|
1.10.2003 - Maasai
Mara NR:
Budzimy się
przed 6.00. Po szybkim śniadaniu i spakowaniu się ruszamy.
Już sam przejazd jest ekscytujący; droga przez Kilgoris, którą
wybieramy, umownie jedynie może być nazwana drogą. Gdzieniegdzie
wystają z niej szczątki asfaltu. W pozostałych miejscach widzimy
jedynie ogromne dziury w drodze. Co chwilę Babuu musi dokonywać
akrobacji kierownicą, aby móc dalej przejechać.
Po pewnym
czasie asfalt się kończy i zaczyna droga z czerwonego ubitego
piachu, który pomimo zamkniętych drzwi samochodu natychmiast
się do niego przedostaje. Szybko nasze ciuchy stają się kompletnie
zakurzone, kurz czujemy też w ustach i nosach.
Przed 10.00
dojeżdżamy do bardzo stromej skarpy Oloololo, z której możemy
już podziwiać w dole Maasai Mara National Reserve.
Do parku wjeżdżamy od jego zachodniej strony bramą o tej samej
nazwie co skarpa, Oloololo. Ta część parku jest rzadziej uczęszczana,
turyści przyjeżdżają bowiem głównie do Maasai od jego wschodniej
strony, kierując się z Nairobi. Fakt ten akurat nas cieszy,
gdyż jest szansa, że nie spotkamy tutaj tłumów.
Maasai Mara
to największy park narodowy w Kenii. Łączy się od strony południowej
z najsłynniejszym parkiem w Tanzanii - Serengeti National
Park.
Przez rezerwat
przepływa rzeka Mara, przez którą odbywają
się coroczne słynne wędrówki antylop gnu. Gnu migrują z Serengeti
do Maasai Mara i potem znowu wracają do Serengeti. Corocznie
kilka milionów tych zwierząt dokonuje tej przeprawy. Jeśli
będziemy mieli szczęście, zobaczymy to niezwykłe zjawisko.
Po wypełnieniu
formalności związanych z przyjazdem do parku, rozbijamy namioty.
Babuu wybiera na miejsce naszego obozowiska zwykłą polanę,
położoną niedaleko bramy wejściowej. Będziemy spać na niej
zupełnie sami, co szczególnie nie zachwyca dziewczyn. Pociesza
nas jednak myśl, że możemy korzystać z łazienek mieszczących
się w budynku przy bramie, ale o prysznicach nie mamy co marzyć.
Po
rozbiciu namiotów i krótkim wylegiwaniu się na trawce, ruszamy
zwiedzać park. Jedziemy w kierunku północnym. Nie jest tak,
jak napisano w przewodnikach, że gdzie się nie ruszy to widać
całe tabuny zwierząt. Z ciekawych zwierząt udaje nam się wypatrzyć
jedynie stada słoni, bawołów, antylopy, żyrafy, zebry oraz
cała masę guźców, które są niemal w każdym miejscu parku.
Trochę zawiedzeni
wracamy na camping, gdzie jednak kulinarne atrakcje poprawiają
nam humory. Na kolację dostajemy bardzo pikantną zupę oraz
rybę. Wszystko przepyszne. Do tego nalewamy sobie rumu z coca-colą.
Jest miło.
Nie przeszkadza
nam nawet fakt, że pada deszcz, tak że musimy siedzieć pod
płachtą rozpiętą pomiędzy samochodem a drzewami. W oddali
słychać odgłosy różnych zwierząt. Bacari i Babuu raczą nas
opowieściami spotkań ze zwierzętami w najróżniejszych dziwnych
miejscach (w tym m.in. historyjką o lwie, który odwiedził
pewnych turystów w namiocie), co powoduje pewien dreszczyk
emocji przy zaśnięciu.
|