|
21.09.2000
r. - Sequoia NP:
Tym razem
nie wstajemy zbyt wcześnie - ok. 8:20 i po szybkim śniadanku
ruszamy do parku. Najpierw do Visitor Center po cenne mapki
parku. W Sequoia National Park postanawiamy spędzić kilka
godzin, tak aby na wieczór dotrzeć jeszcze do Las Vegas. Decydujemy
się na obejrzenie kanonów w parku, zakładając, iż resztę,
tj, góry z ich podobieństwem do tych w Yosemite, możemy odpuścić.
Ruch na rzecz
terenu należącego dziś do Sequoia National Park został zapoczątkowany
przez Johna Muira, tego samego, który rozpoczął działania
zmierzające do ochrony Yosemite Valley. To właśnie jego oraz
Georga W. Stewarda zasługą było podpisanie w 1890 r. przez
Prezydenta Benjamina Harrisona dokumentu o utworzeniu Sequoia
National Park.
Park to przede
wszystkich olbrzymie sekwoje, chociaż nie brak też innych
drzew, tj. sosen, świerków czy cedrów. Zamieszkują go różnego
rodzaju zwierzęta, m.in.: kojoty, niedźwiedzie, rysie amerykańskie
oraz łasice. Sekwoje robią jednak największe wrażenie, ze
względu na swoje gigantyczne rozmiary.
Postanawiamy
zobaczyć najstarszą z nich - General Sherman Tree,
która zlokalizowana jest w Giant Forrest. Przechadzamy się
wśród gigantycznych drzew, których wielkość robi na nas imponujące
wrażenie. To najwyższe drzewa, jakie do tej pory w życiu widzieliśmy.
Jak się jednak okazuje, sekwoje nie są największe na świecie;
najwyższymi są bowiem drzewa redwoods, które rosną nad Pacyfikiem
w Północnej Kalifornii.
General Sherman
Tree, pomimo, iż nie jest drzewem najwyższym ani najszerszym,
uważane jest za najstarsze drzewo na świecie o takich rozmiarach.
Waży 2,7 milionów funtów i ma ok. 2.100 lat. Jest wysokie
na 275 stóp (około 84 metrów) i wciąż rośnie. Robi faktycznie
niesamowite wrażenie - wielki kolos, przy którym człowiek
to prawie nic nie znaczący punkcik.
Wiele sekwoi
w parku ma nadpaloną korę - to znak, że przez swoje 2.000
lat istnienia przeszły sporo pożarów. Sekwoje są bowiem odporne
na ogień i nie doznają spalenia. Również nie umierają, mogą
co najwyżej przewrócić się ze starości.
Takim właśnie
przykładem zwalonej sekwoi jest Tunnel Log,
do którego zmierzamy po krótkim spacerku po gaju sekwoi.
W Tunnel Log
został wydrążony przejazd dla samochodów, po tym jak w 1937
roku zwaliła się ona na drogę.
Robimy pamiątkowe
zdjęcia i ruszamy dalej zobaczyć łąkę Crescent Meadow.
Łąka ze względu na porę roku nie robi na nas piorunującego
wrażenia, chociaż podobno wiosną jest prześliczna - cała obsypana
mieniącymi się najróżniejszymi barwami kwiatami niejednych
zachwyca.
Po niej następny
cel to Moro Rock. Jest to granitowy monolit
należący do pasma Sierra Nevada. Góra ta ma wysokość 6.725
stóp (2.050 m) i wchodzi się na nią po ok. 400 schodkach.
Po 15 minutach szybkiego marszu jesteśmy na górze. Niestety
mamy tylko jedno zdjęcie, gdyż filmy zostały na dole! Podejmujemy
trudną decyzję co tu sfotografować, gdyż widoki z Moro Rock
są bardzo imponujące na wszystkie cztery strony świata. Tomek
wreszcie decyduje się i powstaje fotka na Giant Forest. Schodzimy
na dół, gdzie robimy mały piknik.
Zaliczamy
jeszcze Auto Log, zwaloną sekwoję, na którą
mogą wjeżdżać samochody i ruszamy w drogę. Jedziemy drogą
Nr 198 do południowej granicy parku. Droga jest kręta, tak
że jedziemy wolno, rozkoszując się widokami parku. Po drodze
zatrzymują nas na ok. 20 min roboty drogowe. Pewnie będą robić
asfalt, gdyż do tej pory jest to droga szutrowa. Mijające
nas ciężarówki rozniecają niesamowitą ilość pyłu i kurzu,
co powoduje, że czujemy się zupełnie jakbyśmy byli nie w parku
narodowym, ale raczej na rajdzie Paryż-Dakar.
Wreszcie wyjeżdżamy
z parku. Zdążamy na południe drogą Nr 65 w stronę Lindsay,
by stamtąd przebić się drogą Nr 137 na autostradę Nr 99. Tomek
chcąc nadrobić wolne tempo podczas wyjazdu z Sequoia National
Park postanawia zwiększyć prędkość. Jedziemy ok. 75 mil (dozwolone
jest 65), przed nami jedzie wiodący samochód z taką samą prędkością.
