|
12.10.2007
Green Island
Dziś postanawiamy
popłynąć na Green Island (Zieloną Wyspę), na którą płynie
się nieco ponad 1 godzinę promem z Cairns. Wybieramy ofertę
wycieczkową firmy Big Cat (www.bigcat-cruises.com.au) Koszt
za 3 osoby to 215 $. Cena ta obejmuje prom w obie strony,
lunch na promie oraz rejs łodzią podwodną Yellow
Submarine.
Green Island to mała piaszczysta wyspa, której główną atrakcją
jest ława koralowa.
Na promie wypożyczamy sprzęt do snorkelingu,
na szczęście dla dzieci mają różnież. Trochę przechadzamy się po wysepce
(niestety bardzo dużo lidzi), a trochę też nurkujemy. Najpierw
udajemy się na rejs podwodną Yellow Submirine. Naprawdę cudowne
przeżycie. Piękna podwodna rafa koralowa z całą masą ryb,
żółwi morskich i pięknymi koralowcami. Czujemy się, jakbyśmy
zostali przeniesieni do jakiejś baśni z Tysiąca i jednej
nocy.
Po powrocie na
wyspę, Mikołaj i ja udajemy się na nurkowanie. Tomek natomiast
wybiera się na tzw. Ocean walk (135
$), polegający
na chodzeniu po dnie oceanu ze szklanym hełmem
na głowie z tlenem (przypominającym nakrycie głowy kosmonauty).
Niestety,
z powodu zbyt mocnych fal i prądów atrakcja Tomka zostaje
odwołana, co przyjmuje z wielkim żalem.
My natomiast z Mikołajem uprawiamy
snorkeling. Pomimo tego, że Mikołaj do tej pory nigdy nie pływał
z maską, rurką
i
w płetwach, praktycznie od razu załapuje o co w tym wszystkim
chodzi. Również mi sztuka ta się udaje. Obydwojgu z nas nurkowanie
się bardzo podoba. Pomimo tego, że nie wypływamy bardzo daleko,
udaje nam się zaobserwować sporo żyjątek, rybek (w tym płaszczkę)
oraz przepiękne koralowce.
Potem udajemy się do takiego parku
z krokodylami, żółwiami morskimi, akwariami z rybami i rafą koralową. Robimy
sobie
zdjęcie z malusieńkim krokodylem, którego nawet bierzemy
na ręce. Przeżywamy również niezbyt miłą przygodę, polegającą
na ochlapaniu Mikołaja przez wielkiego krokodyla (a dokładnie
przez jego ogon) okropnym błotem. Miki ma go dosłownie wszędzie:
w buzi, w oczach. Na szczęście szybko udaje nam się go wymyć.
Pomimo tego ostatniego, niezbyt miłego incydentu oraz faktu,
że wycieczka nie była tania, uznajemy ją za bardzo fajną
i godną polecenia.
Na wieczór wybieramy się do indonezyjskiej
restauracji położonej niedaleko naszego hotelu. Jemy jedne z najwspanialszych
dań,
jakie udało nam się w życiu skosztować. Wszystko, począwszy
od dziwnych przystawek, zup, po dania główne i desery było
wprost wyśmienite. Zajadamy się indonezyjskimi przysmakami,
powoli żegnając się już z Australią.
|