|
8.10.2007
Kakadu National Park
Po
obudzeniu się i zjedzeniu śniadania, ruszamy w dalszą drogę.
Nasz następny cel to Kakadu National Park. Do Cooindy, jednego
z głównych miejsc w Parku mamy 320 km. Docieramy tam przed
13.00. Wstęp do parku jest bezpłatny, przy wjeździe dostajemy
dużo użytecznych mapek. Jest okropnie gorąco (40o C ), ze
względu na dużą wilgotność powietrza znosimy tę temperaturę
dużo gorzej niż w poprzednich suchych dniach.
Kakadu to największy australijski
park, zajmuje 20.000 km2. Zarządzają nim Aborygeni wraz z Departamentem Środowiska
i Dziedzictwa. Park wpisany jest na Listę Światowego Dziedzictwa
UNESCO ze względu na wspaniałe dzieła sztuki naskalnej oraz
niezwykłą różnorodność flory i fauny. Znajduje się w nim
ok. 5.000 miejsc, w których zachowały się aborygeńskie malowidła
wykonane na ścianach jaskiń i skałach. Większość z nich jest
niedostępna dla turystów, m.in. ze względu na religijne znaczenie
dla mieszkających tam Aborygenów. Jeśli chodzi o florę i
faunę w parku doliczono się 2.000 gatunków roślin, ponad
10.000 gatunków owadów, jednej czwartej australijskich ryb
słodkowodnych, jednej trzeciej spośród australijskich gatunków
ptaków oraz 75 gatunków różnych zwierząt (wśród których wymienić
można m.in. kangury, psy dingo, żółwie morskie, bawoły wodne
oraz krokodyle). Park zamieszkują 2 rodzaje krokodyli: słodkowodne
(do 3 m długości, które są niegroźne dla człowieka) oraz
słonowodne (do 6 m długości i 1.000 kg wagi, które są bardzo
niebezpieczne). To na terenie Kakadu kręcono sceny do filmu
Krokodyl Dundee.
Park od razu robi na nas fajne
wrażenie. Pełno w nim zielonych drzew, w tym palm, u podnóża których wyrastają
kopczyki termitów
(dochodzące do 2 3 metrów wysokości). No i oczywiście cała
masa ptaków, dla których występujące w parku licznie bagniska
i mokradła to po prostu raj. Jest zupełnie inny od widzianych
przez nas do tej pory miejsc.
Z całej masy atrakcji, które
park oferuje na dziś wybieramy dwie: Warradjan Aboriginal Cultural Centre oraz
rejs Yellow
Water. Najpierw udajemy się do Centrum Kultury Aborygenów
(otwarte codziennie w godz. 9.00-17.00). Oglądamy tam wystawy
poświęcone aborygeńskiej kulturze oraz zwyczajom. Działa
tam też sklep z pamiątkami, gdzie zakupujemy całą masę prezencików
dla pozostałej w Polsce rodziny i znajomych. Mikołaj kupuje
sobie oczywiście bumerang.
Potem udajemy się na rejs łodzią
Yellow Water. Płacimy za niego 145 $ za naszą trójkę. Wycieczka ta jest jedną
z większych
atrakcji, w jakich uczestniczyliśmy w naszej podroży po Australii.
Płynie się wśród bujnej roślinności porastającej brzegi,
wśród całej masy przeróżnych ptaków oraz pływających po rzece
krokodyli, które widzimy z naprawdę bliskiej odległości.
Do tego dochodzi zachodzące słońce, które wprowadza do naszego
rejsu całą masę żółto-czerwono-pomarańczowych barw, powodując,
że jesteśmy wprost urzeczeni. Mikołaj dodatkowo ma atrakcję
w postaci możliwości samodzielnego prowadzenia przez chwilę
łodzi, co czyni go bardzo dumnym z siebie.
Na wieczór jedziemy
do Jabiru, drugiego z głównych resortów w parku. Jemy całkiem
dobrą kolację, a potem wskakujemy do
basenu położonego przy samej knajpce. Po takim męczącym dniu
jest to super orzeźwienie. Jak zwykle w ciemnościach rozbijamy
namiot (za rozbicie płacimy 26 $ - wliczając wjazd samochodu
i naszą trójkę) i idziemy spać. Poprzez totalne ciemności
nie zauważamy, iż rozbiliśmy namiot w miejscu, gdzie polewaczka
całą noc podlewa trawę. Na szczęście namiot okazuje się być
szczelny i całonocne podlewanie go nie staje się kłopotem.
|