|
1.10.2000
r. - Mesa Verde NP:
Wstajemy wcześnie
(6:30) i po samodzielnie zrobionym śniadaniu jedziemy do kanionu
do White House Overlook. Pierwszy raz w ciągu
pobytu wstajemy na tyle wcześnie, aby móc zaobserwować wschód
słońca, który powoli wyłania kanion z cienia.
Po krótkiej
chwili podziwiania tego urzekającego widoku, ruszamy w dół
kanionu. Trasa ma ok. 2,5 mili w obie strony. Jest to dosyć
strome zejście, schodzi się jednak przyjemnie, gdyż trasa
prowadzi wzdłuż skał z piaskowca, w której wyżłobiona została
specjalna ścieżka. W dole kanionu jest bardzo przyjemnie.
Mijamy sporo zielonych zagajników owocowych oraz ptaków, których
odgłosy uprzyjemniają nam wędrówkę.
Do White
House dochodzimy po ok. 25 minutach. Po drodze mijamy
nieliczne zamieszkałe przez Indian Nawaho domostwa. Fotografowanie
ich jest zakazane, aczkolwiek za drobną opłatą można uzyskać
zgodę mieszkańców.
White House,
jak i cały Canyon de Chelly ma dla Nawahów wielką symboliczną
wagę, pomimo tego, że sami nie wybudowali tutaj swoich domostw.
Tereny te zamieszkiwali w przeszłości przedstawiciele kultury
wyplataczy koszy z plemienia Anasazi aż do
ok. 1300 roku. To właśnie oni jako pierwsi przenieśli się
z ziemianek do domów zbudowanych na występach skalnych.
White House
jest właśnie przykładem takiej skalnej budowli. Wyżłobiony
w skałach kilkupiętrowy dom, wiszący prawie na nich świadczy
o świetnej technice budowlanej Anasazich.
Do opuszczeniu
przez plemię Anasazi okolic kanionu, pojawili się w nim Indianie
z plemienia Hopi, którzy latem pracowali
w okolicach kanionu na roli, a na zimę przenosili się do swoich
siedzib na wschodzie kraju. Hopi w czasem zostali wyparci
jednak z tych terenów przez Indian Nawahów,
którzy do dnia dzisiejszego uprawiają latem ziemię w okolicach
kanionu.
Po obejrzeniu
ruin Białego Domu, wracamy na górę. Zajmuje nam to niespełna
godzinę, w ciągu której oprócz podziwiania widoków robimy
zdjęcia i filmujemy kanion.
W sklepie
pamiątkarskim w Thunderbird Lodge kupujemy kilka drobiazgów
zrobionych przez Indian na prezenty i ok. 10:10 ruszamy w
dalszą drogę. Naszym następnym celem jest Mesa Verde
National Park, do którego mamy ok. 180 mil.
Jedziemy cały
czas terenami należącymi do Rezerwatu Indian Nawaho.
Mijamy ich prowizoryczne mieszkanka, oraz ciągnące się prawie
przez całą drogę pustkowia, z wystającymi gdzieniegdzie czerwonymi
skałami z piaskowca.
Nawahowie
to lud, który przeżył wiele tragedii w swej przeszłości. Ci
rdzenni mieszkańcy Ameryki zamieszkiwali swe tereny spokojnie
do XIX wieku, prowadząc osiadły tryb życia. Nazywali siebie
Dineh (naród).
W ciągu jednego
pokolenia stracili praktycznie wszystko. Początkowo nękali
ich meksykańscy imigranci, ale prawdziwą klęską dla nich stało
się przybycie Jankesów. Rok 1864 był dla Nawahów najtragiczniejszy
- wtedy to żołnierze pod dowództwem Kita Carsona przepędzili
wszystkich Indian do rezerwatu Fort Surmer, znajdującego się
we wschodniej części Nowego Meksyku. Kilka lat później udało
im się powrócić, a rząd Stanów Zjednoczonych przyznał im większość
z zajmowanych do dzisiaj terenów.
Większość
z nich tworzy obecnie Rezerwat Indian Nawaho.
Rezerwat zajmuje ok. 25.000 mil2 powierzchni i zlokalizowany
jest głównie w Arizonie; mniejsza jego część rozciąga się
również w Utah i New Mexico.
Rezerwat zamieszkuje
ok. 165.000 Indian Nawaho. Pomimo tego, że w części przyswoili
oni kulturę amerykańską, wciąż tworzą odrębny naród. Nawahowie
mają swój system prawny oraz policję, w rezerwatach przestrzegane
są przepisy związane z "oszczędzaniem światła dziennego".
