|
30.09. 2000
r. - Santa Fe/De
Chelly NM:
Wstajemy rano,
ok. 6:40 i ruszamy w drogę. Do Santa Fe mamy
ok. 60 mil. Dojeżdżamy do niego autostradą Nr 25. Na przedmieściach
Santa Fe jemy smaczne śniadanie w knajpce z sieci Carrows,
po czym udajemy się do centrum.
Santa Fe (poprzednia
nazwa - Loretto) jest stolicą stanu Nowy Meksyk. To podobno
jedno z najchętniej zwiedzanych przez turystów miast w Stanach
Zjednoczonych. Nie ma się co dziwić, gdyż jest ono bardzo
urokliwe. To jedno z najstarszych miast w USA, założone zostało
w 1609 r. przez hiszpańskich misjonarzy.
Upływ
czasu niewiele zmienił w architekturze Santa Fe. W mieście
praktycznie wszystkie budowle nawiązują do hiszpańskiego odrodzenia,
domy w kolorach czerwono - gliniastych z cegły adobe, z zaokrąglonymi
kantami, barokowe kościoły, wąskie uliczki. Cegła adobe produkowana
jest z mieszanki ziemi, piasku, węgla drzewnego i trawy lub
słomy, a następnie suszona na słońcu. Kolor budynku zależny
jest od koloru ziemi użytej do wyrobu cegieł i zaprawy.
Pomimo tego,
że Santa Fe jest stolicą Nowego Meksyku, nie jest wielkim
miastem. Zamieszkuje go ok. 60.000 mieszkańców, głównie Meksykanów
i Indian, a praktycznie większość atrakcji znajduje się wokół
centralnego placu.
Po zaparkowaniu
samochodu (25 centów za każde 20 minut) udajemy się na przechadzkę
wokół placu. Jest bardzo słoneczna pogoda, ok. 27°C.
Przechodzimy
obok Palace of the Governors (pałacu gubernatora),
najstarszego budynku użyteczności publicznej w Stanach Zjednoczonych.
Został on zbudowany w 1610 r. na potrzeby siedziby zarządu
hiszpańskiej kolonialnej administracji. Wzdłuż fasady pałacu
ciągną się arkady, pod którymi Indianie organizują plac targowy.
Placyków takich
w mieście jest jeszcze kilka, a przechadzka po nich jest bardzo
przyjemna. Jako pamiątkę z tego niezwykłego miejsca, Tomek
kupuje mi przepiękną srebrną bransoletkę zrobioną przez Indian,
co dodatkowo wprawia mnie w cudowny nastrój.
Santa Fe słynie
również z nowoczesnych muzeów oraz galerii sztuki. Tych ostatnich
jest w mieście ponad 250. Są one na wszystkich uliczkach,
dodając kolorytu miastu. Wejście do kilku z nich jest bardzo
dobrym pomysłem, choć nie są one tanie i zwykle kończy się
na oglądaniu.
Z centralnego
placu udajemy się do St. Francis Cathedral
(Katedry św. Franciszka), która została wybudowana w 1869
r. przez arcybiskupa Lamy'ego. Katedra wybudowana została
w stylu europejskim.
Oglądamy katedrę
od środka. Ciekawie wygląda ołtarz - umieszczone na nim namalowane
w stylu hiszpańsko - meksykańskim obrazki świętych nadają
mu swoistego kolorytu. Dodatkowo uroku dodaje fakt, iż natrafiamy
na meksykański ślub w katedrze. Mężczyźni ubrani są w typowe
meksykańskie stroje, w rękach trzymają sombrera. Kobiety mają
długie suknie oraz kolorowe narzuty na głowy ciągnące się
aż do ziemi.
Po wizycie
w katedrze udajemy się do Loretto Chapel
(Kaplicy Loretańskiej), lecz tam z powodu (również!) ślubu
zamknięto wejście dla zwiedzających do 12:00. Postanawiamy
wrócić za chwilę, a tymczasem pospacerować jeszcze po mieście.
Szczególnie
podoba nam się Guadalupe Street. Znajduje
się na niej wiele ciekawych galerii i budynków, oczywiście
wszystkie z cegły adobe. Widzimy również jaskrawoczerwone
ristras, czyli sznury suszonych papryczek chilli, które zdobią
sporo domów.
Po zrobieniu
krótkiej przechadzki wracamy do Kaplicy Loretańskiej, która
słynie przede wszystkim z tzw. Cudownych Schodów.
Po ukończeniu budowy kaplicy, co miało miejsce w 1878 r. odkryto
błąd projektanta - zapomniał on bowiem połączyć kaplicy z
chórem i nie było sposobu, aby dostać się na górę.
