17.09.2000 r.
przylot
18.09.2000 r.
San Francisco
19.09.2000 r.
Yosemite NP
20.09.2000 r.
Yosemite NP / Mono Lake
21.09.2000 r.
Sequoia NP
22.09.2000 r.
Las Vegas
23.09.2000 r.
Zion NP
24.09.2000 r.
Bryce Canyon NP
25.09.2000 r.
Arches NP
26.09.2000 r.
Yellowstone NP
27.09.2000 r.
Yellowstone NP
28.09.2000 r.
Grand Teton NP
29.09.2000 r.
Rocky Mountain NP
30.09.2000 r.
Santa Fe /
De Chelly NM
01.10.2000 r.
Mesa Verde NP
02.10.2000 r.
Monument Valley
03.10.2000 r.
Grand Canyon
04.10.2000 r.
Tombstone/ Saquaro NP
05.10.2000 r.
Joshua Tree NP/LA
06.10.2000 r.
San Francisco
07.10.2000 r.
wylot

23.09.2000 r. - Zion NP:

        Wstajemy rano. Jest pochmurno i wietrznie, aczkolwiek nie pada. Po złożeniu namiotu i zjedzeniu śniadania zaczyna jednak gwałtownie lać, co zmusza nas do udania się do Visitor Center na kawę celem przeczekania deszczu. Ok. 10:00 przestaje padać i się przejaśnia, aczkolwiek od rangera dowiadujemy się, że może to być chwilowe przejaśnienie.
        Niezrażeni tym udajemy się do Temple of Sinawa, skąd po krótkim namyśle postanawiamy podejść rzeką w stronę Narrows.

        Jest chłodno. Nieugięcie jednak chwilowymi przeciwnościami losu wchodzimy na bosaka do Virgin River. Należy bardzo uważać na kamienie, którymi pokryte jest dno rzeki. Żałując, że nie wzięliśmy jakiś klapek lub trampek, brodzimy w rzece, zmierzając w stronę Narrows. Pomimo zimna i wiatru jest naprawdę przyjemnie. Po obydwu bokach rzeki otacza nas wysoki kanion, który coraz bardziej się zwęża. Wody jest już po kolana.
        Dochodzimy do miejsca, gdzie woda gwałtownie się podnosi. Zaczyna coraz mocniej padać. Decydujemy się więc nie iść dalej i zawrócić. Pod koniec naszej wycieczki rozpadało się na dobre; na szczęście wzięliśmy nieprzemakalne kurtki.
        Obserwujemy bardzo piękne zjawisko - krople deszczu spadają ze szczytu skał przez które przedziera się jednocześnie słońce, sprawiając wrażenie, jakby fosforyzowało.

        Pogoda nie bardzo pozwala nam na zrobienie jakiejkolwiek wycieczki po górach, więc z pewnym żalem ok. 15:00 opuszczamy Zion National Park.
        Jedziemy do wschodniego wyjścia parku drogą Zion-Mount Carmel, podziwiając jeszcze otaczające nas widoki. Droga jest kręta, serpentyny wiją się w górę, zostawiając w dolinie kanion. Przejeżdżamy przez tunele zrobione w skałach.
        Widzimy m.in. Great Arch (Wielki Łuk), który wyżłobiony jest w skałach. Za tunelem widoki się zmieniają. To tzw. Canion Overlook. Skały są tu niższe i łagodniejsze niż w kanionie Zion, lecz są całe zryte przeróżnymi rysami, sprawiając wrażenie jakby przejechał po nich jakiś walec. Roślinność jest bardzo bujna i ogólnie wrażenie bardzo przyjemne.

