|
7.10.2000
r. - wylot:
Wstajemy rano
i przystępujemy do pakowania naszego dobytku. W związku z
tym, że samolot mamy o 15:30, postanawiamy pojechać na lotnisko,
odprawić się i zostawić bagaże a potem pojechać do miasta.
Chcemy zobaczyć jeszcze Golden Gate oraz dzielnicę Castro.
Niestety na
lotnisku spotyka nas niemiła informacja, iż odprawa będzie
możliwa dopiero po 12:00. Jesteśmy wściekli, gdyż przez przyjazd
na lotnisko niepotrzebnie straciliśmy mnóstwo czasu. W dodatku
jesteśmy makabrycznie głodni.
Humor
poprawia nam dopiero wyśmienite śniadanko w knajpce na Haight
- Ashbury. Knajpka jest cała kolorowa, zapełniona
bardzo ciekawymi typami ludzkimi od czerwono-zielonych punków,
po panie ze śmiesznie poubieranymi pieskami. Jest w niej gwarno,
tłoczno i zupełnie swobodnie.
Po sycącym
śniadanku jedziemy ostatni raz przez Haight - Ashbury. Również
za dnia ma ona niecodzienny urok, choć nocą uczucie to się
potęguje.
Chcemy jeszcze
dojechać do Golden Gate, ale po kilkunastu
minutach maksymalnego korka, z żalem zawracamy.
Nie mając
zbyt wiele czasu (nieubłaganie zbliża się czas naszej odprawy),
postanawiamy przejechać jeszcze jedynie przez Castro
- dzielnicę homoseksualistów, jedną z najbardziej kontrowersyjnych
dzielnic w San Francisco.
Ze względu
na AIDS, Castro nie jest już takie jakie było jeszcze 10 lat
temu, chociaż wciąż mieszka tutaj sporo gejów i lesbijek.
Pomimo tego, że San Francisco okrzykuje się stolicą homoseksualistów
(około 1/3 społeczności to geje), nie widać tego w centrum,
skupiają się w bocznych dzielnicach, z Castro włącznie.
Przejeżdżamy
Castro, na nim żegnając się z San Francisco i praktycznie
z Ameryką. Jeszcze tylko wizyta w Alamo celem oddania samochodu
(czynność ta trwa kilka minut, jak zakup paliwa czy bułek
w sklepie) i już jesteśmy na lotnisku.
Odlatujemy
dokładnie o 15:30 czasu miejscowego. Po ok. 9 godzinach jesteśmy
już w Mediolanie, z którego po 2 godzinach odlatujemy do Warszawy.
Tak zakończyła się nasza podróż po Ameryce.
Podsumowanie
W ciągu naszych
3 tygodniowych wakacji po zachodniej części Stanów Zjednoczonych
przejechaliśmy ok. 11.500 km, odwiedziliśmy 9 stanów, 12 parków
narodowych, 3 naturalne monumenty, kilkadziesiąt miast i miasteczek,
zobaczyliśmy sporo innych niesamowitych zjawisk.
Przebywaliśmy
w przeróżnych klimatach (od -7oC do 40oC),
na różnych wysokościach (od płaskich równin po górskie ponad
4.000 metrowe masywy skalne).
Staraliśmy
się przynajmniej w części poznać klimat i koloryt zachodniej
Ameryki, oraz ludność ją zamieszkującą - od jej rdzeniów -
Indian Anasazi, po dzisiejszych Indian Navaho; ludzi gorącego
południa, Meksykanów, Hiszpanów, amerykańskich farmerów i
kowbojów, po społeczność miejską.
Przeżyliśmy
wspaniałą przygodę, a wspomnienie po Ameryce na długo pozostanie
w naszej pamięci i wyobraźni.
|