Mają też swój własny czas, który jest o 1 godzinę przesunięty
w stosunku do całej Arizony. Ich mentalność też w znaczny
sposób różni się od mentalności Europejczyków. Nawahowie w
rozmowach z obcymi unikają kontaktu wzrokowego i tego samego
oczekują od swojego rozmówcy. Od maleńkości uczeni są również
aby używać jak najmniej słów, przez co dla europejskich rozmówców
mogą się wydać nieprzyjemni. Nawahowie nie uznają też w kontaktach
z obcymi żadnych dotyków i uścisków, dopuszczalny jest jedynie
uścisk dłoni.
Nam Indianie
Nawaho generalnie wydali się mili, chociaż faktycznie zauważało
się spory dystans, tak obcy dzisiejszym Amerykanom.
Do Mesa Verde
przejeżdżamy przez Four Corners, jedyne miejsce
w Stanach, Zjednoczonych gdzie łączą się 4 stany: to Kolorado,
Nowy Meksyk, Arizona i Utah. Wokół Four Cornes znajduje się
plac targowy, gdzie Nawahowie sprzedają swoje wyroby. Kupujemy
tam pozostałą część prezentów - m.in. oryginalnie ręczne zrobione
przez Indian strzały oraz misternie pomalowane wazy,- i ruszamy
w dalszą drogę.
Do Mesa
Verde National Park dojeżdżamy ok. 14:00. Park ten
położony jest na wysokim płaskowyżu w południowo-zachodniej
części Kolorado, pomiędzy miasteczkami Cortez i Mancos. Do
Visitor Center przejeżdżamy przepiękną 21- milową trasą. Serpentyny,
liściaste lasy we wszystkich możliwych kolorach, od jesiennych
żółci, poprzez pomarańcze, mocne czerwienie, wreszcie odcienie
zieleni po brązy, pokazują nam, że Mesa Verde National Park
jest miejscem wartym odwiedzenia. Pomimo piękna otaczającej
przyrody, nie ona jednak jest naszym głównym celem.
Przede wszystkim
chcemy zobaczyć wybudowane przez Anasazich skalne
pałace. W Mesa Verde znajdują się bowiem jedne z
najciekawszych budowli Anasazich; jest to zresztą jedyny park
w Stanach Zjednoczonych, utworzony specjalnie w celu ochrony
znalezisk archeologicznych.
Najciekawsze
z nich to Cliff Palace (pałac na urwisku)
oraz Balcony House (dom z balkonami). Obydwa
te miejsca są niewidoczne z góry i zwiedza się je z przewodnikiem
(1,75$ za każdy), przy czym w okresie nasilenia turystycznego
można kupić bilet tylko do jednego miejsca.
Zastanawialiśmy
się, który wybrać, tym bardziej, iż według przewodnika Pascala
dojście do Balcony House jest niezwykle trudne. Zwiedzanie
obiektu obejmuje bowiem trzykrotną wspinaczkę po wysokich
drabinach i przeciskanie się przez wąski tunel, a wszystko
to nad stromą przepaścią Soda Canyon. Z moim lękiem wysokości
Balcony House wydaje się więc nieosiągalny.
W Visitor
Center dowiadujemy się, że możemy kupić bilety na obie wycieczki,
gdyż są miejsca. Oglądamy foldery z obu wypraw. Faktycznie
przewodnik Pascala się nie myli. Przejście do Balcony House
w 2 miejscach jest bardzo trudne: pierwsze to 10-cio metrowa
pionowa drabina, a drugie to 20-sto metrowa drabina w połączeniu
ze skalną ścianą. Jednakże pani rangerka poleca nam właśnie
tą wycieczkę jako dostarczającą najmocniejszych wrażeń.
Postanawiamy
zaryzykować i kupujemy obie z nich, uznając, że jeśli będę
się bardzo bała po prostu zrezygnuję z Balcony House. W związku
z tym, że pierwsza z wycieczek (Cliff Palace), ma być dopiero
o 15:30, postanawiamy przejechać się do pozostałych punktów
widokowych.
Podjeżdżamy
najpierw do Spruce Tree House (świerkowy
dom) oraz do Square Tower House (kwadratowa
wieża). Obydwa przedstawiają ruiny domów umieszczonych w skalnych
niszach.
