|
23.09.2000
r. - Zion NP:
Wstajemy rano.
Jest pochmurno i wietrznie, aczkolwiek nie pada. Po złożeniu
namiotu i zjedzeniu śniadania zaczyna jednak gwałtownie lać,
co zmusza nas do udania się do Visitor Center na kawę celem
przeczekania deszczu. Ok. 10:00 przestaje padać i się przejaśnia,
aczkolwiek od rangera dowiadujemy się, że może to być chwilowe
przejaśnienie.
Niezrażeni
tym udajemy się do Temple of Sinawa, skąd po krótkim namyśle
postanawiamy podejść rzeką w stronę Narrows.
Jest chłodno.
Nieugięcie jednak chwilowymi przeciwnościami losu wchodzimy
na bosaka do Virgin River. Należy bardzo uważać na kamienie,
którymi pokryte jest dno rzeki. Żałując, że nie wzięliśmy
jakiś klapek lub trampek, brodzimy w rzece, zmierzając w stronę
Narrows. Pomimo zimna i wiatru jest naprawdę przyjemnie. Po
obydwu bokach rzeki otacza nas wysoki kanion, który coraz
bardziej się zwęża. Wody jest już po kolana.
Dochodzimy
do miejsca, gdzie woda gwałtownie się podnosi. Zaczyna coraz
mocniej padać. Decydujemy się więc nie iść dalej i zawrócić.
Pod koniec naszej wycieczki rozpadało się na dobre; na szczęście
wzięliśmy nieprzemakalne kurtki.
Obserwujemy
bardzo piękne zjawisko - krople deszczu spadają ze szczytu
skał przez które przedziera się jednocześnie słońce, sprawiając
wrażenie, jakby fosforyzowało.
Pogoda nie
bardzo pozwala nam na zrobienie jakiejkolwiek wycieczki po
górach, więc z pewnym żalem ok. 15:00 opuszczamy Zion National
Park.
Jedziemy do
wschodniego wyjścia parku drogą Zion-Mount Carmel, podziwiając
jeszcze otaczające nas widoki. Droga jest kręta, serpentyny
wiją się w górę, zostawiając w dolinie kanion. Przejeżdżamy
przez tunele zrobione w skałach.
Widzimy m.in.
Great Arch (Wielki Łuk), który wyżłobiony jest w skałach.
Za tunelem widoki się zmieniają. To tzw. Canion Overlook.
Skały są tu niższe i łagodniejsze niż w kanionie Zion, lecz
są całe zryte przeróżnymi rysami, sprawiając wrażenie jakby
przejechał po nich jakiś walec. Roślinność jest bardzo bujna
i ogólnie wrażenie bardzo przyjemne.
Wyjeżdżamy
z parku i udajemy się drogą Nr 89 do Grand Canyon
of the Colorado na jego północną część (North Rim).
To ok. 118 mil. Tym razem czas nam będzie sprzyjał. Grand
Canyon znajduje się bowiem z Arizonie, a tym samym będziemy
cofać zegarki o 1 godzinę.
Zatrzymujemy
się na kampingu Kaibab Camper Village, który znajduje się
45 mil od North Rim (Północnej Krawędzi), gdyż z informacji
wyczytanych po drodze dowiadujemy się, że w samym parku nie
ma wolnych miejsc. Kamping jest słabo wyposażony, nie ma pryszniców
i w ogóle nie sprawia bardzo zachęcającego wrażenia. Kosztuje
12 USD. Wiedząc, że nic innego nie znajdziemy - uiszczamy
opłatę i rezerwujemy sobie miejsca. Zaraz po tym jedziemy
po parku tak aby zdążyć na North Rim przed zachodem słońca.
Przy wejściu
do parku ranger załamuje nas nieco, stwierdzając, ze w nocy
może być ok. - 5°C oraz bardzo wietrznie. Coraz mniej podoba
nam się pomysł nocowania w namiocie. Na razie jednak o tym
nie myślimy. Na North Rim docieramy ok. 17:40. Zachód ma być
o 18:25. Jest chłodno i wietrznie, ale widoczność jest dobra,
co w kanionie nie jest częste. Oglądamy kanion z różnych punktów
widokowych, oraz z usytuowanej przy samej krawędzi przeszklonej
Lodge.
North
Rim położony jest o ponad 300 m wyżej od South Rim,
przez co jest bardziej odosobniony i mniej oblegany przez
turystów. To, w jaki sposób kanion powstał, stanowi do dziś
tajemnicę, gdyż opinie ekspertów są na ten temat rozbieżne.
Najbardziej prawdopodobne wydaje się wyżłobienie widocznych
dziś form skalnych w wyniku erozji spowodowanej wiatrem i
cykliczną przemiennością wysokich i niskich temperatur.
Widok kanionu
z góry robi na nas spore wrażenie. Potężne skały, schodzące
w dół kanionu, mieniące się w rozmaitych kolorach, od pomarańczy,
czerwieni, po różnego rodzaju brązy. Właśnie po kolorach można
rozpoznać poszczególne warstwy skał - te najciemniejsze to
warstwy koryta rzeki Kolorado, które zaliczają się do najstarszych
odkrytych skał na kuli ziemskiej.
Z
zachwytem oglądamy zachodzące słońce, które przemienia kanion
w coraz to inne barwy. Już wiemy, ze pojedziemy również na
południową krawędź, aby również z niej móc ujrzeć kanion.
Na górze spotykamy
sympatyczne małżeństwo z Teksasu, którzy bardzo zachęcają
nas do odwiedzenia tego stanu uznając, że jest jednym z najpiękniejszych
w USA. Pewnie tak, ale w ciągu 3 tygodni trudno wszystko zobaczyć.
Ucinamy sobie z nimi przyjemną rozmowę i wymieniamy adresy
mailowe.
Z powodu zimna
postanawiamy zmienić plany i nie nocować na wybranym kempingu.
Chcemy na noc dojechać jeszcze do Bryce National Park,
które jest niżej i w którym z pewnością będzie cieplej. Do
Bryce, które leży w stanie Utah, mamy ok. 150 mil. Jedziemy
na północ drogą Nr 67, a następnie Nr 89.
Późnym wieczorem
dojeżdżamy do Panquitch, które jest ok. 20 mil od Bryce, gdzie
postanawiamy zostać na noc. Panquitch jest miłym miasteczkiem,
zamieszkałym przez mormonów, w którym znajduje się aż 8 stacji
benzynowych i ponad 20 moteli. Zatrzymujemy się przed pierwszym
wolnym motelem (Nelson Motel), gdzie za 49 $ otrzymujemy pokój.
Motel może nie jest najlepszej jakości, ale ma wszystko co
mu potrzeba. Łazienkę, pokój (a właściwie dwa - bo mniejszych
już nie było), a nawet kominek na gaz, który od razu zapalamy.
Mimo to jest bardzo zimno, więc dodatkowo na noc opatulamy
się śpiworami.
|