Wielu cieśli
zastanawiało się nad tym, lecz wszyscy dochodzili do tego
samego wniosku, że jest to niemożliwe do zrobienia. Z powodu
wysokości chóru zwykłe schody zajęłyby zbyt wiele miejsca
w samej kaplicy.
Jak głosi
legenda, jakiś starszy, siwy człowiek z osiołkiem i narzędziami
zatrzymał się w zakonie sióstr z Loretto i poprosił siostry
o możliwość wybudowania tych schodów. Wszyscy w miasteczku
z powątpiewaniem patrzyli na pracę starego cieśli. Jednak
po 8 miesiącach ujrzeli cud efektem były wijące się, prawie
pionowe, zawierające kompletne skręty po 360 każdy bez praktycznie
żadnego podparcia, wybudowane bez jednego gwoździa - schody.
Schody te do dziś zadziwiają architektów i budowniczych z
różnych części świata.
Schody faktycznie
zrobiły na nas spore wrażenie. Są one kolejną tajemnicą, która
powstała na świecie i do dziś nie udało się ujawnić rozwiązania.
Po wizycie
w kaplicy i krótkiej przechadzce udajemy się do stylowej kawiarenki
na coś dobrego. Tomek zamawia frapucino - specjalnie miksowaną
kawę z lodami, czekoladą itp., a ja tiazzę - mrożoną herbatkę
z różnymi dodatkami, o konsystencji żelatynowatej.
Stwierdzamy,
iż Santa Fe urzekło nas całkowicie, a spacer po nim zaliczamy
do jednych z przyjemniejszych chwil naszego pobytu.
Ok. 13:40
opuszczamy miasto i ruszamy w dalszą drogę autostradą Nr 25
przez Albuquerque, i następnie Nr 40 do Canyon De
Chelly National Monument (ok. 290 mil). Do kanionu,
który znajduje się w krainie Rezerwatu Indian Nawahów
przyjeżdżamy przez Chinle, położone przy zachodnim wejściu
do kanionu. To indiańskie miasteczko nie przypomina nam już
bogatych stanów jak Kolorado, czy też nawet Nowy Meksyk. Niskie,
bardzo małe domki porozrzucane po całej okolicy, wyglądające
bardzo prowizorycznie świadczą o tym, że Indianie żyją w bardzo
skromnych warunkach.
Chinle nie
oferuje też wiele turystom - ma bardzo słabą bazę gastronomiczną
i noclegową. Nie ma żadnych, typowych moteli, a 4 znajdujące
się w nim hotele nie należą do najtańszych (ceny od 80$ w
górę za pokój).
Chwilowo postanawiamy
nie przejmować się naszym noclegiem i ruszamy zobaczyć Canyon
De Chelly National Monument.
Do
kanionu dojeżdżamy przed zachodem słońca. Oglądamy go z kilku
punktów widokowych, z których najbardziej podoba nam się widok
z White House Overlook (punktu widokowego
przy Białym Domu) - można z niego podziwiać kanion w całej
okazałości.
White House
Overlook to jedyne miejsce, z którego możliwe jest samodzielnie
zejście na dół kanionu, co postanawiamy uczynić dnia następnego.
Wszystkie inne zejścia wymagają eskorty indiańskiego przewodnika.
Kanion podoba
nam się bardzo. Otoczony przez prostopadłe piaskowe skały
mieniące się w znanych nam już czerwono-pomarańczowo-brązowych
odcieniach, z których wyrastają gdzieniegdzie zielone zagajniki
drzew owocowych i czarne topole, w zderzeniu z brunatno -
błękitnym niebem robi naprawdę niesamowite wrażenie.
Po zachodzie
słońca rozpoczynamy poszukiwania noclegu. Najbliżej kanionu
znajduje się hotel Thunderbird Lodge, obsługiwany przez Indian.
I tutaj zaskoczenie.
Indianie mają w sobie coś jednak z kombinatorów (podobnie
jak Polacy-). Cena pokoju wynosi 100$ (jest bowiem weekend),
inni goście hotelowi właśnie taką cenę uiszczali. Kiedy my
jednak stwierdzamy, że to za dużo, przyjemna recepcjonistka
obniża nam ją od razu do 55$, uważając aby nie zauważyli tego
pozostali goście. Bardzo nam to odpowiada, gdyż pomimo tego,
że pobliski kemping jest całkiem przyjemny i bezpłatny, nie
posiada on pryszniców i przede wszystkim telewizora (tego
dnia ma być ostatni dzień olimpiady w Sydney, którą chcemy
wieczorem pooglądać).
Pokój jest
bardzo komfortowy, więc w świetnych nastrojach kładziemy się
spać. Wcześniej zjadamy kolacjo - obiad w bardzo smacznej
restauracji Navahów w Thunderbird Lodge (5,95$ od osoby).
|