|
5.10.2007
Uluru-Kata Tjuta National Park
Uluru
- Kata Tjuta National Park składa się z dwóch części:
Uluru (aborygeńska nazwa Ayers Rock) i Kata Tjuta (Olgas).
Jest on administrowany
przez Aborygenów. Za wjazd na teren parku płacimy po 25 $
od osoby dorosłej (dzieci do lat 16 bezpłatnie); bilet ten
jest ważny 3 dni. Zwiedzanie zaczynamy od pojechania pod
skały Kata Tjuta, leżące 45 km na zachód od bramy wjazdowej
parku. Nazwa ta w języku aborygeńskim oznacza wiele głów.
To potężne kopuły z czerwonego piaskowca, między którymi
biegną wąskie jary lub szersze doliny. Na wędrówkę po tym
miejscu wybieramy 7 kilometrowy szlak Valley of the
Winds Walk. Jest bardzo gorąco (ok. 38o C), choć wietrznie. Z powodu
gorąca nie da się jednak maszerować zbyt szybko, tym bardziej
że trasa jest raczej stroma. Po dojściu do pierwszego punktu
widokowego (po około 2,5 km) i po zrobieniu kilku zdjęć,
postanawiamy wrócić.
Po krótkim odpoczynku podjeżdżamy
pod najsłynniejszą skałę Australii. Uluru to potężny monolit z pomarańczowego
piaskowca,
który w zależności od pory dnia przybiera barwy od jasno
pomarańczowej aż po ciemnoczerwoną. W niektórych miejscach
w wyniku procesów erozyjnych wykształciły się w nim jaskinie,
zagłębienia, w części ozdobione aborygeńskimi naskalnymi
malowidłami. Objeżdżamy najpierw górę wokół samochodem. Robi
ona na nas niesamowite wrażenie swą wielkością, wielością
barw. Wydaje się, jakby biła z niej jakaś magiczna moc. Nic
dziwnego, że uznawana jest przez Aborygenów za świętą.
Z tego też powodu nie wchodzą oni na jej szczyt. My też nie
decydujemy się na ten wyczyn, zresztą i tak byłoby to dziś
niemożliwe, gdyż z powodu gorąca trasa zostaje zamknięta,
co zdarza się tutaj często. Tomek trochę żałuje. Dla mojego
lęku wysokości już samo patrzenie się na pionową ścianę,
po której po łańcuchach wspina się na górę, jest zupełnie
wystarczające i zapewnia odpowiednią dawkę adrenaliny.
Po napatrzeniu się na skałę z okien samochodu postanawiamy
zrobić sobie jakąś przechadzkę. Wybieramy najpierw bardzo
przyjemną 2 kilometrową trasę do Kantju Gorge (zwaną też
Mala Walk). Zaczyna się ona obok wejścia na wspinaczkę na
szczyt. Wędrówka ta jest naprawdę przyjemna. Mijamy wydrążone
w skałach jaskinie z malowidłami naskalnymi, oglądamy sobie
z bliska słynny monolit. Trasa na koniec prowadzi pod potężne
urwisko nad Kantju Gorge.
Potem robimy sobie jeszcze krótką 1 kilometrową przechadzkę
do nie wysychającego jeziorka Mutitjulu (Kuniya Walk ), w
którym według wierzeń Aborygenów mieszka Ancestral przodek
węża wodnego. Ta trasa jakoś jednak bardzo nas nie zachwyca.
Na koniec dnia jedziemy na punkt widokowy obejrzeć Uluru
o zachodzie słońca. Trochę śmiesznie wyglądamy na parkingu samochodowym w asyście kilkudziesięciu innych samochodów
czekających na moment przesłonięcia skały, ale tak to już
chyba jest z tego typu miejscami. Masa osób z aparatami skierowanymi
na skałę tym razem pewnie czuje się nie do końca usatysfakcjonowana,
gdyż Uluru spowijają chmury i efekt czerwono pomarańczowej
skały przy zachodzącym słońcu nie zostaje osiągnięty. Mimo
tego malutkiego zawodu zgodnie uznajemy, że dzisiejszy dzień
to jeden z najatrakcyjniejszych podczas naszego pobytu (wcześniej
za topową w naszej podróży uznaliśmy jeszcze Kangaroo Island
).
Rozbijamy po raz pierwszy podczas
naszej podróży namiot na polu kempingowym (36 $) i idziemy spać. W międzyczasie
mamy
małą awarię z wyładowaniem akumulatora do samochodu, ale
na szczęście problem ten szybko rozwiązujemy przy pomocy
pożyczonych od innego kempingowca klem.
|