17.09.2000 r.
przylot
18.09.2000 r.
San Francisco
19.09.2000 r.
Yosemite NP
20.09.2000 r.
Yosemite NP / Mono Lake
21.09.2000 r.
Sequoia NP
22.09.2000 r.
Las Vegas
23.09.2000 r.
Zion NP
24.09.2000 r.
Bryce Canyon NP
25.09.2000 r.
Arches NP
26.09.2000 r.
Yellowstone NP
27.09.2000 r.
Yellowstone NP
28.09.2000 r.
Grand Teton NP
29.09.2000 r.
Rocky Mountain NP
30.09.2000 r.
Santa Fe /
De Chelly NM
01.10.2000 r.
Mesa Verde NP
02.10.2000 r.
Monument Valley
03.10.2000 r.
Grand Canyon
04.10.2000 r.
Tombstone/ Saquaro NP
05.10.2000 r.
Joshua Tree NP/LA
06.10.2000 r.
San Francisco
07.10.2000 r.
wylot

4.10.2000 r. - Tombstone/Saquaro NP:

        Wstajemy ok. 7:30 i udajemy się na śniadanie do kowbojskiej restauracji The Longhorn Restaurant. Restaurację tą odwiedzali chętnie kowboje zarówno w XIX w., jak i obecnie. To przed nią został zastrzelony w 1881 r. Virgil Earp. Restauracja jest przyjemna, obok nas zajada się szeryf, a na ścianach plakaty przedstawiały obrazki z kolejnych Dni Hellorado (jest to odbywające się święto - pod koniec października, gdzie uzbrojeni kowboje staczają rewolwerowe pojedynki i napadają na dyliżanse).
        Zaraz po śniadaniu mieliśmy opuścić Tombstone, ale tak nam się spodobało, ze postawiamy zostać jeszcze kilka godzin.
        Przechadzamy się po głównej uliczce - Allen Street, zaglądając do sklepików z pamiątkami, gdzie można nabyć cały ekwipunek kowboja z Dzikiego Zachodu począwszy od kapelusza na rewolwerze skończywszy. Kupujemy zresztą kowbojskie kapelusze, które od razu zakładamy, aby lepiej poczuć atmosferę westernu. Robimy sobie pamiątkowe zdjęcia - ja z kowbojem a Tomek z panią w podwiązkach.

        Następnie dajemy się namówić (za 3$ od osoby) na wycieczkę dyliżansem po Tombstone, gdzie dwaj kowboje opowiadają nam historię tego miasteczka. Niestety ich angielski kompletnie odbiega od tego, którego uczyliśmy się w szkole, więc ze zrozumieniem jest ciężko, ale ogólnie wycieczkę należy zaliczyć do przyjemnych.
        Idziemy również do Bird Cage Theatre (4$ od osoby), miejsca dostarczającego kiedyś rozrywek wszelkiego rodzaju. Odbywały się tam występy lokalnych gwiazdek, gry karciane, na które spoglądały z tzw. "ptasich klatek", przypominających oddzielone zasłoną loże teatralne, prostytutki. W teatrze znajdowały się również specjalne odosobnione pomieszczenia, gdzie byli przyjmowani przez nie klienci.
        Dziś w teatrze mieści się muzeum, w którym prócz pomieszczeń można pooglądać przeróżne rekwizyty z poprzedniej epoki wraz z fotografiami gości teatru oraz jego gwiazd.

        Po teatrze jedziemy na cmentarz, gdzie pochowani są mieszkańcy Tombostone i inne przypadkowe osoby z lat 1879 - 84, w tym ofiary strzelaniny z OK Corall.
        Przechodząc obok grobów trudno nie odnieść wrażenia, że mało kto w tamtych czasach umierał śmiercią naturalną. Napisy: zastrzelony, powieszony itp. pokazywały, że tak w zasadzie kończyło się życie w Tombstone.

        W związku z tym, że zbliżała się już 12:00 szybko wracamy na Allen Street, gdyż mamy wykupione (za 4$ od osoby) bilety na strzelaninę. Strzelanina odbywa się na wybudowanym specjalnie do tego celu placu i jest dosyć interesującym widowiskiem. Kilka zainscenizowanych scenek, gdzie bądź gangsterzy zabijają szeryfa bądź odwrotnie, wszystko dziejące się wśród westernowej scenerii z dużą ilością kurzu. Jedynym mankamentem jest wielki upał (ok. 38°C), ale jakoś to znosimy.
        Po strzelaninie w bardzo dobrych nastrojach opuszczamy Tombostone, polecając odwiedzenie go wszystkim.

        Udajemy się w stronę Saquaro National Park, który otacza Tucson z dwóch stron: jego większa część tzw. Rincon Mountain District ze strony wschodniej i nieco mniejsza Tucson Mountain District ze strony zachodniej. Dojeżdżamy tam drogą Nr 80, a następnie autostradą Nr 10.

        Saquaro to park kaktusów. Jest ich w nim pełno, osiągają wysokość do 12 metrów. Największe z kaktusów mają po 200 lat. Do ich rozwoju sprzyja tutejszy klimat - bardzo wysokie temperatury i duża susza, której prócz kaktusów mało które rośliny potrafią znieść.

