|
28.09.2003 -
Lake Nakuru NP:
Z hotelu wyjeżdżamy
o 9.00. Dziś naszym celem jest Lake Nakuru National
Park leżące ok. 180 km na północny wschód od Nairobi.
Podekscytowani
wsiadamy do naszej Toyoty Landcruiser i ruszamy w drogę. Wraz
z nami jedzie kierowca-przewodnik Babuu oraz kucharz Bacari,
których imiona uda nam się zapamiętać dopiero po kilku dniach.
Ok.
12.00 dojeżdżamy do miasta Nakuru, gdzie w hotelu zostawiamy
nasze bagaże. Bramę wejściową parku mijamy o 12.30. W zasadzie
od razu po jej przekroczeniu dostrzegamy nasze pierwsze zwierzę,
którym okazuje się być biały nosorożec. Podobno
mamy dużo szczęścia, gdyż nie jest łatwo go zobaczyć
Dość szybko
wyłaniają się nam kolejne: bawoły afrykańskie, guźce, zebry,
antylopy, strusie, szakale, gazele, impale, pawiany, żyrafy
Rothschilda, zwierzęta o nazwie waterbuck (odpowiednika polskiego
niestety nie znamy) oraz cała masa różnych ptaków. Przez chwilę
przemyka nam w oddali lampart, nie pokazując się jednak w
całej okazałości. Dziewczynom nie udaje się go dostrzec, ale
chłopaki zaklinają się, że lamparta widzieli.
Sam park jest
zresztą bardzo interesujący i zróżnicowany: wokół jeziora
tereny są płaskie, brak jest wysokiej roślinności, tereny
leżące dalej od jeziora są mocno zalesione; widać tam część
masywów skalnych. Z ciekawej roślinności wyróżnić można przede
wszystkim lasy akacjowe oraz lasy eufobii kandelabrowych (wilczomlecze),
z których te ostatnie przede wszystkim przykuwają naszą uwagę.
Są to wielkie kaktuso-podobne rośliny, które dochodzą do 15
m wysokości.
Na
mnie jednak największe wrażenie robią flamingi,
które otaczają Lake Nakuru. Widok tych różowych ptaków drepczących
na swych cienkich nóżkach wokół brzegu błękitnego jeziora
jest po prostu niesamowity. Flamingi w znacznej części opuściły
w połowie lat 90-tych jezioro, przenosząc się w inne rejony
Kenii. Na szczęście w ostatnim czasie zaczęły znowu powracać
do Nakuru. Pewnie nie są już to te ilości, które żyły tu przed
migracją, ale nadal stanowią zjawisko wręcz bajkowe. Oprócz
flamingów widzimy również stada białych pelikanów oraz marabuty
taplające się w jeziorze, nie robią one jednak takiego wrażenia.
Park opuszczamy
w świetnych humorach ok. godziny 17.30.
Na kolację
udajemy się wraz z Babuu i Bacari do typowej afrykańskiej
knajpy, w której palcami zjadamy ugali (jest to robiony z
mąki kukurydzianej i wody placek), do którego dostajemy mięso
z kozy i kapustę oraz coś przypominającego chiński szpinak.
Ugali nie stanie się z pewnością naszym kulinarnym faworytem,
choć jest to podobno tutejszy przysmak.
Po kolacji
przenosimy się do pobliskiego baru, gdzie wypijamy najsłynniejsze
piwo kenijskie Tusker, słuchając afrykańsko - europejskich
mixów didżeja. Jest przyjemnie. Coraz bardziej poznajemy siebie
oraz naszych nowych afrykańskich znajomych. W dobrych nastrojach
wracamy do hotelu.
W Nakuru jest
zupełnie inna atmosfera niż w Nairobi. Żadnego problemu, można
sobie spacerować nawet nocą bez lęku o to, że zostanie się
napadniętym i obrabowanym. Bez problemu można wejść do pubu
z miejscowymi nie czując ich nachalnych spojrzeń jak w złowieszczej
stolicy.
|