Następnie
udajemy się do punktu, z którego rozpoczyna się zejście do
Cliff Palace. Naszym przewodnikiem jest John
Westover, przemiły staruszek, który podczas drogi opowiada
nam barwne historie o losach Anasazi. Ciekawostką jest to,
że w parkach narodowych sporo rangerów to emeryci, którzy
pracują w nich jako woluntariusze. Są przy tym niesamowicie
sympatyczni, uśmiechnięci - naprawdę widać, że kochają to
co robią. John Westover jest przykładem takiego rangera, wycieczka
z nim stanowi prawdziwą przyjemność.
Cliff
Palace to największa z zachowanych budowli, zamieszkałej niegdyś
przez Anasazich. Położona jest na stromym zboczu, składa się
z 217 pokoi oraz 23 kivas. Mieszkało w niej ok. 200 250 osób
- zwanych jako Anasazi.
Pierwsze ślady
ludu Anasazi pochodzą z początków naszej
ery. Początkowo nie prowadzili oni osiadłego trybu życia,
nie budowali nawet domów. Zamieszkiwali w wykopanych w ziemi
jamach zadaszonych drewnianymi balami i uszczelnionych błotem.
Anasazi zajmowali się wyplataniem koszy. W ciągu następnych
1.000 lat stopniowo zmienili tryb życia na osiadły i wyspecjalizowali
się w rolnictwie oraz garncarstwie. Zaczęli budować domy zwane
pueblo, w których w sąsiadujących ze sobą powierzchniach mieszkały
setki rodzin.
I wreszcie
w ok. X w. n.e. zaczęli budować budowle, wznoszone na półkach
skalnych wysoko ponad dnem kanionów. W Mesa Verde takie budowle
powstały w początkach XII wieku.
Cliff Palace
robił naprawdę spore wrażenie, wprowadzając nas w pewną zadumę
- nad zagadkowością tego miejsca, losami jego mieszkańców
i przemijającą historią. Niezwykły był też kunszt budowniczy
Anasazich - jako budulca używali piaskowca oraz kamieni, które
mieszali z błotem i specjalną miksturą wodną tworząc w ten
sposób niezwykle trwałe budowle.
W każdej z
budowli znajdowała się wentylacja oraz tzw. kivas. Kiva
to miejsce ceremonii religijnej Anasazich. Na dnie kivas mieściła
się dziura tzw. sipapu. To symboliczne miejsce dla Anasazich
- według ich wierzeń powstali oni z ziemi i po śmierci do
ziemi wracali.
Na budowlach
Anasazi pozostawili petroglify (wyżynane w skałach rysunki
i napisy) oraz piktogramy (rysunki malowane na skałach), z
których udało nam się zobaczyć te pierwsze.
Petroglify
i piktogramy to jedyne pisane ślady po Anasazich, nie używali
oni bowiem języka pisanego. Dlatego też nie wiadomo o nich
wiele - jakim językiem się posługiwali, skąd przybyli i z
jakich narodów się wywodzili. Pozostanie to wszystko tajemnicą.
Tajemnicą jest też fakt masowego opuszczenia przez Anasazich
tych miejsc pod koniec XII wieku.
Na ten temat
naukowcy mają kilka teorii, ale nie wiadomo, która jest właściwa.
Według jednej z nich brak wody na tym terenie był tą przyczyną.
Kolejne podają takie jak: wyjałowienie gleby, zwiększenie
populacji Anasazich, dla których mieszkania skalne stały się
za małe, czy też nagłe oziębienie tych terenów. Kolejna z
przyczyn jest bardzo metafizyczna: według niej Anasazi nie
mogąc żyć w zgodzie z naturą, musieli opuścić swe ziemie,
aby pozwolić naturze żyć spokojnie. Terenów tych oprócz Anasazich
nikt już nie zamieszkiwał.
Kolejną zagadką
jest to, dokąd Anasazi się udali. Antropolodzy nie umieją
odpowiedzieć również na to pytanie. Wierzą oni jednak, że
ludzie ci przemieścili się na południe i wymieszali z innymi
narodami.
To, co wiemy
dzisiaj, to że Anasazi są przodkami dzisiejszych ludów Indian
Hopi (zamieszkujących Arizonę), Zuni (mieszkających na terenach
Ancoma, Santo Dominto i San Felipe) oraz Rio Grande Pueblos,
którzy zasiedlają okolice Santa Fe w Nowym Meksyku. To właśnie
w ich krwi płynie krew tego tajemniczego ludu Anasazich.
