|
13.10.2007
Daintree National Park, Cape Tribulation
Nasz ostatni dzień
pobytu w Australii postanawiamy spędzić w Daintree
National Park, polecanym przez Lonely Planet jako unikatowy, tropikalny
las deszczowy. Park położony jest około 100 km na północ
od Cairns.
Do parku jedziemy sobie serpentynową
drogą wzdłuż wybrzeża, co chwilę oglądając co ładniejszą plażę z błękitnym morzem
i skalnym urwistym brzegiem. Aby dojechać do parku musimy
przeprawić się promem przez rzekę Daintree River (opłata
za wjazd samochodem na prom w obydwie strony to18 $ ).
Park to bardzo gęsty busz z całą masą
intensywnie zielonych drzew i roślin, w tym palm, paproci, fikusów oraz wijących
się długich lian, zwisających z drzew. Co jakiś czas przez
to wszystko prześwieca słońce, dając bardzo fajny efekt.
Jest tutaj wilgotny klimat, choć nie tak gorąco jak w poprzednich
dniach ( 30 - 32o C ).
Na pieszą wycieczkę po parku wybieramy
tzw. Konopy Tower (wstęp za bilet rodzinny 54 $, normalny bilet za 1 dorosłego
to 20 $). Spacer ten to przechadzka po drewnianych platformach
wokół buszu wraz z możliwością wejścia na 23-metrową wieżę
widokową i obserwacji parku z góry. Z ciekawych zwierząt
zamieszkujących tutaj wymienić można ptaki kazuary, które
potrafią być wielkości człowieka i są czasem dla ludzi niebezpieczne.
W popłochu kopią, a kopnięcie takie może skończyć się niezbyt
przyjemnie. Park zamieszkują też pytony, które mogą dochodzić
do 8,5 m długości. Występuje też tutaj cała masa ptaków i
motyli, których to po kilka udaje nam się zobaczyć. Na szczęście
nie mamy spotkania ani z kazuarem ani z pytonem, co mnie
osobiście bardzo cieszy. W parku działa centrum informacyjne,
w którym puszczane są różne filmiki o żyjących tu zwierzętach
i roślinach.
Pomimo tego, że Daintree jest obiektywnie
interesujący, nie robi jednak na nas jakiegoś specjalnego wrażenia, Może jest
to efekt przesytu tylu miejsc, które
już wiedzieliśmy, może tego, że to nasz ostatni dzień w Australii, a może po
prostu park nie wydał nam się na tyle interesujący, co niektóre z innych widzianych
wcześniej miejsc.
Po odwiedzeniu parku jedziemy coś zjeść. Wybieramy knajpkę Cafe on Sea, leżącą
przy samej plaży Thornton Beach. To najładniejsza plaża na jakiej udało nam się
być w Australii. Długa, piaszczysta, z jaśniutkim piaskiem, z bardzo intensywnie
błękitnym morzem i z dochodzącym aż do samej plaży lasem deszczowym to naprawdę
rewelacyjne zjawisko. Do tego praktycznie zero ludzi - żyć nie umierać.
Po obiedzie postanawiamy pojechać zobaczyć jeszcze Przylądek
Tribulation i wrócić
koniecznie na tą plażę, aby się jeszcze pokąpać. Jazda do przylądka to miła atrakcja.
Jedziemy sobie drogą wzdłuż lasu deszczowego, drzewa po obu stronach drogi praktycznie
łączą się koronami, tworząc dla samochodów do przejazdu jakby tunel. Z jednej
z plaż oglądamy przylądek. Nie jest ona jednak tak ładna jak Thornton Beach,
na którą to wracamy. Na drodze ciągle widzimy ostrzegawcze znaki o możliwym spotkaniu
z kazuarami. Do plaży dojeżdżamy po 17.20. Jedynym mankamentem jest fakt, ze
w znacznej części jest ona już przesłonięta cieniem. Ale i tak jest fajnie. Mamy
ją praktycznie tylko dla siebie, bo jedyna inna grupka ludzi wkrótce ją opuszcza.
Mikołaj szaleje w wodzie z Tomkiem, a ja rozkoszuję się widokami naszego ostatniego
dnia. Przy plaży jest wiele znaków ostrzegających o niebezpiecznych meduzach,
które w okresie letnim potrafią być groźne (czasami nawet śmiertelnie) dla człowieka.
Pierwszą rzeczą, którą należy zrobić po takim oparzeniu jest przemycie tego miejsca
octem, który przy wielu miejscach na plaży jest pozostawiony w specjalnych pojemnikach.
Do Cairns wracamy przed 20.00. Idziemy przejść się ostatni raz przez miasto.
Zamawiamy owoce morza w restauracji przy samej promenadzie (niestety wszystkie
knajpy serwujące owoce morza w tym miejscu nie są tanie). Ale to w końcu to nasz
ostatni dzień. Zamawiamy krewetki i piwo. Mikołaj znużony trudami podróży zasypia
na krzesłach. Po 22.00 wracamy do naszego motelu. Pakujemy się i do łóżek. Tak
kończy się nasza podróż po Australii.
|