|
24.09.2000
r. - Bryce Canyon
NP:
Wstajemy o
8:00. Wciąż jest przeraźliwie zimno. Dopiero później dowiadujemy
się, że w nocy było - 5°C. To zupełnie niespotykana pogoda
o tej porze roku w tym rejonie.
Postanawiamy
udać się na jakieś ciepłe śniadanko. Jemy je w Buffalo Java,
która mieści się w samym centrum Panquitch. Knajpka i znajdujący
się w niej ludzie zupełnie nas rozbrajają. Widzimy prawdziwych
kowbojów w kapeluszach i butach kowbojskich, którzy zajadają
się jajkami na bekonie. Jest bardzo swojsko i przyjemnie.
Kelnerka jak dobra ciocia mówi do wszystkich kobiet "hanny"
i "sweety", a Tomka nawet głaszcze po policzku.
Po
śniadaniu jedziemy do Bryce Canyon National Park.
Najpierw mijamy Red Canion, gdzie robimy
kilka zdjęć.
Red Canion
to przedsmak tego, co będzie czekać nas w Bryce. Czerwono-pomarańczowe
skały z piaskowca, porośnięte u swoich podnóży ciemno zielonymi
krzewami, sprawiają dosłownie bajkowe wrażenie. Jak się okaże
takie wrażenie będziemy odczuwać dziś niejeden raz.
W Bryce postanawiamy
zwiedzić najpierw wszystkie View Pointy. Zaczynamy od Sunrise
Point, aby zobaczyć skały w porannym świetle. To "hoodos"
("of African origin" - czyli pochodzenia afrykańskiego)
- skały o kształtach strzelistych wieżyczek, rozmaitych zwierząt
i innych dziwnych tworów, które mienią się w przeróżnych barwach:
od bieli, poprzez żółcie, ogniste pomarańcze po czerwień.
Są to skały wapienne, z piaskowca i osadowe, swą barwę zawdzięczają
tlenkom żelaza.
Z View Pointów
najbardziej podobają nam się: Sunset Point (z którego roztacza
się widok na Bryce Amphicater) oraz Aqua Canyon, Natural Bridge
i Inspiration Point. Polecamy w szczególności ten ostatni
- widok z niego jest naprawdę inspirujący, szczególnie w rannym
świetle, kiedy hoodos są jasno pomarańczowe.
Przejeżdżamy
z jednego View Pointa do drugiego, robiąc sobie koło nich
krótkie przechadzki po parku i pstrykając całą masę zdjęć.
Jest słonecznie, choć nie upalnie (ok. 15 - 17°C), niebo bez
jednej chmurki - taka pogoda dodatkowo dodaje uroku Bryce.
Jest to z pewnością jeden z parków, który urzeka nas najbardziej
Po View Pointach
jedziemy do mieszczącej się obok Sunrise Point knajpki coś
przekąsić, a potem udajemy się na wycieczkę Navajo
Loop Trail & Queen's Garden (4,6 km).
Schodzimy
w dół przez tzw. Wall Street, wąski kanion
z wysokimi ścianami skalnymi i pojedynczymi olbrzymimi jodłami,
które próbują dosięgnąć słońca. Widoki są wprost zwalające
z nóg! Kanion jest cały pomarańczowy i wygląda naprawdę indiańsko.
Robimy całą masę zdjęć.
Za
kanionem trasa się rozszerza. Mijamy lasek porośnięty sosnami
i jałowcami. Po bokach otaczają nas hoodos.
Wchodzimy do Queen's
Garden (ogródów królowej), w którym uwagę przykuwa
skała nazwana "królową Wiktorią". Jest bardzo przyjemnie.
Robimy sobie piknik w ogrodach i odpoczywamy. Skały są bardzo
kruche, po lekkim dotknięciu ich ręką odpadają poszczególne
kawałki wapienne.
Trasę kończymy w
Sunrise Point, gdzie kupujemy kartki i robimy
pranie w landromacie. Początkowo sprawia nam to trochę trudności,
lecz po krótkim przeszkoleniu przez miłą turystkę z Niemiec
uruchamiamy maszynę, wrzucając do niej 1,5 USD.
Zostawiamy
pranie i udajemy się do Sunset Point obejrzeć
zachód słońca. To urokliwe zjawisko, chociaż dochodzimy do
wniosku, iż bardziej Bryce podobał się nam w rannym słońcu.
Pomimo tego stwierdzamy, że spędziliśmy naprawdę miły dzień.
Dlatego też polecamy umieszczenie Bryce na liście zwiedzanych
miejsc.
Wracamy do prania,
jeszcze na chwilę pranie ląduje do suszarki i już mamy go
suche. Po raz kolejny zauważamy, że dla turystów Ameryka jest
bardzo przyjazna. Jest wiele udogodnień, których u nas jeszcze
brakuje.
Oprócz ww. landromatów,
można wymienić choćby bardzo dobrze zorganizowane miejsca
kempingowe, obsługę w parkach narodowych, całą sieć niedrogich
moteli oraz bardzo dobre drogi, w tym głównie autostrady.
Tylko dlatego wszyscy są w stanie pokonywać jednego dnia tak
duże odległości. Oczywiście trzeba przyzwyczaić się do odmienności
które tu panują (mile, stopnie Farenheita, stopy zamiast metrów
czy galony zamiast litrów), ale nie jest to takie trudne.
Noc spędzamy w tym
samym motelu co dnia poprzedniego. Zamierzamy wstać rano skoro
świt i jechać do Yellowstone National Park.
Jednakże z powodu
chłodu (w nocy znowu jest ok. -5°C) oraz pojawienia się niespotykanych
o tej porze roku śnieżyc w okolicach Yellowstone oraz po drodze
do niego, zmieniamy plany.
Pojedziemy najpierw
do Arches National Park, a dopiero później
do Yellowstone, gdyż za kilka dni ma się zdecydowanie ocieplić.
Uznajemy, że Arches ze swoim gorącym klimatem będzie lepszym
rozwiązaniem niż potworne zimno panujące aktualnie na północy.
|