Na skutek
protestu Rio Grande Pueblos, Amerykanie przestają obecnie
używać nazwy Anasazi - zastępując ją nazwą - Ancestral Puebloans.
Według bowiem języka Nawahów, którzy nadali Anasazi ich imię,
nazwa oznacza "wróg". Jest to o tyle dziwne, że
Nawahowie nigdy nie spotkali Anasazi. Do Canyon de Chelly,
który jest obecnie przez nich zamieszkiwany wprowadzili się
bowiem kilkadziesiąt lat po opuszczeniu ich przez Anasazi.
Wędrówka po
Cliff Palace oprócz cudownych widoków dała nam też przedsmak
tego, co będzie w Balkony House. Było tam bowiem wejście po
ok. 3 metrowej drabinie, które zniosłam dobrze.
Wspinaczka
do Balcony House rozpoczyna się o 17:30.
Tym razem naszą przewodniczką jest młoda rangerka Cheryll.
Po krótkim wstępie, w którym ostrzega przed trudnościami wycieczki,
dodając jednocześnie, że naprawdę warto to przeżyć - ruszamy
w drogę.
Początkowe
zejście jest w miarę proste, chociaż dosyć strome. Docieramy
do pierwszego podejścia. Przy pionowej skale stoi przymocowana
do niej 10 metrowa drabina. Mamy widok na Soda Canyon - ukazujący
nam w całej okazałości przepaść.
Boję się makabrycznie,
ale po przeszkoleniu przez Tomka co do techniki wchodzenia
i absolutnego zakazu patrzenia w dół - postawiam spróbować.
Wejście początkowo jest nawet przyjemnie, ale po ok. 2/3 drogi
ogarnia mnie spore przerażenie. Zaczynają mi sztywnieć ręce
i czuję, że uginają się pode mną nogi. Pomimo tego stanu wchodzę
jednak na górę, gdzie naprawdę odczuwam ogromną satysfakcję.
Przełamałam bowiem mój strach przed wysokością, przynajmniej
w części. Pomimo tego, że najtrudniejsze podejście było jeszcze
przed nami, wiem już, że sobie z nim poradzę.
Dochodzimy
do kompleksu Balcony House. Jest on mniejszy od Cliff Palace
(składał się z 35-40 pokoi, zamieszkiwanych przez 40-50 osób).
To jedyny obiekt na terenie Mesa Verde przystosowany do obrony.
Znajduje się w nim również kilka balkonów - poziomych płyt
z piaskowca, które wystają z okien budowli. Z budowli widać
wspaniałe widoki na kanion.
Do następnych
powierzchni przedostajemy się przez wąski tunel - przez który
należy się przeczołgać. I wreszcie ostatnie podejście na górę
- wspominana już wcześniej 10 metrowa drabina oraz przejście
po skale, w której wyżłobiono specjalne otwory. Również spore
wrażenie, tym razem jednak z mniejszym lękiem. Wycieczka do
Balcony House na długo pozostanie w naszej pamięci. Polecamy
ją wszystkim, którzy odwiedzą Mesa Verde National Park.
Po wycieczce
jedziemy zobaczyć ruiny domów Pueblo oraz na zachód słońca
do Sun Point, po którym wyjeżdżamy z parku
do miasteczka Cortez.
W Cortez robimy
zakupy w tanim i bardzo dobrze zaopatrzonym supermarkecie
Wal-Mart, pierzemy pranie w landromacie oraz zjadamy kolację
w Subway Inn.
Następnie
po 22:00 udajemy się na wschód drogą nr 66 oraz następnie
na południe nr 191 do miasteczka Blanding, znajdującym się
w stanie Utah, które miało być naszym przystankiem w dalszej
podróży. Zamierzamy w Blading zatrzymać się na kampingu, ale
w związku z faktem, iż dojeżdżamy tam bardzo późno (ok. 23:30)
- wybieramy motel.
Motel nazywa
się Cliff Palace Motel, kosztuje 33$ za pokój i pomimo tego,
iż nie był pewnie z kilka lat odnawiany po trudach aktywnego
dnia wydaje nam się całkiem przyjemny. Pan recepcjonista jest
bardzo sympatyczny, był nawet w 1974 roku w Krakowie (podczas
6 tygodniowego pobytu w Polsce). Twierdzi, że pomimo mnóstwa
Rosjan w tym czasie i otaczającego komunizmu, Polska podobała
mu się bardzo. Może tak, a może chciał być po prostu miły.
|