I nagle widok
jak z amerykańskiego filmu - jadący z przeciwnej strony patrol
policji nagle zawraca "na ręcznym" i z piskiem opon
zdąża za naszym prowadzącym delikwentem. My też zatrzymujemy
się na wszelki wypadek, bo nie wiemy kogo patrol faktycznie
ścigał. Z policyjnego samochodu wysiada prawdziwy amerykański
szeryf, dając nam znak ręką, że my możemy jechać, a sam zajmuje
się naszym pędzącym kolegą.
Oddychamy
z ulgą. Historyjka ta uczy nas jednak, że w USA przekraczanie
prędkości jest niedozwolone i że trzeba uważać. Ciekawe jaki
mandat dostał nasz kolega - Nie chcemy o tym nawet myśleć.
Teraz droga
jest bardzo dobra. Jedziemy na południe HNr 99 w stronę Bakersfield,
a potem na wschód HNr 58, oglądając przy okazji zmieniający
się pod wpływem klimatu krajobraz. Mijamy pustynię Mojave.
Już nie widać bujnej roślinności, która nas otaczała dotychczas.
Są stepy, gołe pola i pełno piachu. To znak, że za chwilę
opuścimy Kalifornię, by wjechać do Nevady.
Po
drodze mijają nas słynne amerykańskie ciężarówki, z wybłyszczonymi
kabinami, które robią naprawdę niezłe wrażenie. Ciężarówki
będą zresztą przez całą podróż naszymi częstymi sąsiadami
na drogach.
Po przejechaniu
pustyni Mojave dojeżdżamy do miasteczek otaczających Las Vegas,
które przedstawiają nam przedsmak stolicy kasyn i hazardu.
Neonowe reklamy, wymyślne formy architektoniczne otaczają
nas wszędzie, zachęcając do zatrzymania się. My jednak pędzimy
w stronę miasta, o którym krążą tak przeciwstawne opinie -
od stolicy największego kiczu po ekscytujące zjawisko, którego
nigdzie nie można spotkać.
Las
Vegas jest jednym i drugim. Po zatrzymaniu się w
hotelu Rodeway Inn (43 USD za pokój), znajdującym się w samym
centrum miasta (Tropicana Avenue 16), ruszamy na jego podbój.
Jesteśmy zmęczeni (do miasta dojechaliśmy o 21:30), cały dzień
był bardzo intensywny, lecz mimo wszystko nie chcemy ominąć
tej atrakcji.
Vegas szokuje
całą masą znajdujących się w nim zjawisk - wykonanymi kopiami
całych miast (Paryża, Nowego Yorku czy Wenecji), najbardziej
ekskluzywnymi hotelami na całym świecie (Exalibur, MGM Grand
czy Cesar's Palace), całym mnóstwem neonów, reklam. Przede
wszystkim szokuje jednak niezliczoną ilością kasyn - są wszędzie,
o niebotycznych wręcz rozmiarach. Skonstruowane w ten sposób,
że po wejściu do nich trudno znaleźć drzwi wyjściowe - czujesz
się jak w labiryncie, z którego nie jesteś w stanie się wydostać.
A wszystko to po to, byś po prostu w nich pozostał jak najdłużej
i wydał jak najwięcej pieniędzy.
Najwięcej
atrakcji znajduje się na tzw. Strip, miejsca,
w którym w 1946 r. Gangster Bugsy Siegel otworzył Flamingo
- pierwsze kasyno połączone z hotelem.
W związku
z tym, iż kasyno odniosło natychmiastowy sukces finansowy,
Vegas zostało wręcz zasypane niezliczoną ilością nowych kasyn
oraz hoteli. Po to, aby przyciągnąć coraz to nowych klientów,
Las Vegas zachęca również innymi argumentami najtańszymi
w Stanach Zjednoczonych hotelami, wypożyczalniami samochodów
czy restauracjami. Jedyne, na co można wydać tutaj niezliczoną
ilość pieniędzy - to oczywiście hazard.
Postanawiamy
zwiedzić po kolei co sławniejsze z kasyn, oglądając jednocześnie
pozostałe atrakcje oferowane nam na Strip - m.in.: kompleks
New York New York, będący miniaturą Manhattanu,
przed którą umieszczono dodatkowo Statuę Wolności. Obiekt
ten można obejrzeć z góry, wsiadając do pędzącej ze sporą
szybkością kolejki górskiej Manhattan Express.
Oglądamy również
Treasure Island (wyspę skarbów), miejsce,
gdzie piracki galeon walczy codziennie z brytyjską fregatą
oraz inne obiekty oferowane nam przez to miasto. Podoba nam
się zrobiona kopia Wenecji oraz mieszczące
się w Caesar's Palace kasyno w kształcie
miniaturki Las Vegas.
Włóczymy się
po mieście do 3.00 nad ranem, wstępując co do ciekawszych
miejsc. Nie decydujemy się wydać naszego majątku w kasynie,
poprzestając jedynie na kilku partyjkach na jednorękim bandycie.
Ogólnie Vegas nas nie powala, choć uznajemy, iż warto go było
zobaczyć ten jeden raz w życiu.
|