|
3.10.2003 -Serengeti
NP:
Wstajemy o
6.00 ale dopiero o 9.00 wyjeżdżamy z parku. Dziś udajemy się
do Tanzanii, do Serengeti National Park.
Do przejechania mamy ok. 240 km, ale zważywszy na drogi, którymi
będziemy jechać, nie jest to dystans łatwy do pokonania w
ciągu jednego dnia. Jedziemy szutrową drogą w kierunku zachodnim,
przez Lolgorien i Kihancha. Praktycznie cały czas jedziemy
przez las. Babuu musi nieźle się namęczyć, aby móc trasę tę
pokonać. Absolutnie nie udało by nam się to z samochodem z
napędem na dwa koła.
W pewnym momencie
dojeżdżamy do koryta rzeki, przez które musimy się przeprawić.
Problem w tym, że aby to zrobić, trzeba zjechać z bardzo stromej
skarpy i wjechać na prowizoryczny "most" zbudowany
z luźnych kamieni, a następnie przejechać na drugą stronę
rzeki, wdrapując się znowu na stromą skarpę.
Na szczęście
po raz kolejny Babuu pokazuje, że jest świetnym kierowcą i
sztuka ta nam się udaje. Umiejętności Babuu możemy kilkakrotnie
jeszcze zaobserwować w trakcie jazdy, w tym m.in. podczas
błyskawicznej akcji zjeżdżania na pobocze z powodu wyrzucenia
na naszą stronę samochodu z naprzeciwka.
Po dojechaniu
do miejscowości Suna, odbijamy na południe, skąd następnie
dojeżdżamy do granicy kenijsko-tanzańskiej w miejscowości
Sirari. Robimy krótki przystanek na granicy,
gdzie nabywamy wizę tanzańską (20 USD od osoby).
Po
przekroczeniu granicy od razu widać, że Babuu i Bacari są
już u siebie. Stają się natychmiast bardziej rozprężeni i
rozluźnieni, niż podczas pobytu w Kenii. Dla nich Tanzania
jest zdecydowanie nie dość że bardziej swojska, bo znana,
to lepsza od Kenii pod wszystkimi względami.
Choć ich zdanie
jest zupełnie subiektywne, na pierwszy rzut oka coś w tym
stwierdzeniu jest. Mijane przez nas wioski tanzańskie sprawiają
wrażenia bardziej zadbanych, przyjemniejszych, niż te widziane
w Kenii, nie rzuca się tak w oczy bieda. Wydaje nam się to
dziwne, gdyż Kenia jest bogatszym krajem od Tanzanii, więc
powinno być odwrotnie. Babuu tłumaczy ten stan inną mentalnością
Tanzańczyków. Uważa, że w jego kraju ludzie sobie bardziej
pomagają. Nie ma też w Tanzanii takich różnic społecznych,
jak w Kenii. Co prawda mniej jest bardzo bogatej warstwy społecznej,
ale też mniej także tej najbardziej zubożonej.
W jednej z
takich wiosek zatrzymujemy się na lunch. Babuu prowadzi nas
do jednego z domów, gdzie rozkładamy się z naszym jedzeniem.
Dom stanowi praktycznie jedna kilkumetrowa izba. Siedzimy
na drewnianych ławach i wcinamy nasze kanapki. Nad nami na
ścianie zauważamy jaszczurkę, która co chwilę zmienia miejsce
swojego położenia. Obok nas na palenisku gospodyni gotuje
obiad, przed domem otaczają nas tłumy dzieci. W domu nie ma
bieżącej wody ani elektryczności, podłogą jest zwykłe klepisko.
Wydaje nam
się, jakbyśmy znaleźli się w miejscu, w którym nagle stanął
sto lat temu czas. A z drugiej strony to pewnie my swoim wyglądem
i zachowaniem sprawiamy dla mieszkańców wioski wrażenie jakiejś
nierealności, może nawet śmieszności, zaburzając im na chwilę
rytuał ich dnia.
Po krótkim
odpoczynku ruszamy dalej. Przed samym parkiem łapiemy gumę,
wymiana koła odbywa się jednak błyskawicznie, tak że nie mamy
długiego przestoju.
Do Serengeti
National Park dojeżdżamy ok. godziny 15.00, od strony
północno-zachodniej przez bramę wjazdową Ikoma Gate. Postanawiamy
nie rozbijać namiotów, lecz od razu udać się na przejażdżkę
po parku.
Serengeti
jest najsłynniejszym parkiem narodowym w Tanzanii. Jest on
olbrzymi (prawie 15 tys. m2 ), dużo większy niż
Massai Mara w Kenii. Serengeti to pokryta trawą wielka równina,
z której co jakiś czas wystają pojedyncze drzewa lub krzaki.
Nazwa parku pochodzi z języka masajskiego i oznacza wielką
suchą ziemię.
Od północy
park graniczy z parkiem Massai Mara, od strony południowo-wschodniej
z Obszarem Chronionym Ngorongoro, a od strony zachodniej dochodzi
niemal do Jeziora Wiktorii.
