|
30.09.2003 -
Kisumu, Lake Victoria:
Pomimo wstania
o 6.00, z Kakamega Forest udaje nam się wyjechać dopiero po
10.00.
Znowu możemy
poznać aż nadto afrykańskie "pole pole" (powoli,
powoli) czy też "hakuna matata" (nie ma problemu),
wpajanych nam przez Babuu. W tym jednak momencie nie są to
dla nas najprzyjemniejsze słowa. Chcemy jak najszybciej jechać
dalej, do Kisumu, następnego celu podróży. Babuu jednak nie
pojmuje naszego "europejskiego" pośpiechu, spokojnie
znikając nam na ponad pół godziny, a potem strasznie się grzebiąc
z wyjazdem. Według niego fakt, że ktoś jest na wakacjach powinien
całkowicie go zrelaksować, należy bowiem wtedy dać się ponieść
życiu takim, jakie ono jest. A już na pewno nie powinno nigdzie
się spieszyć. Nasze tłumaczenia, że nieco inaczej pojmujemy
znaczenie słowa "wakacje", że raczej chodzi nam
o maksymalizację doznań, zupełnie do niego nie przemawiają.
Tak naprawdę trudno udzielić jednoznacznej odpowiedzi, kto
w tym wszystkim ma rację; my ze swoim pośpiechem, chęcią dążenia
dalej i dalej, czy tubylcy, którzy żyją z dnia na dzień, nie
zaprzątając sobie absolutnie głowy pytaniami o przyszłość.
Typowy Afrykańczyk myśli jedynie o danej chwili, niczego absolutnie
nie planując, w zasadzie ze spokojem przyjmując to, co go
następnie czeka. To takie zupełnie dla nas abstrakcyjne.
W końcu udaje
nam się wyruszyć. Przejeżdżamy przez wioski leżące między
parkiem, a miastem Kakamega, takie jak Isecheno czy Shinyalu.
To jeden z tych widoków, który długo pozostanie w mojej pamięci
- i miejsc i ludzi, które mijamy. Dla nas Europejczyków tego
typu miejsca są tak odrealnione, że nawet oglądając je naprawdę
ma się wrażenie, że nie są autentyczne. Skamieniałe twarze
siedzących na ziemi ludzi, którzy jedyne co robią to patrzą
i czekają. Wydaje się, że nikt tam nie pracuje, nie wykonuje
praktycznie żadnych czynności. Afryka czekająca, Afryka zastygła
- w takich miejscowościach jak te widać to dobitnie. I cała
masa wszędzie biegających dzieci, którymi nikt się nie przejmuje,
które zdane są praktycznie same na siebie. A jednocześnie
wśród całej tej biedy ludzie Ci się uśmiechają, sprawiają
wrażenie zadowolonych, po prostu żyją po swojemu.
Ciekawostką
jest fakt, iż nawet w takich wydawałoby się "martwych"
miejscowościach, zawsze można kupić jedną rzecz: coca-colę.
Reklamy coli oraz sam napój są w Afryce dosłownie wszędzie,
co pokazuje dobitnie, jaki jest zasięg tego koncernu.
Do Kisumu
dojeżdżamy ok. 12.30. W mieście rozstajemy się na kilka godzin
z naszymi afrykańskimi przewodnikami. Mamy ochotę sami się
tutaj trochę poszwędać. Kisumu jest trzecim co do wielkości
miastem w Kenii, po Nairobi i Mombasie. Ze względu na panujące
w nim jednak bezrobocie, zostało ono uznane ostatnio za najuboższe
i najbardziej niedożywione w całym kraju (aż 45 % mieszkańców
zarabia mniej niż 150 USD rocznie). Jedynie 40% mieszkańców
ma dostęp do bieżącej wody, a służby komunalne są w stanie
zebrać tylko 30% śmieci. W Kisumu zdarzają się jeszcze teraz
przypadki cholery, która praktycznie nigdzie indziej już nie
występuje.
Pomimo tego
nie czuje się w nim takiej napiętej atmosfery jak w Nairobi.
Przechadzanie wydaje się w miarę bezpieczne. Kisumu nie sprawia
też tak przygnębiającego wrażenia, jak stolica. Główne ulice
są szerokie i w miarę czyste, miasto jest kolorowe.
Łazimy trochę
po samym mieście, co chwilę zatrzymując się na zrobienie zdjęć.
Podczas przechadzki trafiamy na przemówienie jakiegoś nawiedzonego
mówcy, który w parku miejskim wykrzykuje religijne postulaty.
