|
2.10. 2007
Kangaroo Island
Wstajemy
około 7.00 rano. Jedziemy do miejscowości Wirrina, skąd mają
odpływać na wyspę promy liniami Kangaroo Island Ferries.
Według Internetu prom, na który chcemy dojechać, ma ruszyć
o 10.00. Niestety, rzeczywistość różni się od internetowych
informacji. Na miejscu bowiem okazuje się, że nie dość, że
nie ma żadnego promu na Kangaroo Island z tej miejscowości
o 10.00, to jeszcze nie ma go przez kilka najbliższych godzin.
Jesteśmy wściekli, gdyż niepotrzebnie straciliśmy tyle czasu.
Dowiadujemy się jednak, że z innych linii, tj. z Sealink
(www.sealink.com.au)
będzie odpływał prom o 12.00 z miejscowości Cape Jervis.
Szybko więc udajemy się tam. W Cape Jervis natrafiamy
na bardzo miłą panią recepcjonistkę (taki trochę typ skautki-emerytki),
która oprócz sprzedaży biletów na prom angażuje się w szukanie
dla nas noclegu na wyspie, co podobno bez wcześniejszej rezerwacji
nie jest łatwe. Faktycznie robi się pewien problem; miejsc
nie ma w YTA, jak również w innych obiektach. W końcu się
udaje - w Flindess Chase Farm na terenie samego parku Flinders
Chase National Park. Podobno łączne kupno biletów na prom
z noclegiem daje nam 27$ zniżki, co nie zmienia faktu, że
płacimy i tak bardzo dużo. W jedną stronę prom na 2 osoby
dorosłe + 1 dziecko i samochód kosztuje 183 $ + tyle samo
za bilet powrotny (a odległość to tylko 13 km od Cape Jervis
). Za nocleg płacimy 100$, uwzględniając już zniżkę.
Po 45 minutach docieramy do położonej
na wschodzie wyspy miejscowości Pennshaw, gdzie wysiadamy. Jest piękna pogoda,
28o C, choć wietrznie. Kangaroo Island to trzecia co do wielkości
wyspa Australii. Pomimo swej wielkości wyspę zamieszkuje
niewielu ludzi. Wyspa jest za to ostoją zwierząt - jedna
trzecia jej powierzchni objęta jest ochroną. Żyją tu w wielkich
ilościach kangury, walabie, pingwiny małe, dziobaki, kolczatki,
lwy morskie, wieloryby, foki, 200 gatunków ptaków i węże.
Farmerzy hodują tu głównie owce i pszczoły. Ciekawostką jest
to, ze na wyspę nie wolno wwozić miodu - musimy nasz wyrzucić.
Objazd po wyspie zaczynamy jedną z dwóch głównych tras, tj.
South Coast Road. Ze względu na ograniczenia czasowe postanawiamy
skupić się na najważniejszych atrakcjach położonych na południu
wyspy. Mijane przez nas krajobrazy są po prostu powalające!
Bardzo intensywna zieleń drzew i krzewów po bokach drogi
w zderzeniu z błękitnym niebem i intensywnym słońcem, praktycznie
zero ludzi - naprawdę cudne klimaty. Szybko przechodzi nam
złość spowodowana stratą dwóch godzin z powodu późniejszego
promu.
Udajemy się do Seal Bay Visitor
Centre, gdzie płacimy 36 $ za naszą trójkę za 1 - godzinną wycieczkę z przewodnikiem
na oglądanie lwów morskich. Co ciekawe,
bez wzięcia przewodnika też trzeba zapłacić (nieco mniej),
ale nie można wchodzić
na plażę i podchodzić do zwierząt, a jedynie obserwować je
z dalekich drewnianych platform. W rejonie tym żyje ponad
500 lwów morskich. Nam ukazuje się ich ponad 100. Widok ich
jest po prostu zniewalający. Lwy morskie leżą sobie na plaży,
większość śpi, część się ze sobą bawi, niektóre przymilają
się do siebie. A wszystko to nad samym brzegiem oceanu! Dowiadujemy
się nieco o trybie ich życia, który w skrócie wygląda tak,
ze na 2 - 3 dni wypływają one do oceanu, tam łowią ryby,
ale w tym czasie w ogóle nie śpią. Potem wracają na plażę,
gdzie odpoczywają i zasypiają. Robimy lwom morskim całą masę
zdjęć i ruszamy w dalszą drogę.
