|
4.10.2003 -
Ngorongoro Crater:
Rano robimy
sobie jeszcze przejażdżkę po parku Serengeti. Nie spotykamy
jednak już takiej ilości zwierząt jak wczorajszego popołudnia.
Po godzinnej wycieczce wracamy na camping, gdzie pakujemy
szybko nasze namioty i ruszamy dalej.
Dziś naszym
celem jest Ngorongoro Crater, stanowiący
część większego Obszaru Chronionego Ngorongoro. Jedziemy cały
czas przez Serengeti National Park, które w pewnym momencie
przechodzi po prostu w Obszar Chroniony Ngorongoro. Zresztą
w przeszłości obszar ten wchodził w skład parku Serengeti,
ale na skutek sprzeciwu zamieszkujących na nim Masajów, władze
utworzyły w tym miejscu osobną, specjalną strefę. Do dziś
teren ten zamieszkiwany jest przez Masajów, którzy wypasają
na nim bydło.
Ngorongoro
to olbrzymi krater o średnicy 18 - 22 km. Jego krawędzie wznoszą
się miejscami ponad 2.500 tys. m n.p.m. Zbocze krateru jest
stosunkowo strome, aczkolwiek od strony Serengeti stoki są
łagodne, co pozwala zwierzętom wychodzić z krateru i do niego
wracać.
Na dnie krateru
mieszkają praktycznie wszystkie zwierzęta, które widzieliśmy
poprzednio w Massai Mara, czy w Serengeti, ale nie robią one
już na nas takiego wrażenia. Po ostatnich dniach przyzwyczailiśmy
się do ich widoku. Najbardziej w pamięci pozostają mi hipcie
pluskające się w wodzie, lwy odpoczywające przy brzegu oraz
wielkie strusie.
Krater jest
jednak zdecydowanie wart polecenia ze względu na swoją malowniczość,
wręcz bajkowość; szczególnie oglądany z góry. Mieniące się
różne kolory zmieszane z chmurami, poświatą światła, barwnym
kolorytem ścian krateru, z migocącym w dole jeziorkiem, powodują
spore wrażenie. Dużo większe niż sama przejażdżka po kraterze
i oglądanie zwierząt.
Dlatego trudno
porównać Massai Mara, Serengetti i Ngorongoro i polecić jedno
z nich. Dla każdego z tych miejsc warto bowiem przyjechać
z innego powodu. Dla mnie tymi powodami były:
- w Massai Mara olbrzymie migrujące stada gnu oraz obserwacja
zwierząt nad rzeką Mara,
- w Serengeti możliwość zobaczenia ogromnej ilości zwierząt
w jednym miejscu,
- w Ngorongoro widok z góry krateru.
Po obejrzeniu
krateru jedziemy dalej na północ. Około 19.00 docieramy do
przyjemnego campingu Twiga Camp Site, gdzie nie dość, że jest
ciepła woda, to można jeszcze zamówić pranie, kupić piwo itp.
To nasz pierwszy prysznic od 4 dni, w dodatku w fantastycznej
gorącej wodzie! Będąc w Polsce nie zwraca się na takie rzeczy
uwagi, one po prostu wydają się oczywiste. Docenia się je
dopiero podczas takich podroży, kiedy okazuje się, że coś
co w jednych zakątkach świata wydaje się normą, w innych jest
po prostu nie zawsze występującym luksusem.
Jedynymi mankamentami
są komary (miejscowość, w której znajduje się camping nosi
dźwięczną nazwę Mto Wa Mbu Villagge, co oznacza
nic innego jak "rzeka komarów". Niestety nazwa nie
została wybrana przypadkowo. To w zasadzie pierwsze miejsce
w naszej podróży, w którym natrafiamy na komary i to w dosyć
dużej ilości. Na dodatek kilka od razu użera mnie w rękę,
co powoduje lekką moją panikę (pomimo zażywania lariamu wciąż
napawa mnie lękiem widmo malarii).
Humor poprawia
mi obiadokolacja, na którą dostajemy dobre danie z bananów,
które o dziwo nie są słodkie, bardziej przypominają w smaku
ziemniaki. W Afryce jest co najmniej kilka odmian bananów,
które zupełnie nie są znane u nas.
Popijamy zimne piwko, relaksujemy się. Około 22.00 idziemy
spać.
|