        Wyjeżdżamy z parku i udajemy się drogą Nr 89 do Grand Canyon of the Colorado na jego północną część (North Rim). To ok. 118 mil. Tym razem czas nam będzie sprzyjał. Grand Canyon znajduje się bowiem z Arizonie, a tym samym będziemy cofać zegarki o 1 godzinę.
        Zatrzymujemy się na kampingu Kaibab Camper Village, który znajduje się 45 mil od North Rim (Północnej Krawędzi), gdyż z informacji wyczytanych po drodze dowiadujemy się, że w samym parku nie ma wolnych miejsc. Kamping jest słabo wyposażony, nie ma pryszniców i w ogóle nie sprawia bardzo zachęcającego wrażenia. Kosztuje 12 USD. Wiedząc, że nic innego nie znajdziemy - uiszczamy opłatę i rezerwujemy sobie miejsca. Zaraz po tym jedziemy po parku tak aby zdążyć na North Rim przed zachodem słońca.

        Przy wejściu do parku ranger załamuje nas nieco, stwierdzając, ze w nocy może być ok. - 5°C oraz bardzo wietrznie. Coraz mniej podoba nam się pomysł nocowania w namiocie. Na razie jednak o tym nie myślimy. Na North Rim docieramy ok. 17:40. Zachód ma być o 18:25. Jest chłodno i wietrznie, ale widoczność jest dobra, co w kanionie nie jest częste. Oglądamy kanion z różnych punktów widokowych, oraz z usytuowanej przy samej krawędzi przeszklonej Lodge.

        North Rim położony jest o ponad 300 m wyżej od South Rim, przez co jest bardziej odosobniony i mniej oblegany przez turystów. To, w jaki sposób kanion powstał, stanowi do dziś tajemnicę, gdyż opinie ekspertów są na ten temat rozbieżne. Najbardziej prawdopodobne wydaje się wyżłobienie widocznych dziś form skalnych w wyniku erozji spowodowanej wiatrem i cykliczną przemiennością wysokich i niskich temperatur.
        Widok kanionu z góry robi na nas spore wrażenie. Potężne skały, schodzące w dół kanionu, mieniące się w rozmaitych kolorach, od pomarańczy, czerwieni, po różnego rodzaju brązy. Właśnie po kolorach można rozpoznać poszczególne warstwy skał - te najciemniejsze to warstwy koryta rzeki Kolorado, które zaliczają się do najstarszych odkrytych skał na kuli ziemskiej.
        Z zachwytem oglądamy zachodzące słońce, które przemienia kanion w coraz to inne barwy. Już wiemy, ze pojedziemy również na południową krawędź, aby również z niej móc ujrzeć kanion.

        Na górze spotykamy sympatyczne małżeństwo z Teksasu, którzy bardzo zachęcają nas do odwiedzenia tego stanu uznając, że jest jednym z najpiękniejszych w USA. Pewnie tak, ale w ciągu 3 tygodni trudno wszystko zobaczyć. Ucinamy sobie z nimi przyjemną rozmowę i wymieniamy adresy mailowe.

        Z powodu zimna postanawiamy zmienić plany i nie nocować na wybranym kempingu. Chcemy na noc dojechać jeszcze do Bryce National Park, które jest niżej i w którym z pewnością będzie cieplej. Do Bryce, które leży w stanie Utah, mamy ok. 150 mil. Jedziemy na północ drogą Nr 67, a następnie Nr 89.
        Późnym wieczorem dojeżdżamy do Panquitch, które jest ok. 20 mil od Bryce, gdzie postanawiamy zostać na noc. Panquitch jest miłym miasteczkiem, zamieszkałym przez mormonów, w którym znajduje się aż 8 stacji benzynowych i ponad 20 moteli. Zatrzymujemy się przed pierwszym wolnym motelem (Nelson Motel), gdzie za 49 $ otrzymujemy pokój. Motel może nie jest najlepszej jakości, ale ma wszystko co mu potrzeba. Łazienkę, pokój (a właściwie dwa - bo mniejszych już nie było), a nawet kominek na gaz, który od razu zapalamy. Mimo to jest bardzo zimno, więc dodatkowo na noc opatulamy się śpiworami.

poprzednia strona do góry   następna strona