|
29.09.2003 -
Kakamega Forest:
Wstajemy dziś
wcześniej o 6.00. Po pysznym śniadanku w hotelu, opuszczamy
Nakuru i udajemy się do Kakamega Forest Reserve,
do którego mamy ok. 240 km.
Tutaj jednak,
ze względu na jakość dróg, czas przejazdu liczy się inaczej.
Co prawda w tej części kraju przeważają drogi asfaltowe, ale
są one w fatalnym stanie. Co chwilę podczas jazdy pojawiają
się na nich olbrzymie dziury, które Babuu próbuje sprytnie
ominąć. Na drogach nie ma żadnych pasów oddzielających prawą
stronę od lewej ani też krawężników, po których mogą swobodnie
chodzić sobie ludzie. Znaki drogowe należą do rzadkości. Jeśli
do tego dodać dużą prędkość kierowców i całą masę ludzi idących
po prostu ulicą, należy uznać, iż prowadzenie w tym kraju
nie jest łatwe.
Przejeżdżamy
przez Kericho, herbacianą stolicę Kenii,
wokół której rozpościerają się zielone plantacje krzewów herbacianych.
40% eksportu kenijskiego to właśnie herbata. Jest to ładne
miasteczko, kontrastujące z mijanymi przez nas poprzednio
zaniedbanymi miejscowościami. Swój status Kericho zawdzięcza
właśnie herbacie, dzięki której większość spośród jego mieszkańców
ma pracę, co w Kenii jest zjawiskiem rzadkim.
Po dojechaniu
do miejscowości Kakamega nasi tanzańscy przewodnicy gubią
drogę do rezerwatu. Pomimo faktu, że rezerwat jest jednym
z najsłynniejszych miejsc w tej okolicy polecanym przez wszystkie
przewodniki oraz tego, że położony jest on niespełna 10 km
od miasta, nikt z mieszkańców nie wie, gdzie mamy jechać.
Nikt nie słyszał o lasach Kakamega, są zdziwieni naszymi pytaniami.
Nie wiedzą, gdzie one są, bo i po co mieliby do nich jechać.
Stwierdzenie, że lasy te są bardzo interesującym zjawiskiem
do oglądania, nie robi na nich najmniejszego wrażenia. Samo
bowiem oglądanie czegoś tak po prostu bez konkretnego celu,
jest dla tych ludzi zupełnie niezrozumiałe, po prostu bezsensowne.
To jedno z takich zdarzeń, gdzie naocznie możemy przekonać
się o zupełnie innym podejściu Afrykańczyków do życia, niż
to, do którego przywykliśmy w Europie.
Przy pomocy
naszej mapy (nasi przewodnicy oczywiście takowej nie posiadają,
dysponując jedynie prostą mapą samochodową), w końcu udaje
nam się trafić do celu.
Kakamega
Forest to ostatni skrawek lasu tropikalnego (lasu
deszczowego), który ciągnął się kiedyś przez cały kontynent
afrykański na zachód aż do Atlantyku. Dziś pozostał z niego
mały fragment o powierzchni ok. 230 k2. Jest to jeden z nielicznych
przykładów dziewiczego lasu, któremu udało się przetrwać w
izolacji w środowisku opanowanym przez człowieka. W wiecznym
półmroku żyje tu ponad 300 gatunków ptaków, 45% wszystkich
gatunków motyli występujących w Kenii, a także cała masa zwierząt
i owadów, z których niektórych nie można już spotkać nigdzie
indziej w Afryce Wschodniej.
Jest to jeden
z nielicznych parków w Kenii, po których można swobodnie chodzić.
To miła odskocznia od typowego safari, które ma sporo uroków,
ale brak mu tej swobody poruszania się o własnych nogach.
Po lunchu
zjedzonym w lesie ruszamy na trekking z miejscowym przewodnikiem
Dawidem. Ma on sokoli wzrok, co chwilę wypatruje pośród drzew
jakieś ptaki i zwierzęta. Bez niego trudno było by wiele zobaczyć.
Widzimy różne gatunki małp, swobodnie skaczące z jednego drzewa
na drugie, kameleony, wiewiórki oraz całą masę ptaków, z których
najbardziej podoba nam się turak rossa (jest to czarny ptak,
który pod skrzydłami ma intensywnie czerwone kolory. Kontrast
ten jest szczególnie ciekawy przy locie ptaka). Interesujący
jest tez turak błękitny. Nie udaje się nam (dla mnie na szczęście)
wypatrzyć żadnych węży, których podobno jest tutaj sporo.
Szczególnie groźna jest zamieszkująca lasy czarna mamba.
Idziemy z
Dawidem na wycieczkę na wzgórze Lirhanda Hill,
z którego rozlega się wspaniały widok na cały las. Można tez
w oddali ujrzeć masyw Elgon.
Na szczycie
leżymy sobie chwilę na trawce, napawając się wspaniałymi widokami
i sielskością tego miejsca. Ucinamy sobie krótką pogawędkę
z Dawidem, po której dowiadujemy się m.in., że pochodzi z
plemienia Luyia, drugiej co do wielkości grupy etnicznej w
Kenii. Ich językiem jest bantu, choć znają też obydwa oficjalne
języki kraju, tj. angielski i suahili.
Następnie
udajemy się do nieczynnego już szybu kopalni złota, gdzie
w mrocznym tunelu mieszkają nietoperze. Latarki są konieczne.
Początkowo przejście przez tunel jest przyjemne. W pewnym
jednak momencie całe stado nietoperzy przelatuje praktycznie
nad naszymi głowami, doprowadzając dziewczyny do strasznego
pisku.
Klimat parku
bardzo nam się podoba. Dżunglowate drzewa ze zwisającymi konarami
oraz intensywnie zielony kolor wszędzie tutaj panujący, robią
spore wrażenie.
Dawid namawia nas na nocny spacer po parku, któremu ulęgają
chłopcy. Po 22.00 ruszają z nim na "Kakamega Forest by
night". Dziewczęta zostają na kampingu i słuchają ciekawych
opowiastek serwowanych przez Bacari i Babuu. Kamping nasz
jest w samym parku, to nasz pierwszy nocleg w namiotach w
Afryce. Jest przyjemnie.
Po godzinie
nocnego marszu wracają chłopaki. Nie maja co prawda min zwycięzców,
ale twierdzą, że było warto. Co prawda ze zwierząt udaje im
się, wypatrzyć jedynie oczy lorro potto (zwierzęcia przypominającego
lemura), świetliki oraz nietoperze, ale uznają swoją nocną
wędrówkę za wartą polecenia. Dziewczyny mają nieco odmienne
zdanie na temat atrakcyjności tej przechadzki, ale pozwalamy
chłopakom przedstawiać ich własną wersję.
|