|
26.09.2007
Sydney
Ranek zaczynamy
od opuszczenia naszego hostelu, gdyż na dzisiejszą noc nie
ma już wolnych miejsc. Zamierzamy nie tracić czasu na szukanie
czegoś do spania w tym momencie i zając się tym później.
Tymczasem jedziemy na Bondi Beach, najsłynniejszą plażę w
Sydney. To duża, 1,5 km plaża, najbardziej znana z pływających
na deskach surfingowych ratowników. Nam niestety nie udaje
się dostrzec ani jednego z nich. Zresztą jak chodzi o surferów
to też raczej się zawodzimy - pomimo dużych fal nie da się
wypatrzeć żadnego robiącego jakieś poważniejsze sztuczki
z deską, a ci co są widoczni, raczej się uczą niż robią jakieś
niesamowite popisy. Mimo to spędzamy kilka miłych chwil na
plaży. Jest około 20o C i duży wiatr, ale to nie zraża Mikołaja
do wejścia do wody. Szaleje na całego, choć po kilku minutach
ma gęsią skórkę z zimna. Tomek i ja nie decydujemy się na
skok do oceanu, wybieramy raczej obserwację i odpoczynek
na piasku. Przy plaży jest cała masa punktów gastronomicznych.
Kupujemy sałatkę z kurczaka i avocado oraz owoce na wynos,
które jemy na plaży, na specjalnie wybudowanych do tego celu
drewnianych ławkach i stolikach.
Potem jedziemy do dzielnicy King Cross, gdzie telefonicznie
zarezerwowaliśmy w międzyczasie nocleg w Challis Lodge (
www.budgethotelssydney.com ).
Miejsce to okazuje się być rewelacyjne. Mały hotelik w stylu
wiktoriańskim, położony
w starej posiadłości, przy spokojnej, obsadzonej drzewami
ulicy, okazuje się być idealnym miejscem dla nas. Duży 3
- osobowy pokój z łazienką kosztuje 100 $ za dobę, a więc
praktycznie tyle samo, co nasz poprzedni hostel, a nie ma
między nimi porównania. Co prawda jest on dalej od centrum,
ale nam nie robi to różnicy, ponieważ mamy samochód. Po rozlokowaniu
się w hotelu, wyruszamy dalej na zwiedzanie miasta.
Po dojechaniu
do centrum, postanawiamy najpierw wjechać na Sydney Tower,
najwyższą budowlę miasta (305 m wysokości). Z galerii widokowej
można podziwiać panoramę całego miasta.
Dla amatorów mocniejszych wrażeń przygotowane jest wyjście
na zewnątrz wieży w ramach tzw. skytour, lecz my nie korzystamy
z tej atrakcji.
Następny nasz punkt programu
na dziś to Sydney Aquarium www.sydneyaquarium.com.au. Bilety nie są tanie (26
$ za osobę dorosłą; my wybieramy
bilet rodzinny za 45$), ale warto. Szczególnie jest to fajna
atrakcja dla dzieci. Oprócz całej masy ryb można zobaczyć
tam dziobaki, krokodyle, foki, pingwiny, piękną rafę koralową.
Największe wrażenie robią jednak wielkie rekiny, które unoszą
się nad głowami zwiedzających, którzy oglądają je z podwodnych
galerii widokowych. Akwarium opuszczamy w dobrych nastrojach
wieczorną porą (jest ono czynne aż do 21.00). Udajemy się
na kolację. Powrót z niej do naszego samochodu w części odbywamy
specjalnym pociągiem, który jeździ po centrum Sydney wysoko
ponad głowami ludzi. Robi to fajne wrażenie, szczególnie
dla Mikołaja. Zmęczeni wracamy do hotelu. Dziś już nie mamy
żadnych problemów z zaśnięciem.
|