|
28.09.2007 Kościuszko
National Park
Niestety
wczorajsze prognozy się sprawdzają. Po obudzeniu się, widok
z okna nie zachęca nas do wstawania. Wieje przeraźliwy wiatr
i leje deszcz, który podobno na górze zamienia się w grad.
Już wiemy, że nie zdobędziemy dziś Góry Kościuszko (2.228
m.n.p.m.). Postanawiamy wjechać kolejką i spróbować trochę
podejść szlakiem w górę. Pogoda jest wręcz ekstremalna -
wiatr rzuca krzesełkiem na wszystkie strony, leje też deszcz.
Na szczęście jesteśmy odpowiednio ubrani na tego typu warunki
atmosferyczne. Po wjechaniu na górę wchodzimy na chwilę do
restauracji się zagrzać. Reklamuje się ona jako najwyżej
położona restauracja w Australii - 1.978 m. n. p. m. Wypijamy
tu ciepłą czekoladę i próbujemy podejść choć trochę w górę.
Ekipa w restauracji patrzy na nas totalnie zdziwiona naszym
pomysłem, pokazując przez okno na pogodę. W tej sytuacji
chcemy udać się jedynie do punktu widokowego, położonego
ok. 2 km od miejsca startu. Pogoda jednak dosyć szybko z
nami wygrywa. Jest tak okropna wichura i wielki grad, że
co chwilę musimy się odwracać, aby przetrwać atak nawałnicy.
W końcu decydujemy się zawrócić, gdyż nic nie wskazuje na
to, żeby coś z pogodą mogło się zmienić. Jesteśmy trochę
zawiedzeni takim obrotem sprawy, a najbardziej Mikołaj, choć
mimo wszystko stwierdza, że i tak była to niezła ekspedycja.
Zdecydowanie ta pora roku jest zbyt ryzykowna na próbę zdobywania
dachu Australii. Normalnie przy lepszych warunkach pogodowych
wejście na górę trwa ok. 3 godziny i nie sprawia większych
trudności. Robimy kilka fotek Górom Śnieżnym i ruszamy dalej.
Udajemy się w kierunku Melbourne,
do którego zamierzamy dziś na wieczór dotrzeć. Początkowo nasza trasa wiedzie
przez
kręte, górskie serpentyny. Czytamy Mikołajowi o historii
Australii, co go bardzo ciekawi. W lesie zauważamy 2 strusie
emu. Dziwi nas ten widok - nie wiedzieliśmy, ze strusie żyją
w górsko - leśnych terenach. Po jakimś czasie krajobraz się
zmienia. Mijamy intensywnie zielone tereny, czasem porośnięte
fioletowymi wzgórzami lawendowymi (super widok), pastwiska
z końmi i krowami, farmerskie proste i drewniane domki. Zupełna
sielskość.
W miejscowości Tallangatta zatrzymujemy
się na coś do zjedzenia. Jedyny otwarty punkt gastronomiczny znajduje się w restauracji
przy lokalnym hotelu, w której to znaczna część mieszkańców
spędza wieczory. Jest tam bilard, piłkarzyki, rzutki i cała
masa zapisów rozegranych meczy. W restauracji spotykamy pierwszego
Polaka podczas naszego pobytu w Australii - lekarza, który
mieszka tutaj od 25 lat. Jego praca polega na wyjeżdżaniu
na jakiś czas w tereny, gdzie brakuje służby medycznej. Jest
kompletnie zaskoczony naszą obecnością w takiej dziurze -
twierdzi że rzadko można spotkać tutaj rodaków. W knajpce
wszystko długo trwa - zamówienie, oczekiwanie na jedzenie.
Nikt się tutaj nie spieszy, panuje taka senna atmosfera.
W końcu dostajemy jedzenie, długie oczekiwanie opłacało się,
bo wszystko jest pyszne. My jemy kurczaka z krewetkami w
sosie curry z różnymi warzywami, Mikołaj rybę z frytkami.
Potem do tego pyszne ciasto. Jedynym mankamentem jest pora,
jest już 19.30, a my mamy jeszcze długą drogę przed sobą.
Wsiadamy zatem szybko do samochodu i ruszamy dalej. Z powodu
późnej pory nie docieramy do samego Melbourne, tylko do miejscowości
Seymour, oddalonej od niego o 80 km. Zatrzymujemy się w motelu
Comfort Inn, gdzie płacimy 99 $ za trójkę. Motel jest zupełnie
przyzwoity, przestronne pokoje, łazienka, ogrzewanie, z którego
z powodu zimna ( -8o C ) chwilę korzystamy.
Zauważamy, że jest pewien problem
z rezerwacją trójek. W niektórych miejscach po prostu ich brak, a Australijczycy
nie zgadzają się wtedy na to, abyśmy wynajmowali dwójkę,
stwierdzając, iż pewnie byśmy się z dzieckiem pomieścili,
ale niestety jest to nielegalne. Nie ma też niestety żadnych
zniżek w motelach czy hotelach dla dziecka, po prostu liczy
się go tak, jak zwykłą dodatkową dorosłą osobę.
|