|
5.10.2000 r.-
Joshua Tree NP/LA:
Wstajemy rano
(ok. 6:20) i ruszamy do Joshua Tree National Park,
do którego dojeżdżamy po niespełna godzinie.
Park położony
jest na obszarze dwóch pustyń (z zachodniej strony Pustyni
Desert oraz ze wschodniej - Pustyni Kolorado). Otoczony jest
ze wszystkich stron pasmami górskimi: Little San Bernardino,
Pinto, Coxcomb, Eagle oraz Cottonwood Mountains.
Park powstał
celem ochrony niezwykłych gatunków drzew, które są niszczone
przez tutejszy klimat. Wysokie temperatury, susza oraz duże
zasolenie gleb to główne przyczyny, z którymi rośliny te muszą
się zmagać. Nazwą swą park zawdzięcza Mormonom, którzy widząc
powykręcane we wszystkie strony gałęzie drzew skojarzyli je
z wyciągniętymi ramionami Jozuego prowadzącego lud wybrany
do Ziemi Obiecanej.
Postanawiamy
przejechać park od jego wejścia południowego do wejścia północno-zachodniego,
zatrzymując się w co ciekawszych miejscach na krótką przechadzkę.
Jedziemy trasą Pinto Basin Road, a następnie - Park
Boulevard.
Pierwszy przystanek
robimy przy Ocotillo Patch - miejsca, gdzie
rosną bardzo ciekawie wyglądające kaktuso-podobne rośliny,
rozgałęzione na rożne strony. Niektóre z nich dodatkowo kwitną
na czerwono.
Następnie
udajemy się do Cholla Cactus Garden, okolicy
rozsianej intensywnie zielonymi kaktusami, które są bardzo
urokliwe. Nie tak wielkie jak w Saquaro (mają co najwyżej
1,5 m wysokości) ale są bardziej urozmaicone, o ciekawszych
kształtach. Już wiemy, ze Joshua Tree spodoba się nam bardzo,
choć nie widzimy jeszcze wszystkiego.
Do kolejnych
obiektów przejeżdżamy obok kampingów, w tym interesującego
Jumbo Rock, położonego pośród głazów skalnych i drzew Joshua,
które zaczynają wyłaniać się nam w całej okazałości.
Faktycznie,
mają w sobie coś majestatycznego, wyciągając swe gałęzie w
górę i rozszczepiając je na różne strony przywodzą swym wyglądem
różne skojarzenia. Były to drzewa, których widoku się nie
zapomina. Szczególnie na tle skalnych głazów przedstawiają
się bardzo urokliwie.
Możemy
je podziwiać w całej okazałości przejeżdżając obok Queen
Valley oraz Lost Horse Valley.
Po krótkiej
sesji fotograficznej, jedziemy dalej. Zbaczamy na chwilę z
Park Boulevard i udajemy się na przejażdżkę do Keys
Viev (1.581 m n.p.m.), z którego widok jest również
intrygujący. Z punktu tego widzimy bowiem w całej okazałości
pustynię z piaskowymi brunatnymi wydmami, pokrytą gdzieniegdzie
drzewami Joshua.
Joshua Tree
National Park robi na nas duże wrażenie, będąc jakby pomostem
pomiędzy zielonymi parkami takimi jak Yosemite czy Yellowstone,
a zupełną pustynią - czyli Arches. Na pewno warto go odwiedzić
i choć przez chwilę porozkoszować się jego widokiem.
Opuszczamy
park z pewnym żalem, gdyż jest to już nasz ostatni park narodowy
w trakcie tej podróży i w ogóle nasza podróż powoli zbliża
się do końca.
Do Los
Angeles, które jest naszym następnym celem, jedziemy
autostradą Nr 10. Do Miasta Aniołów dojeżdżamy ok. 13:30.
Już przed
wjazdem do miasta, oczom naszym ukazuje się ogromny smog,
który się nad nim unosi, co nie wygląda zbyt zachęcająco.
Zwiedzanie
rozpoczynamy od Śródmieścia, w którym najpierw
w Chinatown jemy całkiem smaczny obiad (12,80 USD za 2 osoby).
Już od pierwszej chwili Śródmieście nie robi na nas imponującego
wrażenia i tak pozostanie do końca jego zwiedzania. Przechadzając
się po nim czuje się, że wszystkie te budowle są bez wyrazu,
że nie ma ono żadnego ducha, żadnej koncepcji.
Sterczące
bezbarwne biurowce w Dzielnicy Finansowej,
poprzeplatane uliczkami ze sklepami nie sprawiają imponującego
wrażenia. Nawet fakt, iż przechodzimy przez słynną Road
66 - nie zmienia uczucia zawodu.
