|
4.10.2000
r. - Tombstone/Saquaro
NP:
Wstajemy ok.
7:30 i udajemy się na śniadanie do kowbojskiej restauracji
The Longhorn Restaurant. Restaurację tą odwiedzali
chętnie kowboje zarówno w XIX w., jak i obecnie. To przed
nią został zastrzelony w 1881 r. Virgil Earp. Restauracja
jest przyjemna, obok nas zajada się szeryf, a na ścianach
plakaty przedstawiały obrazki z kolejnych Dni Hellorado (jest
to odbywające się święto - pod koniec października, gdzie
uzbrojeni kowboje staczają rewolwerowe pojedynki i napadają
na dyliżanse).
Zaraz po śniadaniu
mieliśmy opuścić Tombstone, ale tak nam się spodobało, ze
postawiamy zostać jeszcze kilka godzin.
Przechadzamy
się po głównej uliczce - Allen Street, zaglądając do sklepików
z pamiątkami, gdzie można nabyć cały ekwipunek kowboja z Dzikiego
Zachodu począwszy od kapelusza na rewolwerze skończywszy.
Kupujemy zresztą kowbojskie kapelusze, które od razu zakładamy,
aby lepiej poczuć atmosferę westernu. Robimy sobie pamiątkowe
zdjęcia - ja z kowbojem a Tomek z panią w podwiązkach.
Następnie
dajemy się namówić (za 3$ od osoby) na wycieczkę dyliżansem
po Tombstone, gdzie dwaj kowboje opowiadają nam historię tego
miasteczka. Niestety ich angielski kompletnie odbiega od tego,
którego uczyliśmy się w szkole, więc ze zrozumieniem jest
ciężko, ale ogólnie wycieczkę należy zaliczyć do przyjemnych.
Idziemy również
do Bird Cage Theatre (4$ od osoby), miejsca
dostarczającego kiedyś rozrywek wszelkiego rodzaju. Odbywały
się tam występy lokalnych gwiazdek, gry karciane, na które
spoglądały z tzw. "ptasich klatek", przypominających
oddzielone zasłoną loże teatralne, prostytutki. W teatrze
znajdowały się również specjalne odosobnione pomieszczenia,
gdzie byli przyjmowani przez nie klienci.
Dziś
w teatrze mieści się muzeum, w którym prócz pomieszczeń można
pooglądać przeróżne rekwizyty z poprzedniej epoki wraz z fotografiami
gości teatru oraz jego gwiazd.
Po teatrze
jedziemy na cmentarz, gdzie pochowani są mieszkańcy Tombostone
i inne przypadkowe osoby z lat 1879 - 84, w tym ofiary strzelaniny
z OK Corall.
Przechodząc
obok grobów trudno nie odnieść wrażenia, że mało kto w tamtych
czasach umierał śmiercią naturalną. Napisy: zastrzelony, powieszony
itp. pokazywały, że tak w zasadzie kończyło się życie w Tombstone.
W związku
z tym, że zbliżała się już 12:00 szybko wracamy na Allen Street,
gdyż mamy wykupione (za 4$ od osoby) bilety na strzelaninę.
Strzelanina odbywa się na wybudowanym specjalnie do tego celu
placu i jest dosyć interesującym widowiskiem. Kilka zainscenizowanych
scenek, gdzie bądź gangsterzy zabijają szeryfa bądź odwrotnie,
wszystko dziejące się wśród westernowej scenerii z dużą ilością
kurzu. Jedynym mankamentem jest wielki upał (ok. 38°C), ale
jakoś to znosimy.
Po strzelaninie
w bardzo dobrych nastrojach opuszczamy Tombostone, polecając
odwiedzenie go wszystkim.
Udajemy się
w stronę Saquaro National Park, który otacza
Tucson z dwóch stron: jego większa część tzw. Rincon Mountain
District ze strony wschodniej i nieco mniejsza Tucson Mountain
District ze strony zachodniej. Dojeżdżamy tam drogą Nr 80,
a następnie autostradą Nr 10.
Saquaro to
park kaktusów. Jest ich w nim pełno, osiągają wysokość do
12 metrów. Największe z kaktusów mają po 200 lat. Do ich rozwoju
sprzyja tutejszy klimat - bardzo wysokie temperatury i duża
susza, której prócz kaktusów mało które rośliny potrafią znieść.
Na
zwiedzanie wybieramy zachodnią część parku - Tucson Mountain
District. Zwiedzanie nasze polega na przejechaniu parku 9-milową
widokową trasą Scenic Bajada Loop Drive, przy której zatrzymujemy
się przy co ładniejszych eksponatach.
Trasa w dużej
części nie jest utwardzona, tak że przejazd nią zabiera sporo
czasu, gdyż niektóre odcinki trzeba pokonywać z prędkością
10 mil na godzinę.
Po przejechaniu
Scenic Bajada Loop Drive jedziemy jeszcze kilkanaście mil
przez park, w kierunku północnym drogą Sandario Road, którą
w końcu dojeżdżamy do autostrady Nr 10.
