|
2.10.2000
r. - Monument Valley:
Wstajemy ok.
7:30, jemy śniadanie i ruszamy w drogę. Do Natural
Bridges National Monument mamy jedynie 31 mil; jedziemy
do nich drogą Nr 95.
Natural Bridges
(naturalne mosty) to miejsce, w którym łączą się 4 kaniony:
Deer Canyon na północy, White Canyon na zachodzie, Tuwa Canyon
na południu i Amstrong Canyon na wschodzie.
W miejscu
przecięcia ich, na skutek podmywania skał przez wodę, powstały
mosty z piaskowca. W natural Bridges National Monument znajdują
się 3 takie mosty: Sipapu Bridge, Kachina Bridge oraz Owachomo
Bridge.
Największym
jest Sipapu - ma 81,6 m rozpiętości u podstawy i przeszło
60 m wysokości. Zarówno ten most jak i Kachina Bridge oglądamy
z punktów widokowych, postanawiając zejść do trzeciego z nich
- Owachomo Bridge.
Owachomo
to najstarszy z trzech mostów. Jest też najwyższy i najbardziej
kruchy. Schodzimy do niego kanionem Amstrong (1,5 mili w obydwie
strony). Pomimo wysokiej temperatury (ok. 30°C) warto jest
zejść ten kawałek.
Widok, który
się przed nami wyłania jest wprost urzekający - spod ceglastego
piaskowca na tle mocno błękitnego nieba, niezmąconego żadną
chmurką ukazuje nam się Owachomo Bridge w całej okazałości.
Po sesji filmowo - fotograficznej i krótkim odpoczynku pod
tym cudem natury ruszamy z powrotem na górę.
Dziś mamy
jeszcze bardzo ambitne plany: chcemy obejrzeć Monument Valley
oraz dojechać do Grand Canyon na jego krawędź południową.
Do Monument
Valley (108 mil) jedziemy początkowo drogą 95 na wschód, a
następnie Nr 261 oraz 163 na południe. To już bardzo dzikie
tereny: piach, żadnych domostw, gdzieniegdzie jakieś krzewy.
Jedzie się praktycznie samemu, co jakiś czas jedynie można
zobaczyć kolejny samochód.
Jadąc drogą
Nr 261 przed Valley of the Gods (dolina bogów), skręcamy w
prawo w żwirową drogę. Postanawiamy pojechać do tzw. Mule
Point, miejsca, gdzie kręcono kulminacyjną scenę
skoku samochodu w przepaść w filmie Thelma i Luiza.
Przejazd tą drogą to dopiero jest przeżycie. Piach przedostaje
się praktycznie wszędzie, dziury na każdym odcinku tej szutrowej
drogi, pustynia, pustynia, pustynia. Ani żywej duszy. Obawialiśmy
się nieco o możliwości naszego samochodu, ale po ok. 20 minutach
jazdy z prędkością 10 mil na godzinę dojeżdżamy szczęśliwie
do celu.
Przed
nami wyłania się Mule Point w całej okazałości. Stajemy na
chwilę nad skalną przepaścią; silny wiatr rozwiewa nam włosy,
w górze zerka na nas słońce znad błękitnego nieb, a w dole
widać przepaść z widokami na Valley of the Gods oraz Monument
Valley. Faktycznie miejsce to wyzwala uczucie podobne do towarzyszących
bohaterkom z filmu, jakby zapraszając do skoku
My nie korzystamy
z "takich atrakcji", poprzestając na napawaniu się
widokami oraz na zrobieniu sobie "pikniku na skałkach".
Po obejrzeniu
Mule Point ruszamy dalej. Droga Nr 261, którą jedziemy, jest
niesamowicie poskręcana (dwukrotnie skręca o 180 stopni).
Serpentyny zdają się ciągnąć bez końca, a widoki, jak zwykle,
są wspaniałe.
Przed nami
roztacza się widok na Valley of the Gods,
a na dalszym planie ukazują nam się sylwetki wież z czerwonego
piaskowca z Monument Valley.

Monument
Valley znajduje się na terenie rezerwatu Nawahów.
Położona jest na terenie dwóch stanów: Utah oraz Arizony.
Do zwiedzania przeznaczona jest jedynie jej część - Monument
Valley Tribal Park. Za wejście należy zapłacić 3$
od osoby, gdyż tutaj nie jest honorowana karta wstępu do parków
narodowych.
Po drodze
mijamy pełno budek targowych, gdzie Nawahowie sprzedają swoje
wyroby: głównie ze srebra, ręcznie tkane tkaniny, wyroby garncarskie
oraz całą masę indiańskich amuletów i symbolicznych przedmiotów.
Jadąc w stronę
Visitor Center zatrzymujemy się co chwilę, aby uwiecznić na
zdjęciach te niezwykłe widoki, znane nam z różnych westernów.
