17.09.2000 r.
przylot
18.09.2000 r.
San Francisco
19.09.2000 r.
Yosemite NP
20.09.2000 r.
Yosemite NP / Mono Lake
21.09.2000 r.
Sequoia NP
22.09.2000 r.
Las Vegas
23.09.2000 r.
Zion NP
24.09.2000 r.
Bryce Canyon NP
25.09.2000 r.
Arches NP
26.09.2000 r.
Yellowstone NP
27.09.2000 r.
Yellowstone NP
28.09.2000 r.
Grand Teton NP
29.09.2000 r.
Rocky Mountain NP
30.09.2000 r.
Santa Fe /
De Chelly NM
01.10.2000 r.
Mesa Verde NP
02.10.2000 r.
Monument Valley
03.10.2000 r.
Grand Canyon
04.10.2000 r.
Tombstone/ Saquaro NP
05.10.2000 r.
Joshua Tree NP/LA
06.10.2000 r.
San Francisco
07.10.2000 r.
wylot

30.09. 2000 r. - Santa Fe/De Chelly NM:

        Wstajemy rano, ok. 6:40 i ruszamy w drogę. Do Santa Fe mamy ok. 60 mil. Dojeżdżamy do niego autostradą Nr 25. Na przedmieściach Santa Fe jemy smaczne śniadanie w knajpce z sieci Carrows, po czym udajemy się do centrum.

        Santa Fe (poprzednia nazwa - Loretto) jest stolicą stanu Nowy Meksyk. To podobno jedno z najchętniej zwiedzanych przez turystów miast w Stanach Zjednoczonych. Nie ma się co dziwić, gdyż jest ono bardzo urokliwe. To jedno z najstarszych miast w USA, założone zostało w 1609 r. przez hiszpańskich misjonarzy.

        Upływ czasu niewiele zmienił w architekturze Santa Fe. W mieście praktycznie wszystkie budowle nawiązują do hiszpańskiego odrodzenia, domy w kolorach czerwono - gliniastych z cegły adobe, z zaokrąglonymi kantami, barokowe kościoły, wąskie uliczki. Cegła adobe produkowana jest z mieszanki ziemi, piasku, węgla drzewnego i trawy lub słomy, a następnie suszona na słońcu. Kolor budynku zależny jest od koloru ziemi użytej do wyrobu cegieł i zaprawy.

        Pomimo tego, że Santa Fe jest stolicą Nowego Meksyku, nie jest wielkim miastem. Zamieszkuje go ok. 60.000 mieszkańców, głównie Meksykanów i Indian, a praktycznie większość atrakcji znajduje się wokół centralnego placu.

        Po zaparkowaniu samochodu (25 centów za każde 20 minut) udajemy się na przechadzkę wokół placu. Jest bardzo słoneczna pogoda, ok. 27°C.
        Przechodzimy obok Palace of the Governors (pałacu gubernatora), najstarszego budynku użyteczności publicznej w Stanach Zjednoczonych. Został on zbudowany w 1610 r. na potrzeby siedziby zarządu hiszpańskiej kolonialnej administracji. Wzdłuż fasady pałacu ciągną się arkady, pod którymi Indianie organizują plac targowy.
        Placyków takich w mieście jest jeszcze kilka, a przechadzka po nich jest bardzo przyjemna. Jako pamiątkę z tego niezwykłego miejsca, Tomek kupuje mi przepiękną srebrną bransoletkę zrobioną przez Indian, co dodatkowo wprawia mnie w cudowny nastrój.
        Santa Fe słynie również z nowoczesnych muzeów oraz galerii sztuki. Tych ostatnich jest w mieście ponad 250. Są one na wszystkich uliczkach, dodając kolorytu miastu. Wejście do kilku z nich jest bardzo dobrym pomysłem, choć nie są one tanie i zwykle kończy się na oglądaniu.

        Z centralnego placu udajemy się do St. Francis Cathedral (Katedry św. Franciszka), która została wybudowana w 1869 r. przez arcybiskupa Lamy'ego. Katedra wybudowana została w stylu europejskim.
        Oglądamy katedrę od środka. Ciekawie wygląda ołtarz - umieszczone na nim namalowane w stylu hiszpańsko - meksykańskim obrazki świętych nadają mu swoistego kolorytu. Dodatkowo uroku dodaje fakt, iż natrafiamy na meksykański ślub w katedrze. Mężczyźni ubrani są w typowe meksykańskie stroje, w rękach trzymają sombrera. Kobiety mają długie suknie oraz kolorowe narzuty na głowy ciągnące się aż do ziemi.
        Po wizycie w katedrze udajemy się do Loretto Chapel (Kaplicy Loretańskiej), lecz tam z powodu (również!) ślubu zamknięto wejście dla zwiedzających do 12:00. Postanawiamy wrócić za chwilę, a tymczasem pospacerować jeszcze po mieście.

        Szczególnie podoba nam się Guadalupe Street. Znajduje się na niej wiele ciekawych galerii i budynków, oczywiście wszystkie z cegły adobe. Widzimy również jaskrawoczerwone ristras, czyli sznury suszonych papryczek chilli, które zdobią sporo domów.