Saquaro National
Park nie zrobił na nas oszałamiającego wrażenia, pomimo tego,
że niektóre z kaktusów były naprawdę imponujące. Po atrakcjach,
które już widzieliśmy w Ameryce, nie każda rzecz może zachwycić
tak łatwo.
Następnym
etapem naszej podróży jest Joshua Tree National Park,
do którego mamy ok. 340 mil. Tym razem droga jest dobra. Prawie
cały czas jedziemy autostradą Nr 10 w kierunku zachodnim.
Po drodze mijamy stolicę Arizony -Phoenix,
które uznawane jest za najnieprzyjemniejsze miasto południowego
zachodu.
Faktycznie,
z tego co zdążamy zaobserwować z samochodu, Phoenix nie przedstawia
się ciekawie. Jest to wielka aglomeracja miejska, rozciągniętą
na bardzo dużej powierzchni. Po przejechaniu Phoenix, nadal
jedziemy autostradą Nr 10 w kierunku zachodnim.
Po ok. 150
milach dojeżdżamy do granicy stanu Arizony z Kalifornią. Na
granicy ustawiona jest barierka kontrolna (po raz pierwszy
z taką się spotykamy). Funkcjonariusz policji nie żąda od
nas dokumentów ani nie zadaje żadnych pytań, prócz jednego.
Pytanie, które nam zadaje ("Czy mamy jakieś owoce")
bardzo nas zadziwia, ale pewnie jego również nasza odpowiedź
("Tak. Jedno jabłko").
Policjant
nie jest przygotowany na taką odpowiedź, wyraźnie wprowadza
go w konsternację. Nie wie bowiem, czy posiadanie jednego
jabłka jest już posiadaniem owoców czy też nie. Postanawia
więc iść na całość i zadaje pytanie uzupełniające: ("Gdzie
je kupiliśmy"). Po odpowiedzi, że w Arizonie, pozwala
nam jechać dalej. Tym samym nasze jabłko zostaje ocalone.
Historyjka
ta nas bardzo rozbawia, tym bardziej że przypominamy sobie,
że mamy jeszcze jedną śliwkę, co może spowodować zatrzymanie
nas za fałszywą odpowiedź itp. Ponadto po analizie dochodzimy
do wniosku, że jabłko jest jeszcze z Wyoming a nie z Arizony,
a więc amerykański funkcjonariusz został wprowadzony w błąd.
Bardzo rozbawieni
wjeżdżamy do Kalifornii - stanu, z którego zaczęliśmy naszą
przygodę po Ameryce i na którym ją zakończymy.
Do Joshua
Tree National Park dojeżdżamy już po zmroku. Wobec
późnej pory Visitor Center jest już zamknięte, tak, że nie
możemy dostać mapek. Postanawiamy zanocować na kampingu Cottonwood
Spring, jedynym znajdującym się po stronie południowej. Kamping
jest praktycznie opustoszały, co w parkach narodowych jest
rzadkością.
Już mamy się
na nim rozbijać, gdy oczom moim ukazuje się napis na tablicy
informacyjnej ostrzegający o wężach znajdujących się na terenie
parku, dodatkowo wzbogacony ilustracją węża. Widmo węża na
tyle mnie zniechęca do pozostania na kampingu (panicznie boję
się węży!!!), że postanawiamy opuścić go. Wobec faktu, iż
w obrębie parku (z jego południowej strony) nie ma żadnych
moteli, udajemy się do oddalonego o ok. 50 mil Palm
Springs, gdzie znajdujemy nocleg w bardzo przyjemnym
motelu (45 USD za pokój).
Pomimo tego,
że Palm Springs leży w samym środku pustyni Kolorado, zupełnie
na to nie wygląda. Wokół miasta rozciągają się sztucznie nawadniane
oazy z palmami, zielone pola uprawne, mnóstwo pól golfowych
i rezydencji milionerów z kolorowymi kwiatami i równo przystrzyżoną
trawą. Jednakże już kilka metrów za miastem widać suchy piach
i wydmy, świadczące o tym, ze jest to jednak teren pustynny.
Palm Springs
to jedne z tych miast (podobnie jak Las Vegas czy Los Angeles)
pokazujących, ze jeśli Amerykanie chcą wybudować miasta na
pustyni to zrobią to za każdą cenę.
Przejeżdżając
przez miasto widzimy przedsmak tego, co nas będzie czekało
w LA - bogate domy, zadbane ulice, przepych. Palm Springs
jest bardzo lubiane przez Amerykanów. Ze względu na krystalicznie
czyste powietrze, słoneczną pogodę i korzystne położenie (zaledwie
123 mile od Los Angeles), zyskało miano kurortu, w którym
można spokojnie odreagować stresy życia codziennego. Jest
często odwiedzane przez gwiazdy Hollywood, jak i młodzież,
która przybywa tutaj na pijackie szaleństwa.
|