Przemówienie jest bardzo barwne, głośne i emocjonalne; przemawiający
używa nie tylko mowy, ale również operuje całym swym ciałem.
Następnie
docieramy do targu, który jest największy
w całej zachodniej Kenii. Część stoisk targowych mieści się
w halach, ale większość usytuowana jest poza nimi, po prostu
bezpośrednio na ziemi. Przeważają owoce, warzywa, ryby i mięsa,
ale nie brak też ubrań i wszelkiego rodzaju artykułów gospodarstwa
domowego. Po nabyciu kilku owoców, ruszamy dalej.
Kolejnym naszym
celem jest Kisumu Museum, które leży na granicy
miasta. Wewnątrz muzeum znajdują się wypchane zwierzęta, instrumenty
muzyczne oraz sprzęty użytku domowego. Na zewnątrz można pooglądać
kilka krokodyli pławiących się w basenie, żółwie oraz sporą
kolekcję węży, których ja osobiście nie chciałabym zobaczyć
w naturze. Całość nie robi na nas wielkiego wrażenia, takie
połączenie niezbyt interesującego muzeum z małym zoo.
Po wyjściu
z muzeum spotykamy się z Babuu i Bacari i wspólnie idziemy
na lunch do pobliskiej knajpki.
Następnie
jedziemy do Hippo Point (Cypla Hippopotamów),
do którego przyjeżdża się przez rybacką wioskę Luo zwaną Dunga.
Z Hippo Point rozciąga się malowniczy widok na Jezioro
Wiktorii.
Jezioro Wiktorii
zajmuje prawie 70.000 km2 powierzchni, z czego
tylko niewielka część należy do Kenii. Jest największym słodkowodnym
jeziorem w całej Afryce i drugim co do wielkości jeziorem
na świecie (po Jeziorze Górnym w Ameryce Północnej).
Co prawda
widok z Hippo Point nie daje właściwego wyobrażenia o wielkości
jeziora, tym niemniej jest on bardzo uroczy. Pomaga nam w
tym pora dnia; obserwujemy bowiem jezioro po południu, kiedy
to słońce praktycznie opada na niego, tworząc piękną poświatę.
Widzimy uczniów ubranych w białe koszule, którzy pływają po
jeziorze łódką, młode dziewczyny odpoczywające na kamieniach
oraz dzieciaki bawiące się na brzegu w najlepsze. W jeziorze
zauważamy również dwa pluskające się hipopotamy, co dodaje
temu miejscu czaru. Po krótkiej przechadzce ruszamy dalej.
Chcemy dojechać
na wieczór do parku Maasai Mara, naszego następnego celu podroży.
Sztuka ta nam się jednak nie udaje, gdyż z powodu ulewy, Babuu
decyduje się zatrzymać na noc w miejscowości Kisi.
Kolejny raz dochodzi do nas, że tutaj w Afryce nie można niczego
zbyt dokładnie planować. Stwierdzenie, że będzie się gdzieś
za dwie godziny, jest kompletnie bez sensu, gdyż nie wiadomo
co może nastąpić po drodze.
Dopóki nie
padał deszcz, można było próbować jechać, choć po zmroku i
tak nie jest to łatwe zajęcie (masa dziur, brak oświetlenia
oraz chodzący po poboczu ludzie zdecydowanie to utrudnia).
Dodatkowo jazdę komplikują wylane na drogach garby, które
w dodatku nie są oznakowane. Z powodu ciemności, Babuu co
chwilę wjeżdża z rozpędem na taki garb, na skutek czego samochód
nasz podskakuje, a my raz po raz uderzamy głowami w sufit.
Wraz z pojawieniem
się ulewy, jazda staje się już całkowicie niemożliwa. Do wymienionych
niedogodności pojawia się bowiem jeszcze jedna - robi się
tak ślisko, że samochód nasz po prostu tańczy na asfalcie.
Dlatego też musimy przerwać dalszą podróż.
Zatrzymujemy
się w hotelu, który jest dość obskurny, ale jakoś przestaje
już nam to przeszkadzać. Najważniejsze, że jest ciepła woda
i możemy się wykąpać.
Na kolacje
jemy pyszną rybę z Jeziora Wiktorii - telapię i pijemy piwko.
Jesteśmy w wyśmienitych humorach, co chwilę śmiejemy się z
byle czego, wzbudzając naszym zachowaniem spore zdziwienie
miejscowych. Po partyjce gry w karty i opowieściach Any z
jej podróży do Maroka, o 24.00. idziemy spać.
|