Podczas przechadzki
po Śródmieściu udajemy się pod Ratusz, najwyższy
budynek w mieście, z którego z tarasu oglądać można panoramę
miasta.. Niestety z powodu remontu, ratusz jest zamknięty.
W trakcie
dalszego spaceru oglądamy m.in.: budynek, w którym mieści
się siedziba Los Angeles Times, wieżowiec Kalifornia Plaza
(budowa jego pochłonęła miliard dolarów) oraz Muzeum
Sztuki Nowoczesnej MOCA, które w zamierzeniach architektów
miał być małą wioską w dolinie drapaczy chmur. Zdecydowanie
im się nie udało.
Następnie
przechadzamy się po handlowej dzielnicy LA- Brodway,
rozbrzmiewającej wszędzie Salsą, gwarem sprzedawców i ogólnym
rozgardiaszem. Tu już bardziej czuje się życie, a już najmocniej
można go poczuć w hali targowej Grand Central Market,
gdzie za bardzo tanie pieniądze można zrobić spożywcze zakupy
oraz przez chwilę pobyć w tym ogólnym chaosie jaki tam panuje.
Hala jest bardzo fajna, zapełniona tłumem ludzi, gwarem i
całą masą asortymentu, począwszy od owoców, wędlin i serów,
a skończywszy na takich wymyślnych specjałach jak peklowane
nóżki wieprzowe czy owcze móżdżki.
Po Śródmieściu
i Brodwayu jedziemy w stronę mitycznego Hollywood,
tyle razy oglądanego w filmach. Najpierw udajemy się do miejsca,
które najbardziej przyciąga turystów - czyli słynnej Alei
Gwiazd, gdzie sławy nie tylko aktorskie w betonie
odciskały swoje stopy i dłonie. Aleja ta znajduje się na Hollywood
Boulevard 9625 i prowadzi do budynku Chinese Theater.
Aleja Gwiazd
to kilkadziesiąt nazwisk z odciśniętymi przez nie stopami
i dłońmi, ułożonych ciasno jedna obok drugiej. Początkowo
gwiazdy umieszczały swe odciski na placu przed Chinese Theater,
ale w późniejszym okresie z powodu braku miejsc podpisy następnych
sław zaczęły być umieszczane poza placykiem, po prostu na
chodniku wzdłuż Hollywood Boulevard.
Zrezygnowano
jednak (a szkoda) z odcisków stóp i dłoni, oraz z autentycznych
podpisów gwiazd, poprzestając na umieszczeniu na znaku gwiazdy
imienia i nazwiska aktora (lub innej sławnej osoby - piosenkarzy
itp.).
Po krótkiej
sesji fotograficznej (ja przed odciskiem Marylin Monroe, a
Tomek - Al Pacino), udajemy się w poszukiwaniu dalszych atrakcji.
Oglądamy słynny
napis HOLLYWOOD na wzgórzach; budynek Frederick's
of Hollywood (dostarcza on bieliznę wszystkim hollywoodzkim
boginiom seksu oraz mieści się w nim muzeum bielizny, którą
poszczególne gwiazdy nosiły w filmach), Roosvelt Hotel
(to w nim w 1929 r. odbyła się po raz pierwszy uroczystość
wręczenia Oskarów), ale i one nie robią na nas oszałamiającego
wrażenia.
Wyobrażaliśmy
sobie, że oglądanie Hollywood będzie interesującym zjawiskiem,
ale tak jednak nie jest. Przez cały czas jego zwiedzania towarzyszy
nam pewne uczucie niedosytu oraz przekonanie, że dzisiejsze
Hollywood nie jest już tak atrakcyjne jak w latach swojej
prosperity.
Pewnie gdybyśmy
wybrali się na wycieczkę do Universal Studios Hollywood,
poczulibyśmy więcej tej magii, ale po pierwsze wycieczka zajmowała
prawie cały dzień, a po drugie kosztowała 60 USD od osoby,
więc rezygnujemy.
Następnie
udajemy się do Beverly Hills, najbogatszej
i najbardziej ekskluzywnej dzielnicy miasta.
Faktycznie,
dzielnica ta robi spore wrażenie. Jeszcze nigdy nie widzieliśmy
takiego bogactwa i komfortu, jakie przedstawia Beverly Hills.
Jednocześnie wszystko to jest na tyle gustowne, bez niepotrzebnej
przesady, że nie sprawia wrażenia kiczu.
Przejeżdżamy
przez Rodeo Drive mijając luksusowe sklepy
wszystkich znanych projektantów i kreatorów oraz przez Sunset
Strip, najsłynniejszą w LA ulicę będącą miejscem
nocnych rozrywek.
Mieści się
na niej niezliczona ilość kafejek, restauracji, hoteli i klubów
nocnych, pod które wieczorami podjeżdżają luksusowe limuzyny,
porsche'a czy Rolls-Royce. John Belushi będąc w LA mieszkał
w domku przy Sunset Strip, w którym zmarł z powodu przedawkowania
heroiny.
