|
3.10.2000
r. - Grand Canyon:
Wstajemy bardzo
wcześnie (5:50), gdyż chcemy zdążyć na wschód słońca. Oglądamy
go z Mather Point, punktu, z którego jest
on najlepiej widoczny. Widoki również wspaniałe, choć kolory
kanionu podczas zachodu podobały nam się bardziej.
Po kilkudziesięciu
minutach przypatrywania się kanionowi w rannym świetle, wracamy
na kamping, gdzie jemy śniadanko i zwijamy namiot.
Postanawiamy
pojechać specjalnym busikiem kawałkiem drogi tzw. West
Rim Drive, z której można zobaczyć najbardziej widokowe
punkty w kanionie. Droga ta jest zamknięta dla prywatnych
samochodów.
Jadąc nią
co chwila ogarnia nas zachwyt nad tym co widzimy. Potężny
kanion, pocięty jakby na całe mnóstwo mniejszych kanionów,
sterczących pionowo i migających przeróżnymi barwami robi
naprawdę imponujące wrażenie.
Postanawiamy
wysiąść najpierw na Hopi Point oraz następnie
na Mohave Point. Widoki z obydwu są rewelacyjne.
Częściowo są jeszcze zacienione, w większej jednak części
już oświetla je słońce, a w dole wije się rzeka Kolorado.
Naprawdę niesamowite wrażenia. I ten ogrom kanionu, którego
wprost nie sposób uchwycić na zdjęciach.
Zejście w
dół kanionu musi też być sporym przeżyciem. Nie decydujemy
się jednak na nie - zajmuje bowiem cały dzień, a my w Ameryce
mamy przed wyjazdem jeszcze wiele do zobaczenia. Robimy więc
jedynie jeszcze krótki przystanek w Visitor Center na zakup
kartek i ruszamy w dalszą drogę.
Wyjeżdżając
z parku widzimy sporo helikopterów latających wzdłuż kanionu.
Wycieczka taka musi być równie ekscytująca.
Jedziemy dalej.
Tym razem udajemy się na południe. Naszym celem jest Nogales,
leżące na granicy Stanów z Meksykiem oraz Tombstone
- najsławniejsze z miasteczek Dzikiego Zachodu.
Jedziemy na
południe drogą Nr 64, a następnie autostradami H40 do Flagstaff,
z którego odbijamy w H17 do Phoenix, następnie H10 do Tucson,
skąd autostradą H19 dostajemy się do Nogales. To ok. 400 mil.
Południowa
Arizona ma zupełnie inny klimat od północnej. Jest niesamowicie
gorąco (ok. 38°C), ciekawe ile musiało być latem. Inne są
też krajobrazy. Równiny, piach, pustynia i całe mnóstwo kaktusów,
pokazują nam kolejne oblicze Ameryki.
Do Nogales
dojeżdżamy ok. 16:00. Ambos Nogales (czyli dwa miasta Nogales),
gdzie jedno położone jest w części amerykańskiej, a drugie
- meksykańskiej. Według przewodnika Pascala to jedno z najładniejszych
miejsc na granicy Arizony z Meksykiem.
Zamierzamy
udać się do Meksyku. W tym celu zasięgamy
opinii strażnika granicznego co do możliwości z tym związanych
(czy nasza wiza na to zezwala itp.). Po uzyskaniu pozytywnej
odpowiedzi i pozostawieniu samochodu na parkingu (wypożyczalnie
samochodów nie zezwalają na przekraczanie granicy) ruszamy
do Meksyku. Przekroczenie granicy polega praktycznie na przejściu
przez drzwi obrotowe.
A więc jesteśmy
w Meksyku. Od samego przejścia przez granicę jesteśmy praktycznie
w szoku. O ile Nogales amerykańskie nie było najładniejszym
miasteczkiem jakie spotkaliśmy (jest to praktycznie centrum
handlowe przypominające nasze sklepy z lat 70 tych), to jest
przynajmniej czyste i zadbane.
Nogales meksykańskie
to praktycznie jego przeciwieństwo. To jeden wielki bazar,
w którym dominują: nieład, brud i okropny rozgardiasz.
W związku
z tym, że swoim sportowym strojem jawimy się Meksykanom jako
amerykańscy turyści, jesteśmy zaczepiani praktycznie co krok,
w celu wejścia do ich sklepiku, kramu, czy też kupienia czegoś
po prostu na ulicy. Nie ma żadnej możliwości spokojnego przejścia
przez choćby 5 minut, co po chwili staje się bardzo męczące.
Ciekawostką
jest to, że nawet do większości restauracji wejście jest najpierw
przez sklep w nadziei, że turysta w trakcie jedzenia coś kupi.
Domy mieszkalne zlokalizowane na otaczających miasto wzniesieniach
również nie przedstawiają się imponująco; zwykle są to po
prostu niepozorne pudełka bielone wapnem.
Z handlowych
ulic udaje nam się przejść do czegoś w rodzaju głównego placu,
gdzie jest znacznie spokojniej i przyjemniej. Znajdujemy miłą,
meksykańską restaurację, w której zjadamy całkiem przyjemny
obiad, popijany piwkiem Corona (12,80$ za 2 osoby).