Praktycznie
po przejechaniu bram parku wyłania nam się cała masa zwierząt;
nie musimy ich wypatrywać, szukać, one po prostu wszędzie
są. Widzimy stada zebr, wszelkiego rodzaju
antylopy, żyrafy, szakale, guźce, lwy oraz
małpy.
Niespełna kilka metrów od naszego samochodu przechadza się
olbrzymie stado słoni wraz z malutkimi słoniątkami.
Pożerają wręcz wszystko napotkane na swej drodze - siano,
trawę oraz korę drzew. Przesłodki widok.
Udaje nam
się również z bardzo bliska zobaczyć trójkę gepardów,
wylegujących się nieopodal. Nie brakuje też nosorożców
i hipopotamów.
Można śmiało
zaryzykować stwierdzenie, że Serengeti to królestwo zwierząt.
Babuu jest zachwycony. Jako Tanzańczyk jest dumny z faktu,
iż tutaj widzimy więcej zwierząt niż w parku Massai Mara.
Co chwilę dopytuje się każdego z nas o wrażenia z Serengeti.
Babuu
nie potrafiąc zapamiętać skomplikowanych imion naszej piątki
poprzestaje jedynie na przyswojeniu sobie Ana i Daniel, dla
pozostałej trójki wymyślając następujące określenia:
- Tomek to Kaka (co w Swahili oznacza brat);
- Beata dostaje różne określenia (Dada - siostra),
czasem nazywana jest Gazelle oraz Hippo (historia z tą ostatnią
nazwą jest śmieszna; Babuu chcąc skomplementować Beatę stwierdził
bowiem kiedyś, że jest taka cichutka jak hipopotam, ale wszyscy
pozostali podchwycili jedynie "Hippo" i tak pozostało).
- Ja zostaję Mrs Kaka, bo przez Babuu oczywiście postrzegana
jestem jedynie jako żona Tomka.
Nawet w świadomości
Babuu, który jest osobą wykształconą i inteligentną, miejsce
kobiety istnieje zawsze przy mężu, a nie obok niego. Kobieta
nie jest nigdy partnerką mężczyzny, jest osobą, na którą trzeba
zarabiać, utrzymywać ją. Te z nielicznych kobiet, które w
Tanzanii pracują i tak zwykle nie są w stanie utrzymać same
siebie i muszą korzystać ze wsparcia męża czy pozostałych
członków rodziny.
Babuu co prawda
wie o tym, że w Europie kobiety same na siebie zarabiają,
same o sobie decydują, ale jednocześnie osobiście tego nie
uznaje. Tutaj bowiem w Afryce jest inaczej. Co do zasady nikt
się nie liczy poważnie ze zdaniem młodych kobiet, do zamążpójścia
decydują o nich ich ojcowie i bracia, a po ślubie mąż. Wraz
z wiekiem kobiety sytuacja ta diametralnie się zmienia. Ze
zdaniem matki dorośli synowie liczą się bardziej niż ze zdaniem
ojca. Na starość kobieta staje się jest autorytetem w rodzinie.
Chłopaki są
zachwyceni takim przedstawieniem sprawy, stwierdzając, że
to by im nawet odpowiadało (szczególnie fakt, że w Tanzanii
posiadanie wielu żon wciąż jest bardzo modne). Dziewczyny,
co normalne, wręcz przeciwnie.
Po przejażdżce
po parku udajemy się na camping Nyuchiro,
gdzie w deszczu rozbijamy namioty. To już kolejne popołudnie
witające nas deszczem, czym akurat nie jesteśmy zachwyceni.
Na campie jest dużo turystów, głównie Brytyjczyków. Ekipy
przewodników witają się serdecznie, widać, że znają się dobrze.
Turyści wszystkich ekip zostają umieszczeni w jednym wspólnym
pomieszczeniu. Znajdują się w nim jedynie stoły i krzesła.
Ciekawostką jest siatka otaczająca go z wszystkich stron,
jak się dowiadujemy, założona dla ochrony przed zwierzętami.
W podobnym pomieszczeniu siedzą kucharze, którzy gotują kolację.
Jest u nich bardzo gwarno, co chwilę przekrzykują się nawzajem,
śmieją się, śpiewają.
Jesteśmy bardzo
głodni, nie możemy doczekać się na jedzenie. Po jego podaniu,
zjadamy wszystko w błyskawicznym tempie.
Po kolacji
postanawiamy wziąć prysznic, gdyż takowe się tu znajdują.
Niestety, nie ma bieżącej wody, więc nici z kąpieli. Pozostaje
nam umycie się pod kranem umieszczonym w specjalnym kontenerze
na wodę.
Ciekawe historyjki
przytrafiają się Danielowi. Najpierw podczas korzystania z
ubikacji z dziury w niej wyskakują nietoperze. Potem spotyka
z kolei na drodze do namiotu szakale, które na szczęście tylko
mu się przypatrują. W nocy więcej szakali podchodzi do campingu,
słyszymy ich głośne wycie. Postanawiam, że choćby nie wiem
co, nie wyjdę do rana z namiotu.
|