|
27.09.2007 Sydney
- Koala Park - Przejazd do Thredbo
Wstajemy
o 8.15. Zbieranie zajmuje nam nieco więcej czasu, gdyż Mikołaja
boli trochę brzuch i musimy poczekać chwilę na poprawę. Na
szczęście stan ten nie trwa zbyt długo i możemy opuścić nasz
pokój. Jest bardzo piękna pogoda - 26o C i bezwietrznie.
Siadamy sobie w knajpce na uliczce, położonej nieopodal hotelu.
Prowadzi ją Włoch, który osiedlił się tutaj 7 lat temu. Jemy
śniadanie, pijemy kawę, jest sielankowa atmosfera.
Po śniadaniu postanawiamy zrobić
jeszcze krótką przejażdżkę po Sydney. Zatrzymujemy się nieopodal Harbour
Bridge,
po
którym postanawiamy się przejść. Z mostu oglądamy po raz
kolejny panoramę miasta z Operą, zatoką i City na czele.
Pomimo tego, że poprzednie widoki z innych miejsc (tj. z
wieży widokowej czy z promu) były interesujące, to jednak
naszym zdaniem nic nie przebije widoku z mostu - jest naprawdę
rewelacyjny. Tomek i Mikołaj robią całą masę zdjęć, a ja
po prosu delektuję się tym co widzę. Dla tych, którzy chcą
doznać mocniejszych wrażeń (my się nie decydujemy) specjalne
firmy organizują 3,5 godzinną wspinaczkę po moście tzw. drogą
smarowaczy, którzy most konserwowali. Wygląda to dosyć przerażająco,
chodzący sobie ludzie po szczycie mostu, ale w rzeczywistości
podobno groźne to nie jest. Wszyscy śmiałkowie są upięci
do lin zabezpieczających.
Po obejrzeniu mostu z bliska
opuszczamy Sydney i jedziemy w dalszą drogę. Udajemy się teraz do Koala
Park
Sanctuary,
położonego około 25 km na północ od Sydney przy Castle Hill
Road. Dojeżdżamy tam o 13.10. Park ten został utworzony głównie
z myślą o misiach koala, choć nie tylko one go zamieszkują.
Żyją tam też między innymi kangury i wombaty, psy dingo i
różnego rodzaju papugi, z których najfajniejsze są gadające
papugi kakadu. Jednak najpiękniejsze i najcudowniejsze są
misie koala, które po prostu Mikołaja i mnie rozczulają.
Śpią praktycznie cały czas na drzewach eukaliptusowych, budząc
się w zasadzie tylko na karmienie. Pora karmienia jest jedynym
momentem, kiedy można się do nich zbliżyć, pogłaskać i zrobić
im zdjęcie. Ulegamy ogólnej pokusie i robimy sobie fotkę
z koalą, który jak się dowiadujemy nie jest wcale niedźwiadkiem
i nie jest taki pluszowy na jakiego wygląda - jego zęby są
dosyć ostre. W parku spędzamy przyjemnie kilka godzin. Zjadamy
tam lunch i o 16.20 wyruszamy w dalszą drogę. Chcemy dotrzeć
na wieczór do Thredbo - bazy wypadowej na Górę Kościuszko,
którą pomimo śniegu mamy zamiar zdobyć w dniu jutrzejszym.
Trasa do Thredbo to ok. 500 km
i choć jedziemy cały czas autostradą, nie idzie nam to niestety zbyt szybko,
szczególnie
w początkowej fazie drogi. Do miejscowości Liverpool są duże
korki i dopiero za nimi można jechać szybciej. Nie mamy jeszcze
przetestowane, czy dozwolona prędkość na autostradzie (110
km/h ) może być w praktyce przekraczana, choć Tomek i tak
jedzie szybciej. Na razie mamy szczęście i nikt nas nie zatrzymuje.
W miarę zbliżania się do Thredbo zauważamy coraz więcej znaków
ostrzegawczych o wbiegających na drogę kangurach. Żaden na
szczęście nam nie wbiega, ale widzimy aż 5 martwych, leżących
wprost na drodze. Do Thredbo docieramy po 23.00. Mijamy wjazd
do parku, na którym nikogo już nie ma, więc nikt nie pobiera
od nas obowiązkowej opłaty w wysokości 27 $ za samochód.
Udajemy się do Thredbo YHA Lodge, gdzie zrobiliśmy wcześniej
telefoniczną rezerwację. Pokoje są skromne, łazienki ogólnodostępne,
ale wszystko czyste i schludne. Cena jednak za naszą trójkę
(108 $) jest dosyć wysoka jak na proponowany nam standard,
ale to wynik tego, ze Thredbo jest popularnym ośrodkiem narciarskim
i ze stan Wiktoria aktualnie ma ferie, a więc jest sezon.
Zresztą przybywamy tutaj zbyt późno, żeby szukać czegoś tańszego.
Jest zimno (8o C), ale najbardziej dotkliwy jest panujący
tu przeraźliwy wiatr. Prognoza pogody na jutro nie jest zbyt
sprzyjająca, zapowiadane są opady deszczu i gradu, ma być
również mocny wiatr, co stawia nasze wyjście na Górę Kościuszko
pod dużym znakiem zapytania.
|