|
6.10.2007 Kings
Canyon National Park
Wstajemy
dość wcześnie. Po śniadaniu i spakowaniu namiotu, ruszamy
w dalszą drogę. Nasz dzisiejszy cel, Kings Canyon
National Park, oddalony jest 304 km od Uluru. Po dotarciu do parku
(wjazd bez żadnych opłat), od razu postanawiamy ruszyć na
wędrówkę po nim. Wybieramy 6-kilometrowy Rim Walk, uznawany
za jeden z najpiękniejszych szlaków pieszych w Australii
Środkowej. Jest to jednokierunkowa trasa, ciągnąca się wzdłuż
wielkiego i stromego kanionu z piaskowca. Właściwie od samego
początku miejsce to totalnie nas urzeka. Ma w sobie jakąś
magię, jakiś czar.
Pomimo gorąca (38o C), wędrówka
nie jest męcząca, może z powodu suchego powietrza, które ułatwia poruszanie się.
Przechodzimy przez interesujący labirynt ścian
z piaskowca, zwany jako Lost City (Zaginione Miasto). Potem udajemy się do wąwozu
o nazwie Garden of Eden (Rajski Ogród). Rosną tam palmy i inne
zielone rośliny. Na końcu wąwozu znajduje się mały zbiornik z wodą, w którym
można pływać. Jeziorko
to otoczone jest stromymi ścianami skalnymi. Natrafiamy w nim na pięć roześmianych,
rozkrzyczanych i szalonych australijskich dziewcząt, które bawią się we wdrapywanie
na skały i chowanie się w nich. Urzeczeni totalnie tym miejscem postanawiamy
zatrzymać się w nim nieco dłużej. Kąpiemy się w jeziorku mając przed oczami wciąż
znikające w skalnych otworach dziewczyny i ich radosne śmiechy. Skojarzenia z
Piknikiem pod wiszącą skałą nasuwają się same, tylko na szczęście zniknięcia
dziewczyn w tym przypadku są chwilowe. Po spędzeniu fantastycznych 2 godzin w
tym miejscu, ruszamy w dalszą drogę po kanionie. Po drodze natrafiamy na jaszczurki,
kangury i rewelacyjny zachód słońca, który koloruje kanion w przepiękne czerwono-pomarańczowe
barwy. Z wędrówki wracamy praktycznie po zmroku w naprawdę wyśmienitych humorach.
Udajemy się do Kings Canyon Resort,
położonego 10 km za parkiem. Tam w restauracji zjadamy kolację, do której przygrywa
nam starsza para, serwując lokalne standardy.
Pomimo późnej pory i zmęczenia gramy z Mikołajem w bilarda, który nagle wygrzebuje
jeszcze na grę ostatnie resztki energii. W trakcie rozbijania namiotu podchodzi
do mnie pies, w którym na szczęście nie poznaję psa dingo, a tym samym nie denerwuję
się. Dopiero po jego odejściu Tomek informuje mnie o tym fakcie, co wprawia mnie
w opóźnioną lekką panikę. Co prawda w tej okolicy psy dingo są podobno raczej
oswojone, ale ze słowem raczej, jak wiadomo, różnie bywa. Padnięci masą wrażeń
dzisiejszego dnia, praktycznie po przyłożeniu głowy do śpiwora, zasypiamy natychmiast.
|