Oglądamy również
pałacowe rezydencje gwiazd położone powyżej
Sunset Boulevard na zboczach górskich, w palmowej scenerii.
To tutaj mieszkały filmowe legendy, takie jak: Marylin Monroe,
Rudolf Valentino, Greta Garbo, Fred Astaire czy Frank Sinatra.
Wiele z dzisiejszych hollywoodzkich gwiazd wybrało właśnie
Beverly Hills lub jego okolice jako miejsce swego zamieszkania.
Mieszkają w nim m.in.: Steven Spielberg, Nicole Kidman &
Tom Cruise, Michael Douglas, Tom Hanks, Dustin Hoffman, Harrison
Ford, John Travolta, Elizabeth Taylor, Barbara Streisaind,
Sharon Stone, Bruce Willis, Demi Moore, Jack Nicolson, Marlon
Brando, Warren Betty & Anette Being czy Madonna.
Rzeczywiście,
tyle tak ogromnych rezydencji zebranych obok siebie nigdy
nie widzieliśmy i pewnie już nigdy nie zobaczymy. Robi to
naprawdę imponujące wrażenie.
Okolice Beverly
Hills często służyły ekipom filmowym do kręcenia w nich zdjęć.
Przy budynku Nr 1011 na Beverly Drive, obok którego przejeżdżamy,
powstał "Ojciec Chrzestny". W Beverly Hills i okolicach
kręcono też m.in. "Beverly Hills 90210", "Pretty
Woman" czy Get Shorty" ("Na skróty").
W Beverly
Hills zdarzały się też inne spektakularne wypadki, które poznawał
następnie cały świat: przyłapanie przez policję Hugh Granta
z prostytutką, samobójstwo (czy morderstwo) Marilyn Monroe
w jej mieszkaniu przy Helena Drive, czy popełnienie przez
bandę Mansona zbiorowej zbrodni na gościach domu Nr 100050
przy Cielo Drive (gdzie zginęła również żona Romana Polańskiego,
Sharon Tate).
Dziś podobne
zbrodnie raczej nie mają szans się wydarzyć, gdyż wszystkie
rezydencje strzeżone są przez uzbrojonych ochroniarzy.
Po Beverly
Hills udajemy się do leżących nad Oceanem Spokojnym nadmorskich
kurortów: Venice i Santa Monica,
z których przez pierwszą jedynie przejeżdżamy, a w drugiej
zatrzymujemy się na wieczór.
O ile LA nas
nie zachwyciło, nie można było tego powiedzieć o Santa Monica.
Ten nadmorski kurort w niczym nie przypomina amerykańskiego
miasta.
Ma w sobie
ducha Europy i to tego w najbardziej pozytywnym wrażeniu.
Odczuwa się go szczególnie przechadzając się wyłączoną z ruch
samochodowego promenadą, wokół której rozgrywa
się całe wieczorne życie Santa Monica - mnóstwo młodzieży,
przeróżnych artystów i ulicznych handlarzy bibelotami. Spacer
wzdłuż niej jest naprawdę relaksujący.
W Santa Monica
zaliczamy też plażę i molo, niestety ze względu na porę nie
udaje się nam ujrzeć tłumów plażowiczów (-ek), lecz wieczorna
przechadzka po plaży jest również przyjemna .
Po krótkim
rekonansie po tym urokliwym kurorcie, postanawiamy wrócić
do LA, aby zobaczyć jego nocne atrakcje (przynajmniej te widoczne
z samochodu).
Najpierw jedziemy
do Hollywood Hills, gdzie ze zbocza wzgórza
wyłania nam się Beverly Hills by night - widok, który tyle
razy widzieliśmy w rozmaitych filmach.
Przejeżdżamy
również przez Sunset Boulevard, która szczególnie
o tej porze (ok. 23:00) przedstawia dość interesujące wrażenie.
Tabuny 17-sto do 25-ciolatek poubieranych w stroje mające
za zadanie spowodować zauważenie "młodych gwiazdek"
wprost zalewają ulicę. Mijają nas mega długości limuzyny.
Wszystko to ogólnie sprawia dosyć bajkowe wrażenie.
Pomimo (a
może właśnie dlatego) późnej pory na ulicach panuje niesamowity
korek. Umęczeni ok. 24:00 dojeżdżamy do wybranego wcześniej
motelu, który z zewnątrz wyglądał zupełnie przyzwoicie.
Niestety,
po wejściu do pokoju, okazuje się on najgorszym z możliwych.
Brudno, niezbyt miłe zapachy i ogólnie wygląd zniechęcający.
Nie mamy jednak siły szukać dalej i chcąc nie chcąc zostajemy
tam na noc.
|