        Po zrobieniu krótkiej przechadzki wracamy do Kaplicy Loretańskiej, która słynie przede wszystkim z tzw. Cudownych Schodów. Po ukończeniu budowy kaplicy, co miało miejsce w 1878 r. odkryto błąd projektanta - zapomniał on bowiem połączyć kaplicy z chórem i nie było sposobu, aby dostać się na górę.
        Wielu cieśli zastanawiało się nad tym, lecz wszyscy dochodzili do tego samego wniosku, że jest to niemożliwe do zrobienia. Z powodu wysokości chóru zwykłe schody zajęłyby zbyt wiele miejsca w samej kaplicy.
        Jak głosi legenda, jakiś starszy, siwy człowiek z osiołkiem i narzędziami zatrzymał się w zakonie sióstr z Loretto i poprosił siostry o możliwość wybudowania tych schodów. Wszyscy w miasteczku z powątpiewaniem patrzyli na pracę starego cieśli. Jednak po 8 miesiącach ujrzeli cud – efektem były wijące się, prawie pionowe, zawierające kompletne skręty po 360 każdy bez praktycznie żadnego podparcia, wybudowane bez jednego gwoździa - schody. Schody te do dziś zadziwiają architektów i budowniczych z różnych części świata.
        Schody faktycznie zrobiły na nas spore wrażenie. Są one kolejną tajemnicą, która powstała na świecie i do dziś nie udało się ujawnić rozwiązania.

        Po wizycie w kaplicy i krótkiej przechadzce udajemy się do stylowej kawiarenki na coś dobrego. Tomek zamawia frapucino - specjalnie miksowaną kawę z lodami, czekoladą itp., a ja tiazzę - mrożoną herbatkę z różnymi dodatkami, o konsystencji żelatynowatej.
        Stwierdzamy, iż Santa Fe urzekło nas całkowicie, a spacer po nim zaliczamy do jednych z przyjemniejszych chwil naszego pobytu.

        Ok. 13:40 opuszczamy miasto i ruszamy w dalszą drogę autostradą Nr 25 przez Albuquerque, i następnie Nr 40 do Canyon De Chelly National Monument (ok. 290 mil). Do kanionu, który znajduje się w krainie Rezerwatu Indian Nawahów przyjeżdżamy przez Chinle, położone przy zachodnim wejściu do kanionu. To indiańskie miasteczko nie przypomina nam już bogatych stanów jak Kolorado, czy też nawet Nowy Meksyk. Niskie, bardzo małe domki porozrzucane po całej okolicy, wyglądające bardzo prowizorycznie świadczą o tym, że Indianie żyją w bardzo skromnych warunkach.
        Chinle nie oferuje też wiele turystom - ma bardzo słabą bazę gastronomiczną i noclegową. Nie ma żadnych, typowych moteli, a 4 znajdujące się w nim hotele nie należą do najtańszych (ceny od 80$ w górę za pokój).
        Chwilowo postanawiamy nie przejmować się naszym noclegiem i ruszamy zobaczyć Canyon De Chelly National Monument.

        Do kanionu dojeżdżamy przed zachodem słońca. Oglądamy go z kilku punktów widokowych, z których najbardziej podoba nam się widok z White House Overlook (punktu widokowego przy Białym Domu) - można z niego podziwiać kanion w całej okazałości.

        White House Overlook to jedyne miejsce, z którego możliwe jest samodzielnie zejście na dół kanionu, co postanawiamy uczynić dnia następnego. Wszystkie inne zejścia wymagają eskorty indiańskiego przewodnika.

        Kanion podoba nam się bardzo. Otoczony przez prostopadłe piaskowe skały mieniące się w znanych nam już czerwono-pomarańczowo-brązowych odcieniach, z których wyrastają gdzieniegdzie zielone zagajniki drzew owocowych i czarne topole, w zderzeniu z brunatno - błękitnym niebem robi naprawdę niesamowite wrażenie.
        Po zachodzie słońca rozpoczynamy poszukiwania noclegu. Najbliżej kanionu znajduje się hotel Thunderbird Lodge, obsługiwany przez Indian.
        I tutaj zaskoczenie. Indianie mają w sobie coś jednak z kombinatorów (podobnie jak Polacy-). Cena pokoju wynosi 100$ (jest bowiem weekend), inni goście hotelowi właśnie taką cenę uiszczali. Kiedy my jednak stwierdzamy, że to za dużo, przyjemna recepcjonistka obniża nam ją od razu do 55$, uważając aby nie zauważyli tego pozostali goście. Bardzo nam to odpowiada, gdyż pomimo tego, że pobliski kemping jest całkiem przyjemny i bezpłatny, nie posiada on pryszniców i przede wszystkim telewizora (tego dnia ma być ostatni dzień olimpiady w Sydney, którą chcemy wieczorem pooglądać).
        Pokój jest bardzo komfortowy, więc w świetnych nastrojach kładziemy się spać. Wcześniej zjadamy kolacjo - obiad w bardzo smacznej restauracji Navahów w Thunderbird Lodge (5,95$ od osoby).

poprzednia strona do góry   następna strona