|
11.10.2007
Cairns
Po śniadaniu jedziemy
na kolejną z plaż leżących w okolicach Cairns - Palm
Cove Beach, gdzie spędzamy kilka godzin. Ta plaża jest naprawdę
bardzo ładna - długa, szeroka, z palmami i tym jaśniutkim
piaskiem. Tym razem wszyscy szalejemy w wodzie. Jest ciepło,
choć na szczęście nie upalnie ( 32o C ). Jemy sobie na plaży
pysznego, świeżego ananasa i arbuza, które wcześniej zakupiliśmy.
Późnym popołudniem jedziemy na lagunę, gdyż Mikołaj chce
koniecznie popływać jeszcze w basenie. Chłopaki pływają,
a ja z przyjemnością obserwuję sobie okolicę: krzątających
się ludzi, przygotowujących jedzenie na podestach, uprawiających
sport wokół promenady, kąpiących się w basenie i tych co
ja, czyli leżących sobie na trawce. Jest sielsko i anielsko.
Wciąż fascynuje mnie to, że to wszystko dzieje się w środku
miasta.
Cairns w ogóle bardzo miło nas zaskakuje,
to naprawdę miłe, przyjemne i zadbane miasto, w którym pomimo wielkiego ruchu
turystycznego (głównie Azjaci), czuje się fajną atmosferę.
Wieczór postanawiamy spędzić w Tjapukai Aboriginal Centre,
leżącego 12 km od Cairns, na występie Tjapukai by
Night.
Występ jest drogi (za bilet rodzinny płacimy 217 $), ale
według przewodnika wart swojej ceny. Obejmuje ona wstęp do
Muzeum ze sztuką aborygeńską, przedstawienie, w którym ma
być pokazana przez Aborygenów ceremonia wskrzeszenia ognia,
kolację oraz aborygeński występ muzyczny. W istocie wszystkie
wyżej wymienione atrakcje nie są godne polecenia, choć Mikołajowi
bardzo się podobają. Ta z pewnością przyjemność dla 6 - letniego
dziecka, ale dorośli powinni ją zdecydowanie omijać. To taka
trochę Cepelia. Do motelu wracamy po 22.00.
|