|
19.09.2000
r. - Yosemite NP:
Wstajemy wcześnie.
Zbieranie się zajmuje nam trochę czasu. Po śniadaniu i zrobieniu
zakupów w supermarkecie - ruszamy w dalszą drogę. Nasz cel
to Yosemite National Park, który oddalony
jest od SF o ok. 180 mil. Z Oakland wyjeżdżamy na wschód autostradą
H580, która następnie zmienia się w H205. W okolicach Monteca
wjeżdżamy na drogę Nr 120, która dojeżdża do samego parku.
Jesteśmy podekscytowani.
To nasz pierwszy park narodowy w Stanach. Kupujemy bilet wstępu,
który upoważnia do wjazdu do wszystkich parków narodowych
na terenie USA. Bez względu na ilość osób w samochodzie osobowym
bilet kosztuje 50 USD, co jest dla nas bardzo pozytywną informacją.
Park jest cudowny!
Nie sposób oddać słowami jego uroku - zewsząd wystają potężne
dęby, cedry i świerki, poprzecinane wodospadami, monumentalnymi
górami i skałami. Park jest zamieszkały przez jelenie, kojoty
oraz, co szczególnie nas zainteresowało, przez niedźwiedzie.
Początkowo okolice
Yosemite zajmowali Indianie, ale w połowie XIX w. zostali
wypędzeni przez farmerów. Farmerów wkrótce zastąpili leśnicy,
a tych ostatnich - turyści. W 1864 r. Yosemite stał się parkiem
narodowym w Stanach.
Sercem
Yosemite National Park jest dolina Yosemite - Yosemite
Valley. Dolina otoczona jest stromymi skałami o wysokości
ok. 800 m, poprzecinanymi wodospadami. Na dnie doliny rozpościerają
się przepiękne łąki.
Postanawiamy poczuć
trochę atmosferę parku i udać się na wędrówkę do Upper
Yosemite Falls. Jest bardzo gorąco, ok. 35°C. Wędrówkę
rozpoczynamy z kempingu Sunnyside, znajdującego się za Yosemite
Lodge. Droga jest stosunkowo męcząca, jest to bowiem wspinaczka
po dosyć stromym zboczu. Trudy rekompensują nam jednak piękne
widoki na leżącą u stóp dolinę.
Widzimy też Half
Dome - najbardziej stromą górę w Ameryce Północnej.
Jej stok odchylony jest zaledwie o 7° od pionu. Pstrykamy
tam prawie cały film.
Po ok. 2,5 kilometrach
docieramy do pierwszego widoku na wodospad, który o tej porze
roku jest jednak zupełnie wysuszony. Widać jedynie wydrążone
w skale strugi. Na szczyt wodospadu nie udaje nam się dotrzeć,
gdyż z powodu spadających skał dalsza trasa została zamknięta.
Trochę żałujemy, ale i tak zaliczamy wycieczkę do udanych.
Po zejściu w dół
doliny próbujemy znaleźć kemping, co nie jest proste. Wszystkie
kampingi w dolinie są pełne, co oznacza, że musimy szukać
dalej. Wreszcie ok. 19:20 udaje nam się coś znaleźć. Kamping
nazywa się White Wolf i mieści się w północno-środkowej części
parku.
Bardzo nam się podoba.
Jest on umieszczony w lesie, poszczególne miejsca postojowe
są oddalone od siebie o co najmniej 50 m, każde miejsce ma
swój numerek, posiada również specjalne palenisko i (co wzbudza
naszą główną uwagę) specjalny pojemnik "na misie".
Jest to metalowy pojemnik, do którego należy włożyć na noc
cały zapas jedzenia oraz kosmetyków, a następnie zamknąć.
Wtedy jest pewność, że misie nie zniszczą samochodu, co w
Yosemite zdarza się dosyć często.
Tomek straszy mnie
nocną wizytą misia, wzbudzając we mnie lekki dreszczyk emocji.
Rozbijamy namiot, co zajmuje nam sporo czasu, gdyż wyszliśmy
z wprawy, a zapada już zmrok.
Na kampingu nie
ma żadnej obsługi. Zostawia się 10 USD w specjalnej kopercie,
którą ranger rano zabiera. Robimy kolację, na którą składa
się zupka z puszki i herbata. Po krótkiej przechadzce idziemy
spać. W nocy jest przeraźliwie zimno, na oko w okolicach poniżej
0°C. Opatulamy się dodatkowo w polary i tak kończy się nasz
3 dzień podróży.
|