Przejazd samochodem przez wyspę
nie jest łatwy. Wygląda trochę jak jakaś gra komputerowa. Co chwilę trzeba umykać
jakiemuś
zwierzakowi albo się zatrzymywać. My na szczęście nie mamy
żadnego zderzenia z żadnymi stworzonkami, ale dosłownie masa
martwych kangurów leżących na drodze pokazuje, że niestety
zjawisko to jest tutaj dosyć częste. Jedynie raz kangur staje
sobie przed nami na środku drogi, że Tomek musi bardzo ostro
hamować, aby w niego nie wjechać.
Przed 17.00 wjeżdżamy na teren
Flinders Chase National Park. Bilet wejściowy na teren parku
za jeden dzień dla naszej trójki kosztuje 21 $ (8 $ płaci 1 dorosły ), ale miła
pani
rozumiejąc naszą argumentację, że przyjechaliśmy do niego
późno w dniu dzisiejszym, a wyjeżdżamy z parku jutro przed
14.00, zgadza się policzyć nam tylko za 1 dzień. Już na parkingu
przy Visitor Centre czeka na nas miła niespodzianka. Zauważamy
na drzewie eukaliptusowym śpiącego koalę. Jest tak piękny
i rozczulający, że Mikołaj i ja po prostu wymiękamy. Potem
id ziemy przejść się trasą Platypus Waterholes Walk (czyli
Trasą Dziobaków). To łatwy 2 - godzinny spacer ( 4,5 km w
obie strony ), bardzo polecany właśnie dla rodzin z dziećmi.
O tyle jest on fajny, że można na nim spotkać sporo zwierząt.
Główną jego atrakcją jest możliwość wypatrzenia dziobaków,
co nie jest jednak takie proste. Nam udaje się zobaczyć kangury,
walabie, jeżozwierza, dzikie gęsi i różnego rodzaju ptaszki.
Dziobaka niestety nie spotykamy, choć słyszymy wydawane przez
niego bardzo blisko nas odgłosy. Spacer kończymy o ok. 18.30.
Podejmujemy szybką decyzję o
pojechaniu do oddalonego od wjazdu do parku o około 115 km Kingscote na wieczorne
oglądanie
pingwinów małych, które wracają o tej porze z oceanu na ląd.
Można to robić z przewodnikiem o 19.30 lub o 20.30. Zjadamy
szybko jakieś kanapki i ruszamy aby zdążyć na 20.30. O wiele
więcej pingwinów przybywa do Penneshaw, ale tam dojechać
nie zdążymy. Jazda po zmroku w parku to naprawdę trudna sztuka.
Trzeba być cały czas ekstremalnie skoncentrowanym, by w razie
napotkania zwierzaka na drodze móc natychmiast zahamować
lub skręcić samochód.
Za pingwin tour płacimy 26 $ za naszą trójkę. Najpierw przewodnik
oprowadza nas po akwarium z rybami, entuzjastycznie opowiadając
o każdym z gatunków. Najciekawsza historyjka dotyczy jednego
z gatunków ryb (nie pamiętamy niestety nazwy ), wśród których
rodzą się tylko rybki - kobiety. W stadzie funkcjonuje od
zawsze tylko jedna rybka - mężczyzna. Jeśli by się coś złego
z nią stało, wtedy jedna z rybek - kobiet przemienia się
w rybkę - mężczyznę. I tak sobie żyją do teraz. Po wyjściu
z akwarium przewodnik przy użyciu super latarki (która miała
zasięg 70 m ), pokazuje nam różne gwiazdy, opowiadając szczegółowo
o nich.
Wreszcie ruszamy na poszukiwanie pingwinów. Do ich oglądania
można używać jedynie latarek z czerwonym światłem, które
zupełnie pingwinom nie przeszkadza, w ogóle go nie zauważają.
Białe światło potrafi oślepić pingwiny nawet na 2 godziny,
dlatego też nie można ich fotografować z fleszem. Idziemy
na plażę. Najpierw wyłaniają nam się pojedyncze a potem już
większe ilości tych ślicznych zwierzątek, które na mieszkania
znajdują sobie różne norki, wnęki itp. Interesujące jest
to, że pingwiny śpią tylko około 4 minuty, co jakiś czas
w trakcie dnia, nie zasypiając nigdy na dłuższe okresy. Taka
obserwacja z bliska tych stworzonek jest naprawdę bardzo
fajna. Mikołaj stwierdza, że w skali od 1 do 10 dzień ten
zamyka się bilansem 12. Ze zmęczeniem jest podobnie. Jest
już ok. 22.00, a my musimy jeszcze wrócić do naszej farmy
w parku. Udaje nam się to dopiero po 23.00, gdyż przejazd
powrotny aż roi się od czyhających co jakiś czas przy drodze
zwierząt, które z niemałym trudem Tomek omija.
|