Pomimo zmęczenia nie potrafimy na razie zasnąć. Dla nas wszystkich, poza Grzegorzem, to pierwsza tego typu podróż na kontynent azjatycki, co dodatkowo pobudza naszą ciekawość. Obserwujemy piękne stewardesy ubrane w kolorowe sari oraz innych podróżnych. Na lotnisku jest czysto i przestronnie. To z czym kojarzą nam się Indie, tj. wielki brud, tłok oraz cała masa naciągaczy, nie są tutaj widoczne. Z pewnością nie raz jeszcze te rzeczy zobaczymy, odwiedzając ten kraj w drodze powrotnej. W końcu udaje nam się na trochę zasnąć, choć na krzesłach nie jest bardzo wygodnie.

        O 11.30 wylatujemy do Kathmandu liniami indyjskimi Jet Airways. To jeden z najprzyjemniejszych lotów, które do tej pory odbyliśmy. Już na progu witają nas śliczne, uśmiechnięte stewardesy w czerwonych sari, które przez cały lot są bardzo miłe i sympatyczne. Zamiast "samolotowego" jedzenia podanego na plastikowych talerzach i z plastikowymi sztućcami dostajemy hinduskie pyszności, podane na normalnych talerzach z prawdziwymi sztućcami i lnianymi serwetkami. Wszyscy jesteśmy pod wrażeniem, a chłopaki wręcz pod bardzo sporym wrażeniem, głownie z powodu urody stewardes.

        Do Kathmandu docieramy o 13.15 czasu lokalnego. Rozlokowujemy się w Kathmandu Peace Guest House położonego przy Thamelu. Płacimy po 5 USD od osoby, a za to mamy 2 dwuosobowe pokoje i 1 jedynkę, wszystkie czyste i z łazienkami, w dodatku z bardzo fajnym tarasem na dachu. Gorąco ten hotel polecamy.

        Pomimo wielkiego zmęczenia, po wzięciu gorącego prysznica i rozpakowaniu się, postanawiamy pójść na chwilę na Thamel. Spacerujemy trochę, organizujemy wypożyczenie rowerów na dzień następny, a potem idziemy na pierożki momo. Wybrana przez nas knajpa wygląda niezbyt zachęcająco, ale momo jest przepyszne i bardzo tanie. Po kolacji wracamy do hotelu i idziemy spać.

poprzednia strona do góry   następna strona