|
29.09.2007 Melbourne
Dziś wstajemy
późno, około 9.00. Do Melbourne docieramy ok. 11.30. Zatrzymujemy
się na kawę i ciastko, próbując w międzyczasie zarezerwować
telefonicznie coś do spania na noc. Nie będzie to jednak
łatwe, dziś bowiem w Melbourne jest finał meczu futbolu australijskiego
drużyn Geelong i Port Adelajda, na który przybyły tu tłumy.
Dzwonimy chyba do 20 miejsc i albo nic nie mają, albo i owszem,
ale o dziwo nie przyjmują dzieci (i to w zwykłych hostelach
czy schroniskach). W końcu udaje nam się zarezerwować pokój
4 - osobowy w Melbourne Metro YHA, położonym przy Howard
Street. Płacimy za niego jak za pokój rodzinny - 92 $, więc
nie jest źle.
Kręcimy się po centrum, obserwując
City i chińską dzielnicę. W pewnym momencie przechodząc wąskimi uliczkami, natrafiamy
na piękną czerwoną sukienkę, wiszącą na witrynie sklepu.
Ni stąd ni zowąd postanawiamy, że może ją przymierzę. Sukienka
okazuje się szałowa, choć trochę za duża. Następuje błyskawiczna
akcja zaprowadzenia mnie w niej na bosaka do krawca, który
urzęduje kilkadziesiąt metrów dalej. Za godzinę mamy wrócić
po zwężoną kieckę.
Czas ten przeznaczamy na objazd
Melbourne zabytkowym tramwajem z lat 30 XIX w. - City Circle (bezpłatny). Oglądamy
sobie
miasto z okien tramwaju i wszyscy łącznie Mikołajem stwierdzamy,
że Melbourne podoba nam się dużo mniej niż Sydney, przynajmniej
na razie. Nie wyróżnia się niczym szczególnym, nie jest też
takie klimatyczne. Podobno różnica pomiędzy Sydney i Melbourne
jest taka, że to pierwsze oczarowuje na pierwszy rzut oka,
a drugie dopiero po bliższym poznaniu.
Po odebraniu sukienki ruszamy
dalej na obchód miasta, tym razem już na piechotę. Docieramy do miejsca nieopodal
stadionu,
gdzie na dużych telebimach puszczany jest finałowy mecz.
Widać że Australijczycy bardzo pasjonują się swoim futbolem.
Jest tam cały przekrój społeczeństwa - od małych dzieci poprzez
masę nastolatków, dorosłych i wreszcie staruszek i staruszków,
którzy krzyczą i skandują równie głośno co pozostali. Mikołaj
i Tomek oglądają końcówkę meczu, a ja robię sobie notatki
z podróży. Wygrywa lokalna drużyna Geelong, co wszyscy przyjmują
z wielkim entuzjazmem. Po meczu idziemy coś zjeść. Wybieramy
gwarną knajpkę Blue Train, z okna której oglądamy sobie zachodzące
słońce nad City. Po kolacji robimy krótki spacer przez miasto,
mijając co chwilę tłumy rozentuzjazmowanych kibiców. Przez
chwilę słuchamy koncertu jakiejś rockowej kapeli wśród tłumów
fanów drużyny Geelong.
Po 21.00 jedziemy do hostelu,
który okazuje się być całkiem przyjemnym. Czyste pokoje z łóżkami piętrowymi,
łazienki
na korytarzach, dostęp do Internetu, pralni, suszarni, itp.
Korzystamy z tego - ja robię pranie, Tomek idzie na Internet.
W dobrych nastrojach zasypiamy.
|