23.09.2007 - 24.09.2007
Przylot
25.09.2007 r.
Sydney
26.09.2007 r.
Sydney
27.09.2007 r.
Sydney - Koala Park - Przejazd do Thredbo
28.09.2007 r.
Kościuszko National Park
29.09.2007 r.
Melbourne
30.09.2007 r.
Melbourne - Great Ocean Road
1.10.2007 r.
Great Ocean Road
2.10. 2007 r.
Kangaroo Island
3.10.2007 r.
Kangaroo Island - Przejazd do Port Augusta
4.10.2007 r.
Przejazd z Port Augusta do Uluru
5.10.2007 r. Uluru-Kata Tjuta National Park 6.10.2007 r.
Kings Canyon National Park
7.10.2007 r.
Przejazd z Kings Canyon do Katherine
08.10.2007 r.
Kakadu National Park
09.10.2007 r.
Kakadu National Park. Mary River
10.10.2007 r.
Cairns
11.10.2007 r.
Cairns
12.10.2007 r.
Green Island
13.10.2007 r.
Daintree National Park, Cape Tribulation
14.10.2007 r.
Wylot

13.10.2007 Daintree National Park, Cape Tribulation

       Nasz ostatni dzień pobytu w Australii postanawiamy spędzić w Daintree National Park, polecanym przez Lonely Planet jako unikatowy, tropikalny las deszczowy. Park położony jest około 100 km na północ od Cairns.

       Do parku jedziemy sobie serpentynową drogą wzdłuż wybrzeża, co chwilę oglądając co ładniejszą plażę z błękitnym morzem i skalnym urwistym brzegiem. Aby dojechać do parku musimy przeprawić się promem przez rzekę Daintree River (opłata za wjazd samochodem na prom w obydwie strony to18 $ ).

       Park to bardzo gęsty busz z całą masą intensywnie zielonych drzew i roślin, w tym palm, paproci, fikusów oraz wijących się długich lian, zwisających z drzew. Co jakiś czas przez to wszystko prześwieca słońce, dając bardzo fajny efekt. Jest tutaj wilgotny klimat, choć nie tak gorąco jak w poprzednich dniach ( 30 - 32o C ).

       Na pieszą wycieczkę po parku wybieramy tzw. Konopy Tower (wstęp za bilet rodzinny 54 $, normalny bilet za 1 dorosłego to 20 $). Spacer ten to przechadzka po drewnianych platformach wokół buszu wraz z możliwością wejścia na 23-metrową wieżę widokową i obserwacji parku z góry. Z ciekawych zwierząt zamieszkujących tutaj wymienić można ptaki kazuary, które potrafią być wielkości człowieka i są czasem dla ludzi niebezpieczne. W popłochu kopią, a kopnięcie takie może skończyć się niezbyt przyjemnie. Park zamieszkują też pytony, które mogą dochodzić do 8,5 m długości. Występuje też tutaj cała masa ptaków i motyli, których to po kilka udaje nam się zobaczyć. Na szczęście nie mamy spotkania ani z kazuarem ani z pytonem, co mnie osobiście bardzo cieszy. W parku działa centrum informacyjne, w którym puszczane są różne filmiki o żyjących tu zwierzętach i roślinach.

       Pomimo tego, że Daintree jest obiektywnie interesujący, nie robi jednak na nas jakiegoś specjalnego wrażenia, Może jest to efekt przesytu tylu miejsc, które już wiedzieliśmy, może tego, że to nasz ostatni dzień w Australii, a może po prostu park nie wydał nam się na tyle interesujący, co niektóre z innych widzianych wcześniej miejsc.

       Po odwiedzeniu parku jedziemy coś zjeść. Wybieramy knajpkę „Cafe on Sea”, leżącą przy samej plaży Thornton Beach. To najładniejsza plaża na jakiej udało nam się być w Australii. Długa, piaszczysta, z jaśniutkim piaskiem, z bardzo intensywnie błękitnym morzem i z dochodzącym aż do samej plaży lasem deszczowym to naprawdę rewelacyjne zjawisko. Do tego praktycznie zero ludzi - żyć nie umierać.

       Po obiedzie postanawiamy pojechać zobaczyć jeszcze Przylądek Tribulation i wrócić koniecznie na tą plażę, aby się jeszcze pokąpać. Jazda do przylądka to miła atrakcja. Jedziemy sobie drogą wzdłuż lasu deszczowego, drzewa po obu stronach drogi praktycznie łączą się koronami, tworząc dla samochodów do przejazdu jakby tunel. Z jednej z plaż oglądamy przylądek. Nie jest ona jednak tak ładna jak Thornton Beach, na którą to wracamy. Na drodze ciągle widzimy ostrzegawcze znaki o możliwym spotkaniu z kazuarami. Do plaży dojeżdżamy po 17.20. Jedynym mankamentem jest fakt, ze w znacznej części jest ona już przesłonięta cieniem. Ale i tak jest fajnie. Mamy ją praktycznie tylko dla siebie, bo jedyna inna grupka ludzi wkrótce ją opuszcza. Mikołaj szaleje w wodzie z Tomkiem, a ja rozkoszuję się widokami naszego ostatniego dnia. Przy plaży jest wiele znaków ostrzegających o niebezpiecznych meduzach, które w okresie letnim potrafią być groźne (czasami nawet śmiertelnie) dla człowieka. Pierwszą rzeczą, którą należy zrobić po takim oparzeniu jest przemycie tego miejsca octem, który przy wielu miejscach na plaży jest pozostawiony w specjalnych pojemnikach.

       Do Cairns wracamy przed 20.00. Idziemy przejść się ostatni raz przez miasto. Zamawiamy owoce morza w restauracji przy samej promenadzie (niestety wszystkie knajpy serwujące owoce morza w tym miejscu nie są tanie). Ale to w końcu to nasz ostatni dzień. Zamawiamy krewetki i piwo. Mikołaj znużony trudami podróży zasypia na krzesłach. Po 22.00 wracamy do naszego motelu. Pakujemy się i do łóżek. Tak kończy się nasza podróż po Australii.


 

poprzednia strona do góry