|
09.10.2007
Kakadu National Park. Mary River
Budzimy się późno,
około 8.00. W namiocie jest już ekstremalnie gorąco. Po zwinięciu
namiotu, postanawiamy sobie zafundować porządne śniadanko
w hotelu Holiday Inn (który został wybudowany w kształcie
krokodyla). Jemy tam całą masę pyszności. W restauracji można
też kupić sztukę aborygeńską. Kupujemy dla nas do domu aborygeński
obraz namalowany na drewnie. Po śniadaniu na chwilę udajemy
się do kliniki mieszczącej się nieopodal, gdyż zaniepokojeni
jesteśmy występującą od kilku dni na ciele Mikołaja wysypką.
Wysypka na szczęście okazuje się być niegroźną potówką, więc
możemy ruszać na dalszą część zwiedzania parku. Co ciekawe,
pomimo tego, że klinika była płatna, pani doktor postanowiła
nie liczyć nam żadnej opłaty (pomimo tego, że normalnie nas
przyjęła), gdyż okazało się, że Mikołaj nie jest chory.
Robimy pieszą wędrówkę, polecaną przez
lokalne mapki, zwaną Bardedjilidji Walk. Jest to bardzo przyjemna 2,5 km trasa
wokół East Alligator River. Jedyny mankament to bardzo wysoka
temperatura ( 40o C ). Potem jedziemy na mokradła zobaczyć
ptaki. Ok. 13.00 wyjeżdżamy z parku.
Jedziemy Arnhem Highway w stronę Darwin.
Po drodzy mijamy ogromne kopce termitów, przy których robimy sobie pamiątkowe
zdjęcia. Następnie zatrzymujemy się przy
Mary River, aby zaliczyć zamówioną wcześniej telefonicznie atrakcję w postaci
rejsu łodzią po rzece połączonego z oglądaniem skaczących krokodyli- Crocodile
jumping (70 $ bilet rodzinny za naszą trójkę). Prowadzący łódź mają przygotowane
kawałki mięs, które sznurkiem przywiązują do długich kiji, tak aby krokodyle
chciały skakać wysoko. Od razu po włożeniu do wody mięsa pojawia się wokół naszej
łódki kilka krokodyli. Podciąganie kija do góry powoduje, że faktycznie krokodyle
skaczą na niebotyczne wysokości (nawet 3-4 metrów), aby złapać zwisające jedzenie.
Widok ten naprawdę zapiera dech w piersiach. Wielkie paszcze z ogromnymi zębami,
które błyskawicznie rozwierają się i gruchoczą podane mięso wraz z kośćmi, praktycznie przed samymi naszymi oczami.
Po rejsie jedziemy już do Darwin,
będącym stolicą Terytorium Północnego. Wykonujemy po nim jedynie krótka przejażdżkę
samochodem. Najciekawsze widoki obserwujemy
podczas jazdy wzdłuż wybrzeża, ale ogólnie nie jest to miasto urzekające. Na
kolację wybieramy polecaną przez Lonely Planet prostą knajpkę wietnamską Vietnam
Saigon Star, która serwuje całkiem smakowite dania. Na lotnisku oddajemy nasz
pierwszy samochód, który przejechał z nami 7.220 km. Jest totalnie umorusany,
wszędzie pełno czerwonego pyłu i kurzu. Na nocleg z powodów lokalizacyjnych wybieramy
motel B&B Malok, położony przy samym lotnisku.
Przed zaśnięciem przypominamy sobie jeszcze dwie myśli Mikołaja, które nam dzisiaj
zaserwował. Pierwsza to świat to jest bardzo skomplikowany, a druga bez aparatu
fotograficznego nie da się żyć. Bardzo nas rozczulają. Kolejny raz stwierdzamy,
iż syn nasz jest bardzo dzielny podczas tej trudnej dla niego podróży. Ponadto,
pomimo dużego wysiłku, naprawdę sprawia ona mu bardzo dużo przyjemności. Jest
ciekawy wszystkiego, co widzi, o mnóstwo rzeczy się pyta. Widać, że jest naprawdę
zadowolony. Dlatego też z czystym sumieniem możemy podróż do Australii polecać
dla rodzin z dziećmi. Jest to naprawdę kraj (podobnie jak USA) przyjazny do tego
typu podróży.
|