Na pewno Nogales
nie jest pięknym miastem i nie ma sensu zatrzymywać się w
nim dłużej niż 2 godziny. Warto jest jednak go zobaczyć, szczególnie
po jego meksykańskiej stronie, by poczuć nieco kolorytu tej
społeczności, tak różnej w istocie od amerykańskiej.
Po przedostaniu
się z powrotem do Ameryki (o ile przyjemniej!), ruszamy w
dalszą drogę.
Do Tombstone
jedziemy drogą Nr 82 na północny wschód, a następnie kilka
mil drogą Nr 80 na południe. 80. Po kilkudziesięciu milach
od granicy mijamy przystanek straży granicznej, na której
następuje sprawdzenia paszportów.
Do Tombstone
dojeżdżamy po 20.00. Po wybraniu motelu (Tombstone Motel -
znajdujący się w samym centrum -38$ za pokój), postanawiamy
przejść się po miasteczku.
Tombstone
- najsłynniejsze z miasteczek na Dzikim Zachodzie, słynęło
z codziennych strzelanin i kobiet lekkich obyczajów. Powstało
w 1877 roku, w okresie gorączki srebra, a z końcem lat 80
ubiegłego stulecia było już całkowicie opustoszałe.
Nazywane było
"the town too tough to die" (miastem za twardym
by umrzeć). To w nim zdarzały się ciągle strzelaniny, z najsłynniejszą
zwaną "strzelaniną w OK. Corral", która rozegrała
się w 1881 r., kiedy to Doc Holliday wraz z Wyattem Earpen
i jego braćmi, Virgilem i Morganem (wszyscy pełnili obowiązki
miejscowych szeryfów) na ulicy w biały dzień o godz. 14:00
w ciągu 3 minut zastrzelili rzekomych bandytów podejrzanych
o kradzież bydła. Bracia Earp zostali oskarżeni o morderstwo,
ale w końcu sprawę umorzono.
To w Tombstone
znajdowała się cała masa saloonów, gdzie kowboje pili piwo,
grali w karty i zabawiali się w towarzystwie kobiet lekkich
obyczajów.
Dziś
Tombstone niewiele różni się od tego sprzed 100 lat. Co prawda
nie ma prawdziwych strzelanin i publicznie pokazujących się
prostytutek, lecz wygląd miasteczka pozostał niezmieniony.
Chodząc wąskimi
uliczkami pośród kowbojskich saloonów z tradycyjnymi wahadłowymi
drzwiczkami, mijając kowbojów z rewolwerami oraz stojącymi
przy drodze zaprzężonymi w konie dyliżansami, naprawdę czuje
się, iż znajduje się w innym świecie. To miasto, gdzie fikcja
mija się z rzeczywistością a legendy sprzed 100 lat wciąż
są żywe.
Bardzo nam
się atmosfera Tombstone podoba i pomimo tego, że jesteśmy
zmęczeni aktywnym dniem, postawiamy pójść do saloonu na piwo.
Przechodzimy
obok Crystal Palace, jednego z najpopularniejszych
barów w 1880 r. Na piwo wybieramy Big Nose Kates Saloon
& Restaurant, reklamowanego jako najlepszy bar
kowbojski na Zachodzie. To w nim właśnie bywali bracia Earp
czy Doc Holiday. Gościli tutaj także John Wayne, Gregory Peck
czy Paul Newman.
Big Nose Kate
była kobietą uwielbianą przez mężczyzn. To w niej kochał się
Doc Holiday i cała rzesza innych kowbojów, których Kate wraz
z innymi kobietami w saloonie zabawiała.
Saloon robi
faktycznie niesamowite wrażenie. Drewniane, porysowane stoły
- z wielką drewnianą ladą, za którą poustawiana jest cała
masa trunków. Przy barze okrągłe krzesła i barman - typowy
kowboj - nalewający przeróżne drinki i piwo. Z saloonu jest
zejście w dół, do miejsca gdzie kobiety przyjmowały swoich
klientów, ale jest ono zamknięte dla zwiedzających.
W saloonie
znajduje się mnóstwo rekwizytów, nawiązujących do westernowskiej
atmosfery, oraz bardzo specyficzne towarzystwo. Trochę turystów,
ale większość to miejscowi farmerzy, którzy jawią się bardzo
ciekawie. To brudni kowboje z wytartymi spodniami, grający
w karty i pijący piwo. Jedna z kobiet bardzo zapragnęła wczuć
się w atmosferę Dzikiego Zachodu i nawet ubrała się w gorset
i obcisłe białe spodenki za kolana, zakończone falbanką. Widok
nader osobliwy, ale prócz turystów nikt się nie dziwi. W ogóle
Ameryka to naprawdę bardzo wolny kraj. Możesz się ubierać
jak chcesz i nikogo to nie obchodzi.
Kupujemy po
piwie i rozkoszujemy się tą westernową atmosferą. Przyłączają
się do nas na chwilę dwaj turyści, którzy okują się być z
Utrechtu z Holandii. Jak jeszcze powiedzieli, że byli w Polsce
na wycieczce właśnie w Krakowie, uznajemy, że świat jest jednak
mały (właśnie bowiem w Utrechcie ja z kolei byłam na stypendium).Wymieniamy
wspólne wrażenia z objazdu po Ameryce kończąc je ogólną puentą,
że to jednak niesamowity kraj.
|