|
10.10.2007
Cairns
Dziś przenosimy
się na wschodnie wybrzeże. Z Darwin do Cairns lecimy liniami
lotniczymi Quantas (bilet kosztuje 342 $ od osoby). Gdybyśmy
lecieli z Polski do Australii tymi samymi liniami, objęłaby
nas promocja i mielibyśmy 50 % zniżki. Lot nasz mamy o 6.45
rano, z międzylądowaniem w Gove. Z tego powodu do Cairns dolatujemy w okolicach godziny 11.00. Na lotnisku odbieramy
nasz kolejny samochód, zamówiony wcześniej przez to samo
biuro Europcar. Tym razem bierzemy dużo mniejszy samochód
(Subaru Imprezę), nie zamierzamy bowiem już pokonywać nim
dużych odległości.
Jest gorąco (34o C ), ale w porównaniu
z tropikiem w Kakadu Park, pogoda tutaj jest zupełnie przyjemna. Zasiadamy w
knajpce
na kawie i próbujemy zorientować się co do jakiegoś sensownego
noclegu, tym bardziej, że będziemy w nim nocować aż 4 dni.
Decydujemy się zobaczyć rekomendowany przez Lonely Planet
motel The Balinese, przy 215 Lake Street ( www.balinese.com.au ) Po pojechaniu tam, od razu robimy rezerwację. To mały motel
w balijskim stylu. Pokój jest bardzo przestronny i cudownie
klimatyczny. Na miejscu wszelkie udogodnienia - Internet,
pralnia, mały basen, śniadanie kontynentalne w cenie. Za
trójkę płacimy 120 $, uwzględniając w to śniadanie. Bardzo
polecamy to miejsce.
Na recepcji spotykamy chłopaka, którego
matka jest Polką, a on sam dosyć dobrze zna polski. Sam urodził się w Czechach
i tam spędził sporą część życia, zanim z rodziną przeniósł
się do Australii. Ucinamy z nim krótką pogawędkę na różne
tematy, między innymi poleca nam niektóre atrakcje i udziela
kilku praktycznych rad. Mikołaj jest bardzo zdziwiony, że
ktoś w tym kraju używa jeszcze języka przez niego rozumianego.
Jakiś czas relaksujemy się w pokoju, potem chłopaki idą na
Internet, a ja robię zaległe notatki.
Po południu jedziemy na plażę leżącą
niedaleko Cairns (około 20 km ) - Trinity Beach. Plaża jest ładna, chociaż ma
swoje
mankamenty. Do jej plusów należy zaliczyć czyściutki, biały
piasek, palmy na plaży i ładną, krystalicznie błękitną wodę.
Minusem jest z kolei to, że nie jest zbyt szeroka, przez
co leży się bardzo blisko drogi. Leżymy sobie na ręcznikach,
odpoczywając po trudach ostatnich dni. Mikołaj sprawia wrażenie,
że już dawno się zregenerował, bo od razu wskakuje do wody
i szaleje na falach. Obserwujemy dosyć szybko zachodzące
słońce, po czym wracamy do naszego motelu.
Dużym plusem dla mnie jest to, że możemy
w końcu wypakować nasze rzeczy do szaf, a nie poszukiwać ich w plecakach. Przemieszczanie
się przez Australię było bardzo fajne, ale miło sobie na
koniec odpocząć. Temu właśnie ma służyć nasz pobyt w Cairns.
Na wieczór wybieramy się zwiedzić miasto.
Stwierdzamy, że jest ono bardzo przyjemne, szczególnie w okolicach promenady.
To bardzo ładny, drewniany deptak wzdłuż wybrzeża, obok którego
znajduje się mnóstwo atrakcji - rewelacyjny plac zabaw dla
dzieci, ścieżki zdrowia, tory rowerowe. Obok tego wszystkiego
umieszczone są co kilka metrów stanowiska, gdzie można sobie
na świeżym powietrzu zrobić jedzenie - nawet na ciepło, gdyż
są tam specjalnie podgrzewane patelnie. Naprawdę sporo ludzi
z tego korzysta, spędzając tak po prostu czas. Całe rodziny
przychodzą tutaj, bawią się, gotują, pływają w wielkim słonym
basenie (lagunie), znajdującym się na samym końcu promenady.
A wszystko to w samym środku miasta. Naprawdę robi to spore
wrażenie. My najpierw udajemy się na plac zabaw, gdzie Mikołaj
stęskniony już trochę za tego typu atrakcjami po prostu szaleje
bez końca. Dopiero po dłuższej chwili udaje nam się go namówić
na pójście na coś do zjedzenia. My wybieramy lekkie sałatki
z zieleniną i avocado, Miki tosty z dżemem. Po kolacji wracamy
do motelu.
|