To tutaj właśnie kręcono m.in. "Jak zdobywano Dziki Zachód",
"Dyliżans" czy "Powrót do Przyszłości III".
Podziwiamy
wieże z piaskowca uformowane w przeróżne kształty, m.in. przypominające
ludzkie postacie oraz całą masę różnych gatunków zwierząt.
Po kilku milach
podziwiania z samochodu tych niezwykłych widoków docieramy
do Visitor Center, gdzie zjadamy obiad w restauracji Nawahów
o nazwie Haskeneini 4,95$ od osoby).
Restauracja
wygląda jak polska knajpa na zabitej prowincji i nie jest
już tak smaczna jak w Canyon De Chelly, ale są z niej super
widoki na otaczające monolity.
Visitor Center
jest bowiem tak usytuowane, że widać z jego okolic większość
z interesujących obiektów m.in. największe z monolitów parę
zwaną The Mittens. Żeby obejrzeć wszystkie z nich, należy
udać się na 17 milową trasę samochodem po szutrowej drodze,
z czego rezygnujemy, gdyż chcemy jeszcze przed zachodem słońca
dojechać do Grand Canyon.
Tym razem
naszym celem jest południowa krawędź Grand Canyonu. Do granicy
kanionu mamy ok. 177 mil. Opuszczamy Utah i wjeżdżamy do Arizony.
Jedziemy na południowy-zachód drogą nr 163.
Nieopodal
miasteczka Kayenta mamy ekscytującą przygodę z amerykańską
policją. Amerykanie są bardzo czuli na punkcie szkolnych autobusów
czy terenów wokół szkoły. Wprowadzają w tych okolicach kuriozalne
ograniczenia do 15 mil, które trwają ok. 100 metrów przy i
poza terenem szkolnym. Jadąc w obrębie takiego ograniczenia
mamy na liczniku 25 mil, co naprawdę jest maksymalnie wolnym
tempem.
I tutaj akcja:
nadjeżdżający policjant daje nam znak ręką, aby się zatrzymać.
Zjeżdżamy więc na boczną uliczkę. Zgodnie z zasadami siedzimy
w samochodzie i czekamy aż podejdzie. On najpierw podjeżdża
do nas, zatrzymuje się, ale nie wysiada z samochodu. Z krótkofalówki
przekazuje raport - zatrzymałem taki i taki samochód, podaje
naszą rejestrację. Dopiero potem wysiada i pochyla się nad
naszą boczną szybą, zadając Tomkowi pytanie, gdzie my się
tak spieszymy. Po naszych wyjaśnieniach, że nie bardzo zrozumieliśmy
ten znak w sprawie szkoły, poucza nas i tym razem puszcza
bez konsekwencji. Po czym odchodzi z rękami w kieszeni, jak
na amerykańskiego policjanta przystało. Naprawdę było to niezłe
przeżycie, powodujące, że na każdym ostrzeżeniu zwalniamy
do ich dziwnie niskich limitów.
Jedziemy dalej
w kierunku południowo-zachodnim drogą nr 160, która zmienia
się w Nr 89, a przed samym kanionem skręcamy w drogę Nr 64.
Do
Grand Canyon of the Colorado South Rim (południowa
krawędź) wjeżdżamy od strony wschodniej tzw. Desert Viev Drive.
Słońce zaczyna
już schodzić w dół kanionu, tworząc fantastycznie czerwonawą
powłokę nad nim. Zatrzymujemy się punktach widokowych Lipan
Point i Moran Point, które urzekają
nas całkowicie. Ulegamy temu samemu czarowi, jakiemu poddają
się miliony osób odwiedzających kanion.
My możemy
porównać wrażenia z widokami z krawędzi północnej i pomimo
tego, iż krawędź północna podobała się nam bardzo, krawędź
południowa naszym zdaniem zdecydowanie ją przebija. Widoki
z niej są bowiem bardziej zróżnicowane, punktów widokowych
jest więcej, przez co więcej możliwości.
Oglądamy kanion
w zachodzącym słońcu, który pod jego wpływem staje się coraz
bardziej czerwony i żałujemy, że nie zdążyliśmy tu przyjechać
chociaż pół godziny wcześniej.
Do Grand Canyon
Village dojeżdżamy już po zmroku. Na szczęcie udaje nam się
załapać na jedne z ostatnich miejsc na kampingu Mather (12$
za miejsce). Jest on duży, ma ok. 300 miejsc, w lecie jednak
zajęcie go bez wcześniejszej rezerwacji jest praktycznie niemożliwe.
Kamping położony
już w samym parku; okalają go drzewa, nad którymi jarzy nam
się niebo z mnóstwem gwiazd. Naprawdę przyjemne uczucie. Rozkładanie
namiotu zajmuje nam sporo czasu, gdyż musimy znaleźć latarkę,
która się nam gdzieś zapodziała. Po szczęśliwym odnalezieniu
i zjedzeniu zupki z torebki - idziemy spać.
|