        Na zwiedzanie wybieramy zachodnią część parku - Tucson Mountain District. Zwiedzanie nasze polega na przejechaniu parku 9-milową widokową trasą Scenic Bajada Loop Drive, przy której zatrzymujemy się przy co ładniejszych eksponatach.
        Trasa w dużej części nie jest utwardzona, tak że przejazd nią zabiera sporo czasu, gdyż niektóre odcinki trzeba pokonywać z prędkością 10 mil na godzinę.

        Po przejechaniu Scenic Bajada Loop Drive jedziemy jeszcze kilkanaście mil przez park, w kierunku północnym drogą Sandario Road, którą w końcu dojeżdżamy do autostrady Nr 10.

        Saquaro National Park nie zrobił na nas oszałamiającego wrażenia, pomimo tego, że niektóre z kaktusów były naprawdę imponujące. Po atrakcjach, które już widzieliśmy w Ameryce, nie każda rzecz może zachwycić tak łatwo.

        Następnym etapem naszej podróży jest Joshua Tree National Park, do którego mamy ok. 340 mil. Tym razem droga jest dobra. Prawie cały czas jedziemy autostradą Nr 10 w kierunku zachodnim. Po drodze mijamy stolicę Arizony -Phoenix, które uznawane jest za najnieprzyjemniejsze miasto południowego zachodu.
        Faktycznie, z tego co zdążamy zaobserwować z samochodu, Phoenix nie przedstawia się ciekawie. Jest to wielka aglomeracja miejska, rozciągniętą na bardzo dużej powierzchni. Po przejechaniu Phoenix, nadal jedziemy autostradą Nr 10 w kierunku zachodnim.

        Po ok. 150 milach dojeżdżamy do granicy stanu Arizony z Kalifornią. Na granicy ustawiona jest barierka kontrolna (po raz pierwszy z taką się spotykamy). Funkcjonariusz policji nie żąda od nas dokumentów ani nie zadaje żadnych pytań, prócz jednego. Pytanie, które nam zadaje ("Czy mamy jakieś owoce") bardzo nas zadziwia, ale pewnie jego również nasza odpowiedź ("Tak. Jedno jabłko").
        Policjant nie jest przygotowany na taką odpowiedź, wyraźnie wprowadza go w konsternację. Nie wie bowiem, czy posiadanie jednego jabłka jest już posiadaniem owoców czy też nie. Postanawia więc iść na całość i zadaje pytanie uzupełniające: ("Gdzie je kupiliśmy"). Po odpowiedzi, że w Arizonie, pozwala nam jechać dalej. Tym samym nasze jabłko zostaje ocalone.
        Historyjka ta nas bardzo rozbawia, tym bardziej że przypominamy sobie, że mamy jeszcze jedną śliwkę, co może spowodować zatrzymanie nas za fałszywą odpowiedź itp. Ponadto po analizie dochodzimy do wniosku, że jabłko jest jeszcze z Wyoming a nie z Arizony, a więc amerykański funkcjonariusz został wprowadzony w błąd.
        Bardzo rozbawieni wjeżdżamy do Kalifornii - stanu, z którego zaczęliśmy naszą przygodę po Ameryce i na którym ją zakończymy.

        Do Joshua Tree National Park dojeżdżamy już po zmroku. Wobec późnej pory Visitor Center jest już zamknięte, tak, że nie możemy dostać mapek. Postanawiamy zanocować na kampingu Cottonwood Spring, jedynym znajdującym się po stronie południowej. Kamping jest praktycznie opustoszały, co w parkach narodowych jest rzadkością.
        Już mamy się na nim rozbijać, gdy oczom moim ukazuje się napis na tablicy informacyjnej ostrzegający o wężach znajdujących się na terenie parku, dodatkowo wzbogacony ilustracją węża. Widmo węża na tyle mnie zniechęca do pozostania na kampingu (panicznie boję się węży!!!), że postanawiamy opuścić go. Wobec faktu, iż w obrębie parku (z jego południowej strony) nie ma żadnych moteli, udajemy się do oddalonego o ok. 50 mil Palm Springs, gdzie znajdujemy nocleg w bardzo przyjemnym motelu (45 USD za pokój).

        Pomimo tego, że Palm Springs leży w samym środku pustyni Kolorado, zupełnie na to nie wygląda. Wokół miasta rozciągają się sztucznie nawadniane oazy z palmami, zielone pola uprawne, mnóstwo pól golfowych i rezydencji milionerów z kolorowymi kwiatami i równo przystrzyżoną trawą. Jednakże już kilka metrów za miastem widać suchy piach i wydmy, świadczące o tym, ze jest to jednak teren pustynny.
        Palm Springs to jedne z tych miast (podobnie jak Las Vegas czy Los Angeles) pokazujących, ze jeśli Amerykanie chcą wybudować miasta na pustyni to zrobią to za każdą cenę.
        Przejeżdżając przez miasto widzimy przedsmak tego, co nas będzie czekało w LA - bogate domy, zadbane ulice, przepych. Palm Springs jest bardzo lubiane przez Amerykanów. Ze względu na krystalicznie czyste powietrze, słoneczną pogodę i korzystne położenie (zaledwie 123 mile od Los Angeles), zyskało miano kurortu, w którym można spokojnie odreagować stresy życia codziennego. Jest często odwiedzane przez gwiazdy Hollywood, jak i młodzież, która przybywa tutaj na pijackie szaleństwa.


poprzednia strona do góry   następna strona