|
6.10.2000
r. - San Francisco:
Wstajemy rano
i opuszczamy nasz makabryczny motel tak szybko jak to jest
możliwe. Udajemy się do San Francisco, miasta
w którym rozpoczynaliśmy naszą wyprawę.
Początkowo
jedziemy słynną drogą Nr 1, wijącą się praktycznie aż do San
Francisco wzdłuż wybrzeża. Padający deszcz i słaba widoczność
psują nam trochę urok mijającego nadmorskiego krajobrazu.
Dodatkowo wielki korek panujący na drodze zniechęca nas do
kontynuowania podróży tą trasą.
Po dojechaniu
do Malibu zbaczamy więc z drogi Nr 1 i udajemy się w kierunku
autostrady Nr 5, którą po kilku godzinach dojeżdżamy do samego
SF. Zatrzymujemy się w znajomym już motelu Nr 6 w Okland.
Po wypakowaniu rzeczy ok. 17:00 jedziemy do miasta.
Chcemy nadrobić
niedosyt, jaki mieliśmy z pierwszego dnia pobytu i poczuć
mocniej klimat tego miasta, które nas tak urzekło.
Tym razem
jedziemy do oddalonej o 2 mile na zachód od centrum dzielnicy
Haight - Ashbury. Dzielnica ta w latach 60-tych
przeobraziła się w centrum kontrkultury młodzieżowej. Pojawiły
się tam księgarnie radykalnych autorów, popularne kafejki,
sklepy muzyczne i sklepiki z używanymi ciuchami. To tutaj
mieszkała Janis Jopplin i wielu innych hipisowskich wykonawców.
Pomimo tego,
że lata największego rozkwitu Haight - Ashbury ma już za sobą,
nadal pozostaje w niej duch tamtych czasów. Przechadzając
się wśród domków w stylu wiktoriańskim, spotyka się najbardziej
dziwacznych ludzi na świecie, którzy napawają się wolnością,
jaką oferuje Ameryka. Haight - Ashbury ma niesamowity klimat,
który trzeba poczuć, w którym trzeba trochę poprzebywać.
Na pewno te
kilka godzin, które my na to mieliśmy nie jest wystarczające,
ale daje przynajmniej przedsmak tej innej części San Francisco
- bardziej żywej, uduchowionej, barwnej.
W Haight -
Ashbury wstępujemy też do niezłego sklepu płytowego, gdzie
nabywamy kilka fajnych płyt.
Za namową
napotkanego Amerykanina postanawiamy pójść na kolację do mieszczącej
się przy 1805 Haight Street kubańskiej restauracji Cha Cha
Cha. Knajpka rzeczywiście ma niesamowity klimat - porozwieszane
w niej obrazki świętych, różnego rodzaju ozdoby, nadają jej
bardzo oryginalny, niepowtarzalny charakter.
A jedzenie,
które nam zaoferowano, to po prostu rozkosz! Umieszczamy tę
restaurację na liście jednej z najlepszych w naszym życiu.
Co prawda kolacja nie była tania (ok. 40 USD na 2 osoby),
ale była warta tych pieniędzy. Zajadamy się super wielkimi
małżami, oraz następnie wybornymi mięsami, popijając to ponczem
z Sangrii i owoców. Wprawia to nas w cudowny nastrój, który
wynagradza nam nieprzyjemności dnia wczorajszego, związane
z okropnym motelem w LA. W świetnych humorach wracamy do motelu
i idziemy spać.
|